Po podróży do Polski

7
Nasz wieloletni felietonista i współpracownik “Gazety Gazeta” Witold Liliental wrócił niedawno z Polski, gdzie została wydana jego książka pt. “Polska jest dla wszystkich, dla mnie też”. Wydawca książki zaprosił autora na spotkania promocyjne w Warszawie i Krakowie, ale W. Liliental, wnikliwy obserwator, powrócił z tej wiyty w Polsce pełen jak zawsze ciekawych spostrzeżeń i wniosków na temat sytuacji w naszym Starym Kraju, z którym jest silnie emocjonalnie związany mimo dziesięcioleci spędzonych na emigracji.
Małgorzata P. Bonikowska: Niedawno wróciłeś z wizyty w Polsce, której głównym celem była promocja wydanej w Polsce książki. Opowiedz nam o samej książce. Witold Liliental: Wydana kilka lat temu, z Waszą wydatną pomocą broszurka “Ty to co innego” miała szerszy oddźwięk, niż się spodziewałem. Trafiła do bardzo dużej liczby czytelników na kilku kontynentach. Za niewątpliwy sukces i zaszczyt poczytuję sobie fakt, że organizatorzy zlotu młodzieżowego Quo Vadis III zwrócili się do nas o dwieście egzemplarzy, które zamieścili w materiałach rozdanych wszystkim uczestnikom zjazdu. Dostałem później sympatyczne listy od niektórychznich. Otrzymałemteżz Kanady i z Polski zaproszenia do wygłoszenia prelekcji na temat relacji polsko-żydowskich. Na nich spotkałem się z dużą życzliwością słuchaczy i byłem dosłownie bombardowany pytaniami na związane tematy, a pytania te uświadomiły mi, że mam jeszcze sam wiele do przemyślenia i nawet do odpowiedzenia sobie samemu w wielu kwestiach. Zachęcano mnie do pisania dalszych publikacji. Przemyślenia przelewałem więc od czasu do czasu sobie samemu na klawiaturę. W ostatnich latach do Polski dotarło wiele osób z innych krajów, pochodzących z innych ras i kultur i w sposób widoczny różniących się od rodzimych Polaków. Nie wszyscy z nich spotkali się z przyjęciem sympatycznym. Czytamyonapadachwerbalnych i fizycznych na tych nowych imi-grantach, którzy chcą żyć i pracować w spokoju. Różne skrajnie nacjonalistyczne ugrupowania, korzystając z pełnej wolności słowa skandują publicznie hasła, w rodzaju “Polska dla Polaków” i propagują pojęcie “wyższości białej rasy”. Kiedy polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych ogłosiło konkurs na projekt społeczny pod hasłem “Polska dla wszystkich,” poczułem tzw. wenę i w kilka miesięcy później napisałem nową pozycję, którą zatytułowałem; “Polska jest dla wszystkich, dla mnie też”. Bo jakkolwiek to, co teraz powiem, jest oczywiste, jednak musiałem to sobie uświadomić i jasno sformułować. Antysemityzm jest tylko jedną z odmian rasizmu, czy, jak kto woli, ksenofobii. Ja, tylko na przykładzie antysemityzmu, ponieważ z nim mam osobiste doświadczenie, chciałem ukazać, jak bezpodstawne są uprzedzenia rasowe, jak utarte stereotypy oparte są na fałszywych przesłankach. Chciałem też uspokoić tych, którzy w fakcie wpuszczania ludzi z innych kultur upatrują katastroficzny koniec ich Polski. I tak, na bazie tej broszurki sprzed kilku lat powstało coś nowego. W części biograficznej książka ta jest podobna, choć nieco rozszerzona. Nie zmienię przecież swojego życiorysu. Natomiast dalsza część, to już całkiem inne ujęcie.
Tekst wysłałem do specjalizującego się w tematyce polsko-żydowskiej krakowskiego wydawnictwa “Austeria”, niewiele sobie jednak obiecując, jako, że na rynku wydawniczym w Polsce nie jestem znany, a to się liczy najbardziej. Dostałem jednak odpowiedź, że to, co napisałem stanowi “unikalny i niezwykle ważny głos w dyskusji”. Zapadła decyzja, żeby publikować. W końcu maja książka ukazała się w księgarniach w Polsce oraz w księgarniach wysyłkowych w Internecie. Właśnie z tej okazji byłem niedawno w Polsce. Chciałbym tu jeszcze dodać coś, co uważam, za ważne. Książki takich autorów, jak J.T. Gross, Barbara Engelking, czy Jan Grabowski czytane są głównie przez specjalistów historyków, polityków oraz zawodowych “obrońców czci Polaków”. Moja książka nie jest odkrywcza w sensie jakichkolwiek nowych faktów historycznych. Napisana jest językiem prostym i jej celem jest popularyzacja faktów już znanych oraz próba ich interpretacji. Celowo nie jest długa, bo chciałem, żeby była łatwa w odbiorze. Moim marzeniem, kiedy ją pisałem, było to, aby trafiła ona do szkół średnich, jako lektura uzupełniająca. Oczywiście, jest to tylko marzeniem, ale realnie liczę na to, że trafi ona do zwykłych ludzi, nie specjalistów od tych zagadnień i uświadomi wielu, dotychczas nieświadomym istnienia problemu ksenofobii, że problem ten istnieje i jest realny. Ale pokaże także, że wielokulturowości nie trzeba się bać i że otwarcie się Polski na Europę i świat powoduje, że coraz więcej ludzi, zwłaszcza młodzieży uwalnia się od wszelkich uprzedzeń.
M.P.B.: W ramach promocji odbyły sie dwa spotkania w Warszawie i w Krakowie. Jakie masz wrażenia z tych spotkań? W.L.: Miejsce i data pierwszego spotkania, w Warszawie zostały mi wyznaczone z góry i do możliwości bycia tam dopasowałem termin wylotu do Polski. Termin drugiego spotkania, w Krakowie, dopasowaliśmy do moich możliwości. Obydwa spotkania promocyjne, z uwagi na tematykę książki, miały miejsce z ośrodkach żydowskich. Na obydwu  zjawili się ludzie w liczbie 20 25 osób, Polaków pochodzenia żydowskiego oraz Polaków bez korzeni żydowskich. Podczas obydwu spotkań było dużo ciekawej dyskusji. Ludzie opowiadali o swoich doświadczeniach, zadawali wiele pytań, dzielili się spostrzeżeniami. Jak mogłem się spodziewać, po zakończeniu, ludzie ustawiali się w kolejce z prośbą o podpisanie egzemplarzy książki. Usłyszałem przy obydwu okazjach wiele ciepłych słów od słuchaczy. W Warszawie, na spotkanie przyszła m.in. znana aktorka Adrianna Biedrzyńska z kwiatkiem dla mnie. Zjawiła się także, sprawiając mi wielkąprzyjemność MonikaSałgut-Nucińska, którą wielu pamięta z czasów, gdy pracowała w Konsulacie Generalnym w Toronto. Jeden ze słuchaczy w Warszawie przypomniał mi, że byłem jego dowódcą plutonu na Studium Wojskowym. O promocji dowiedział się z ogłoszenia w mediach. Tu uwaga: niektórzy ludzie, zarówno w Warszawie, jak i w Krakowie użalali się, że promocja była słabo reklamowana, że o niej dowiedzieli się przez przypadek, a mogło przecież przyjść znacznie więcej słuchaczy. Mnie oczywiście zależy na tym, żeby książka ta trafiła do możliwie największej grupy ludzi. Muszę tu wyrazić swoje wielkie uznanie dla pani dr Edyty Gawron, która podczas promocji krakowskiej w sposób niezwykle mądry i ciekawy prowadziła to spotkanie ze mną, stwarzając atmosferę i zadając mi pytania, tym samym wydatnie mi pomagając. Trochę się łudziłem, że da się skusić jakieś media na przyjście na promocję, ale, jak mi wytłumaczono, media interesują się “od noblistów wzwyż”. Mogę więc tylko wyrazić nadzieję, że ci, którzy kupili tę książkę, zapoznają z nią innych i że liczne księgarnie wysyłkowe w Internecie też zdołają zachęcić czytelników.

This slideshow requires JavaScript.

M.P.B.: Oczywiście, poza sprawami związanymi z książką Twój pobyt w Polsce był także okazją do przyjrzenia się naszemu krajowi. Jakie przywiozłeś spostrzeżenia? W.L.: W Polsce bywam średnio raz na dwa lata i za każdym razem widzę olbrzymi postęp. Zastrzegam się, że tym razem byłem tylko w trzech miastach: w Warszawie, w Krakowie i w Toruniu. Nie widziałem więc życia na tzw. prowincji, ponadto, byłem wszędzie gościem, przyjezdnym, a nie stałym mieszkańcem. Tym niemniej, nie mogłem pozbyć się podziwu wobec rozmachu, architektury, postępu technicznego i infrastruktury. W Warszawie wysokościowce rosną jak grzyby po deszczu, galerie handlowe odpowiedniki naszych shopping malls są szczytem elegancji w dobrym, europejskim guście, oferta handlowa i gastronomiczna nie ustępuje w niczym temu, do czego przyzwyczajeni jesteśmy chociażby w Toronto i jego okolicach, a nawet powiem, że często wygląda to nawet bardziej elegancko. Kuchnie wszelkich możliwych krajów, europejskie i egzotyczne, wabią barwnymi reklamami i czarującym uśmiechem eleganckich dziewcząt zapraszających do wstąpienia na obiad, czy kolację.
Zaproszony zostałem przez przyjaciół na obiad do japońskiej restauracji specjalizującej się w sushi. Kilkanaście różnych odmian, do wyboru z karty, podano na oryginalnej drewnianej łódce, służącej za tacę. W każdej restauracji obsługa była sprawna i co najważniejsze uśmiechnięta i kulturalna. W każdym lokalu, nawet w tych droższych, zarówno wewnątrz, jak i pod parasolami w popularnych przyulicznych ogródkach było wielu innych gości, głównie Polaków. Gdyby przeciętnemu Polakowi było tak źle, że nie mógłby sobie pozwolić na chociażby od czasu do czasu zjedzenie czegoś eleganckiego poza domem, restauracje takie nie miałyby klienteli, sklepy musiałyby bankrutować. A tymczasem instytucje handlowe i gastronomiczne nie wyglądają, jakby cierpiały na brak frekwencji. W Warszawie cała ulica Świętokrzyska jest rozkopana, ponieważ wzdłuż niej buduje się drugą linię metra. Jest to z pewnością utrudnienie, ale zaowocuje wielką wygodą. Działające od szeregu lat metro na linii Kabaty-Młociny funkcjonuje sprawnie. Ponieważ w Warszawie mieszkałem właśnie na Kabatach, mogłem codziennie wygodnie dojechać do centrum miasta w 20 minut, oglądając wiadomości na ekranie rozmieszczonym co kilka metrów w każdym wagonie. Każda”następnastacja”zapowiadana jest wyraźnie głosem i wyświetlana, a przy stacjach Centrum i Dworzec Gdański dodatkowo po angielsku z informacją o możliwości przesiadki do pociągów. Po Warszawie krąży coraz więcej supernowoczesnych tramwajów niskopodłogowych. Czy uwierzysz, że są one wewnątrz klimatyzowane? Zresztą, klimatyzacja trafiła już do autobusów. Wielkie wrażenie zrobił na mnie Port Lotniczy im. Fr. Chopina w Warszawie, który nawet przez te ostatnie dwa lata rozbudował się i jest dużym, nowoczesnym lotniskiem, nieustępującym rozmachem i elegancją portom lotniczym znanym na Zachodzie.

This slideshow requires JavaScript.

To wszystko, co tu powiedziałem o zapleczu handlowym na przykładzie Warszawy, można z powodzeniem odnieść do Torunia i Krakowa. W Toruniu, gdzie byłem gościem wspaniałych przyjaciół artystów Teatru Baj Pomorski i kabaretu Afisz, którzy tu w lutym występowali na Kabaretonie naszej Bańki zauroczony byłem pięknem renesansowych kamienic, baszt, starych gotyckich kościołów i panoramy miasta widzianego nocą z przeciwnej strony Wisły. Ale byłem też zauroczony atmosferą, rozbawieniem młodzieży na ulicach.

This slideshow requires JavaScript.

W Krakowie, jak zawsze, widać zatrzęsienie turystów indywidualnych i zorganizowanych w wycieczki z przewodnikiem. Tylko na ulicy Grodzkiej, wiodącej z Rynku na Wawel, usłyszałem objaśnienia po polsku, rosyjsku, włosku, niemiecku i angielsku. Podobnie zresztą w odrestaurowanej dawnej dzielnicy żydowskiej, czyli na Kazimierzu. Zwróciła moją uwagę właśnie tam wycieczka polskich dzieci szkolnych, którym przewodnik objaśniał historię tego miejsca i jego mieszkańców.

This slideshow requires JavaScript.

We wszystkich trzech miastach, w których byłem, mogłem zauważyć świetne przygotowanie do przyjmowania turystów: rozdawanie ulotek w obcych językach, znajomość obcych języków u wielu nawet kelnerów i kelnerek, czystość i kulturę. Wielki wybór miejsc do zjedzenia, zobaczenia, posłuchania koncertów. Jeśli ktoś mnie zapyta, co najbardziej dynamicznie zmienia się w Polsce na lepsze, to (zapomnijmy na chwilę o posłach w Sejmie) właśnie kultura i uprzejmość zwykłych ludzi. W ciągu całego pobytu w Polsce miałem tylko jeden moment “nieprzyjemny”. Kiedy wszedłem do wagonu metra, młoda kobieta wstała i chciała mi ustąpić swoje miejsce. Podziękowałem jej, ale poczułem się strasznie staro. M.P.B.: Czy miałeś okazję do ciekawych spotkań lub kontaktów, które pozostawiły w Tobie jakieś głębsze wrażenia? W.L.: Tak, miałem, ale to temat sam w sobie. Otóż przypomnij sobie, że musiałem Ci nieraz opowiadać, że ja swoje wczesne dziecięce lata spędziłem we Włochach, które wówczas były małym miasteczkiem podwarszawskim, a dziś stanowią jedną z największych dzielnic Warszawy. Kiedy na wiosnę 1945 już w wolnych od Niemców Włochach formowało się liceum, moja Matka, jako jedna z pierwszych nauczycielek zgłosiła się do pracy w nim. Kilka miesięcy temu znalazłem stare zdjęcie mojej Mamy z jakąś klasą z tamtych lat. Kiedy umieściłem to zdjęcie na Facebooku, zgłosiła się do mnie pani redagująca stronę internetową “Stare, Nowe, moje Włochy” i zaprosiła do współpracy. Wysłałem jej dwa wspomnienia z tych dawnych czasów, kiedy byłem dzieckiem w wojennych i powojennych Włochach, a ona umieściła je na stronie i uznała za tak ciekawe, że planowała zorganizować w maju spotkanie wspomnieniowe, z wykorzystaniem tychże wspomnień. Kiedy poinformowałem ją, że w czerwcu przylatuję do Polski, zmieniono datę i zorganizowano spotkanie ze mną. Przygotowałem na nie prezentację slajdową. W piątek, 14 czerwca przybyłem do pałacyku Koelichenów w parku włochowskim. Nie musiał mi nikt drogi wskazywać, bowiem wszystko było mi tu doskonale znane. Na spotkanie przybyło około 40 osób, w tym moja specjalna “grupa porywaczy” czyli artystów z Torunia, którzy mnie wprost stamtąd zawieźli do swojego miasta na weekend. Od samego początku atmosfera była niezwykle przyjazna i wzruszająca. Prosiłem, by ludzie przerywali mi w każdej chwili i mówili, co chcą, ponieważ są to wspólne wspomnienia. Wielu z obecnych przytakiwało, uzupełniało, przypominało wydarzenia z dawnych lat. Na spotkanie przyszedł mój chrześniak, będący wnukiem mojej piastunki, która była pomocna w utrzymaniu nas przy życiu w czasie okupacji. Przyszło dwóch braci mojego serdecznego przyjaciela i jego siostrzenica ze swoją matką. On sam, niestety, zszedł z tego świata w ubiegłym roku. Na sali znalazła się moja przyjaciółka najmłodszych lat Basia, z którą mam zdjęcie wspólne, kiedy mieliśmy po trzy lata. Dziś ma tyle lat, co ja i nadal pełna werwy i serdeczności. Byli ludzie, których ja nie znałem, ale dowiedziałem się, że uczyła ich moja Mama. Ktoś z sali zapytał mnie, czy pamiętam jeszcze nazwiska swoich koleżanek i kolegów z klasy, kiedy sam chodziłem do szkoły, wówczas zwanej “powszechną”. Odpowiedziałem, że po tylu latach nie mogę pamiętać wszystkich, ale jeszcze dźwięczą mi w uszach niektóre nazwiska, jak nasza pani wywoływała z listy obecności. I wyobraź sobie, że ledwo zacząłem recytować je z pamięci, słyszę: “Jestem!”. Koleżanka z lat 1945-1948 była na sali! Uścisnęliśmy się serdecznie, a wszyscy bili brawo.
W swoim wystąpieniu powiedziałem coś, co moim zdaniem bardzo zasługiwało na szczególne podkreślenie. Mieszkańcy tej pięciomieszkaniowej kamienicy włochowskiej, w której mieszkałem w czasie wojny, orientowali się co do mojej Matki i mojego pochodzenia. Nikt nigdy nie doniósł Niemcom. Po zakończonym formalnie spotkaniu, długo jeszcze podchodzili do mnie różni ludzie, żeby już nieformalnie porozmawiać. Natomiast nazajutrz, moja żona dowiedziała się z… Arizony, że takiego spotkania Włochy jeszcze nie miały. Jedna z uczestniczek włochowskiego spotkania przypadkowo przyjaźni się z pewną naszą przyjaciółką z Phoenix i opowiedziała jej o nim ze szczegółami przez telefon, a ta natychmiast zadzwoniła do mojej żony Tereski. To spotkanie było emocjonalne i radosne i na długo pozostanie w mojej pamięci.

This slideshow requires JavaScript.

Jeszcze jedno: dostałem książeczkę monografię o historii szkoły we Włochach, w której uczyła moja Mama. Znalazłem w niej krótkie, ale piękne i wzruszające wspomnienie byłej uczennicy o niej. Każde spotkanie z przyjaciółmi, czy to w domu, czy w restauracji, pozostawiało wrażenie ciepła i poczucia, że prawdziwe przyjaźnie, te stare i te nowsze trwają, pomimo wielkich odległości geograficznych. Trudno mi też nie wspomnieć o tym, że przez artystów z Torunia byłem traktowany, jak ktoś najbliższy, jakbyśmy się znali od lat.
M.P.B.: Jak Polska zmieniła się w ciągu ostatnich kilku lat i jaką wróżysz jej najbliższą przyszłość? W.L.: Polska zmienia się cały czas, jak każde nowoczesne państwo. Co mnie uderzyło, to duża różnica między tym, co sam obserwowałem, a tym, o czym huczało w mediach. Osobiście nie zauważyłem żadnych oznak rasizmu, nie słyszałem żadnych wypowiedzi, które by świadczyły o jakichś nienawiściach rasowych, a nawet tych politycznych, wynikających z głębokiego podziału Polaków. Ale w tym samym czasie wszystkie media pełne były wiadomości o wtargnięciu we Wrocławiu grupy nacjonalistów w celu zakłócenia wykładu prof. Baumana. W tymże czasie w Białymstoku na grobach żydowskich niewidzialna ręka wymalowała swastyki, a prokurator odmówił wszczęcia śledztwa, tłumacząc innym Polakom, że swastyka to staroindyjski symbol szczęścia. Wiele osób mówiło mi, że są tak zmęczeni polityką, że przestali się nią interesować. Nie słuchają wiadomości, nie podniecają się doniesieniami, na coraz to nowe rewelacje Macierewicza przestali nawet reagować. Po prostu zobojętnieli. Zajmują się biznesem, rodziną, sprawami domowymi. Są też pewni zwolennicy Platformy, którzy z różnych powodów stracili do niej część sympatii. W dużym stopniu składa się na to ogólnoświatowy kryzys gospodarczy. Niestety, kryzys ten, podobnie jak w latach późnych dwudziestych i wczesnych trzydziestych ubiegłego wieku sprzyja postawom nacjonalistycznym i ksenofobicznym. Jak powiedziałem Ci, sam tego nie widziałem, ale czytałem i słyszałem o wielu coraz bardziej bezczelnych wystąpieniach nacjonalistów i rasistów w Polsce. Niestety, jak wiadomo, mają oni, a przynajmniej ich kibolska warstwa, poparcie ze strony prawicy, która ich namaszcza, jako “patriotów”.
Odwrót wielu ludzi od Kościoła instytucjonalnego jest faktem. Nie mogą się oni pogodzić z chowaniem pod dywan przypadków pedofilii i jednoczesnym wywieraniem presji na organa państwowe w sprawach uregulowań prawnych, które powinny być całkowicie w rękach państwa. Niestety, temu odwrotowi sprzyjają wypowiedzi i działania niektórych hierarchów, jak np. z ostatnich dni wyrzucenie ks. W. Lemańskiego z parafii przez jego biskupa, czemu ostro opierają się jego parafianie. Dokąd Polska zmierza? Wróżbitą nie jestem. Polityka i związane z nią podziały to jedna rzecz, a życie codzienne wcale tego nie odzwierciedla, przynajmniej w tym zakresie, jaki ja widziałem. Przez ostatnie kilka lat Polska wykonała olbrzymi skok modernizacyjny i kulturowy, którego nie da się nie zauważyć. To już nie ten sam kraj, co nawet kilka lat temu. To nowoczesny kraj o młodej, ale trzymającej się jeszcze zasad demokracji. To kraj, który ma swoje duże problemy, jak bezrobocie, ale wolność podróżowania pozwala z jednej strony młodym Polakom szukać pracy w innych krajach Unii, z drugiej, zatrudniać w Polsce imigrantów, którzy podejmują prace niechętnie podejmowane przez Polaków. Ale ponieważ jest demokracja i wolność, to istnieje zawsze możliwość zmiany warty u steru rządu.Powiem tak: kilka ładnych lat temu we Francji do wyborów przystąpił skrajny nacjonalista Le Pen. W wyniku skutecznej kampanii udało mu się być faworytem zbliżających się wyborów. Jednak kiedy nadszedł dzień głosowania, instynkt samozachowawczy Francuzów wziął górę i Le Pen odpadł. Jestem dobrej myśli, że podobnie stanie się w Polsce, a nasza stara Ojczyzna wyjdzie z kryzysu i dalej będzie się rozwijać, czasem szybciej, czasem wolniej, ale normalnie.

Rozmawiała

Małgorzata P. Bonikowska 

Poleć:

O Autorze:

Malgorzata P. Bonikowska

Dziennikarka, publicystka, anglistka (doktor językoznawstwa), nauczycielka, autorka książek, działaczka społeczna, współtwórca i redaktor naczelny www.gazetagazeta.com. Kocha pisanie, przyrodę i ludzi.

7 Comments

  1. krystyna i marek on

    …..Kochany Wiciu, o ksiazce nie bedziemy pisac, bo juz wiesz, ze czytalismy I ze jest swietna. Ale komentarz tego pana b.?????? Az trudno nam pozbierac mysli….trudno uwierzyc, ze sa, zyja I “normalnie” egzystuja..ludzie..no wlasnie ludzie???? nie wiemy kim oni sa???? Kiedys ktos powiedzial…” I tacy sa potrzebni I zyja wsrod nas”, ale…. stojmy z dala od nich.

  2. Lech Jaworski on

    Gratuluję panu Lilientalowi pożytecznej działalności na ugorze stosunków polsko–żydowskich. Szkoda, że używa on wprowadzających w błąd określeń takich jak „wiadomości o wtargnięciu we Wrocławiu grupy nacjonalistów w celu zakłócenia wykładu prof. Baumana”
    Osoby które protestowały przeciwko daniu trybuny Uniwersytetu stalinowcowi, który nigdy nie przeprosił za swe przestępstwa krzywdzące niewinnych ludzi w Polsce, to byli — antykomuniści nie żadni nacjonaliści. Gdyby w auli uniwersytetu wrocławskiego chciał obecnie przemawiać Hitler albo jego przyjaciel Stalin, to też nie dostaliby oklasków.

    W określeniu „na grobach żydowskich niewidzialna ręka wymalowała swastyki” kluczowym słowem jest „niewidzialna” bo w wielu krajach, ze względu na powtarzające się incydenty, ustawiono wartę na cmentarzach i przyłapano malarzy swastyk na gorącym uczynku. Okazali się być Żydami prowokatorami, starającymi się sztucznie mnożyć dowody antysemityzmu.

    Antypolonizm Grossa ma wielu bogatych popleczników, a najmniejsza krytyka rządu Izraela lub niektórych Żydów to brak grzeczności, taktu kultury, poprawności politycznej zasługujący na potępienie, grzywnę, odszkodowanie a nawet skrytobójczą śmierć.

    Wtrącanie do spraw polsko-żydowskich słowa „rasa” też nie ma sensu bo chyba polscy Żydzi i Polacy są tej samej białej rasy, która w historii ludzkości odegrała przodującą rolę, wyprzedając inne o dziesiątki tysięcy lat. Tego nie ma co zaprzeczać.

    Słowo antysemityzm może się odnosić równie dobrze do Palestyńczyków, też Semitów.

    Ksenofobia może nie jest taka zupełnie zła. Niech Polak, lub Polka spróbuje osiedlić się w Szwajcarii, Arabii Saudyjskiej, Japonii lub Izraelu, to przekona się, że jest to prawie niemożliwe, chyba że jest się młodą, długonogą, niebieskooką blondynką. Takie Polki są najczęściej ofiarami handlu żywym towarem, przeważnie w Północnej Afryce i Bliskim Wschodzie. Izraelskie gazety takie jak Haaretz czy Jerusalem Post, biją na alarm pisząc o tym, że niebieskookie blondynki z Polski i Ukrainy są niewolnicami w burdelach.

    Z izraelskiej telewizji: http://www.youtube.com/watch?v=vY8lP-UuIjY

    • Nie wiem o co Panu chodzi w tym ostatnim paragrafie. To, że wiele krajów europejskich ma społeczeństwa nietolerancyjne wobec inności, szowinistyczne i nieotwarte na imigrantów to żaden argument na twierdzenie, że ksenofobia nie jest zła. Pańskie liczne komentarze są często pozbawione logiki, przykro mi to stwierdzić. Czy twierdzi Pan, że każda gwiazda Dawida na szubienicy to sami Żydzi??? To spiskowa teoria dziejów, podszyta wyraźną niechęcią do Żydów…

  3. Jadwiga Wojtczak-Jarosz on

    No i bardzo ladnie! Po ponad 30 latach zycia zagranica wrocilam do Polski, w rzeczy samej, to choroba sklonila mnie do powrotu. I stalo sie to, jak to mowia, “za PO”. A teraz, gdy PO traci w sadazach, mam, podobnie jak Pan Liliental, nadzje, ze podczas wyborow rozsadek zwyciezy i Polacy nie dadza sie wmanewrowac w zaden nacjonalizm lub rydzykowski pseudokatolicyzm. Panu Lilientalowi osobiscie dziekuje za rzeczowe, konkretne i jakze trafne uwagi dotyczace obecnej polskiej rzeczywistosci.

  4. grzegorz stasiak on

    Od “zawsze” z wielka przyjemnoscia i zaciekawieniem “przysluchuje sie ” wypowiedziom pana Wiltolda Lilientala, zarowno tym w felietonach “przemyslanych pod prysznicem” jak i wypowiadanych przy innych okazjach, chociazby jak ta dzisiaj.

    Moze juz czas najwyzszy na otwarte spotkanie z p. Witoldem w Toronto,… a moze jakis otwarty czat w redakcji “Gazety” ?.

    Z ontaryjskiego Windsor, uklony dla p. Witolda, takze pozdrowienia dla pozostalych “Gazeciarzy”,

    Grzegorz Stasiak

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.