Piosenki o mojej Warszawie

0

Siedemdziesiąt lat minęło od największego i najbardziej krwawego zrywu wolnościowego w historii Polski. Był okres, kiedy pamięci o nim nie wolno było w ogóle czcić, później przyszły czasy, gdy rocznice powstaniowe były obchodzone, ale jednak w atmosferze pewnego zakłamania, jakie towarzyszyło w PRL większości obchodów związanych z naszą historią. Od chwili obalenia komunizmu w Europie, gdy przestała istnieć cenzura i mamy wolną i demokratyczną Polskę, pamięć o Powstaniu Warszawskim, wzbogacana wciąż nowymi opracowaniami historycznymi, stała się jednym z filarów naszej tradycji narodowej. Co roku, obchody rocznicy wybuchu Powstania obchodzone są przez rzesze młodych i – co niestety jest nieubłaganym prawem natury – coraz bardziej topniejące szeregi Powstańców. W tym roku okrągłej rocznicy, obchody w samej Warszawie, oglądane w wielu transmisjach TVP Polonia, wydały mi się szczególnie udane i trafione w dziesiątkę, jeśli chodzi o przybliżenie nowym pokoleniom tego, co było najważniejsze: bohaterstwa, determinacji i bezgranicznego ukochania swojego miasta. Stało się to, w moim odczuciu, dzięki pomysłowi wspólnego z uliczną widownią śpiewania piosenek powstańczych. Wprowadzały one w nastrój i łączyły. W tym momencie podziały polityczne wśród wspólnie śpiewających przestały istnieć. I ja, oddalony o tysiące kilometrów, wpatrzony w telewizor i czytający słowa wyświetlane dla publiczności na ekranie, (choć większość z nich i tak znam) też śpiewałem. Nastrój udzielił mi się w pełni. Bo tak już jestem stworzony, że dla mnie muzyka ma znaczenie nie tylko audialnej estetyki, ale także zawsze wywołuje wspomnienia i emocje.

W mediach spotykam czasem dyskusje na temat “obowiązkowego” nastroju, w jakim należy obchodzić ważne i poważne rocznice historyczne. Moim zdaniem, nie powinniśmy tkwić wyłącznie w patosie. Jest pewne junctim między najbardziej groźnymi czasami w przeszłości a dniem dzisiejszym, pewna ciągłość. Kolejne wydarzenia historyczne były zawsze następstwem i wynikiem tych poprzedzających je. Dziś, między innymi dzięki ofierze dawnych bohaterów, mamy wolność, ten najpiękniejszy dar. Jeszcze nie wszystkie narody świata mają to szczęście. A więc nie powinniśmy, oddając dziś hołd tym, którzy kiedyś za naszą Polskę oddawali życie i krew, stronić od akcentów radosnych, wyrażających dumę z naszych osiągnięć i dziedzictwa narodowego. A że jesteśmy jako Polacy częścią Europy, nie musimy stronić od najlepszych akcentów kultury europejskiej, której tradycja, także muzyczna, jest przebogata.

Wszystko to, co właśnie wypowiedziałem, można w pełni przypisać wspaniałej imprezie muzycznej “Warsaw Concerto”, zorganizowanej przez maestro dr. Andrzeja Rozbickiego w sobotę 25 października do Living Arts Centre w Mississaudze. Już sam tytuł, czytany na afiszu, przyniósł skojarzenia wspomnienia. W niedługim czasie po wojnie na wolnym Zachodzie wszedł na ekrany film “Dangerous Moonlight”, w którym polski pianista gra w ocalałej po bombardowaniu części domu dramatyczny utwór. To było właśnie “Warsaw concerto”, skomponowane do filmu przez Richarda Addinsella. Jego dramatyzm wywoływał emocje nie mniejsze, niż ponad sto lat wcześniej “Etiuda rewolucyjna” Chopina.

No i wieczór patriotyczny, zgodnie z sugestią swojego tytułu, zaczął się istotnie od brawurowego wykonania “Warsaw Concerto” przez Adama Piotra Żukiewicza. Pianista, grający przy akompaniamencie Celebrity Symphony Orchestra pod batutą maestro A. Rozbickiego, posiada stopień doktora sztuk muzycznych Uniwersytetu Toronto, dyplomy innych uniwersytetów i liczne prestiżowe nagrody uzyskane w konkursach w Europie, Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie. W najbliższym czasie koncertować będzie w różnych krajach Europy.

Po takim początku, już wytworzony nastrój patriotyczny na widowni podtrzymany został pięknym, lirycznym utworem naszego największego kompozytora narodowego, Fryderyka z Żelazowej Woli – “Tristesse” (Smutek). Słowa “Ojczyzno ty ma…”, śpiewane przez Rafała Bartmińskiego, trafiały gdzieś głęboko… Rafał Bartmiński nie bez przypadku nazywany jest żartobliwie “najwyższym tenorem w Polsce”. Znacznie jednak ważniejszym od faktu, że ma, na oko, blisko dwa metry wzrostu, jest jego dorobek artystyczny. Jest on absolwentem Akademii Muzycznej w Katowicach. Na IV Międzynarodowym Konkursie Śpiewaczym im. St. Moniuszki w Warszawie nadano mu tytuł “najbardziej obiecującego polskiego tenora”. Rafał Bartmiński śpiewa na najważniejszych festiwalach w Polsce i innych krajach Europy i współpracuje m.in. z Filharmonią Warszawską, Narodową Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia w Katowicach, Filharmonią Krakowską, Beethoven Academy Orchestra i Sinfonia Viva. Do jego największych osiągnięć należą: występ w “Mesjaszu” Haendla, rola Falstaffa G. Verdiego oraz “Siedem grzechów głównych” Weilla.

This slideshow requires JavaScript.

Jak wcześniej stwierdziłem, hołd dawnym bohaterom nie zawsze musi nosić znamion patosu. Może polegać na dumnym zaprezentowaniu naszej bogatej kultury. A któż lepiej do tego nadaje się, któż lepiej łączy w sobie polskie tradycje, kulturę i patriotyzm, jak nie mistrz Stanisław Moniuszko? No, prawda, przyznać musimy, że kontusz i żupan już dawno zamieniliśmy na obcy strój, ale duch odwagi i miłości do kraju ojczystego, tak akcentowane w arii Miecznika ze “Strasznego Dworu”, żywe są po dzisiejszy dzień. O wszystkich tych cechach usłyszeliśmy w silnym, męskim wykonaniu Zbigniewa Maciasa. Od 1992 r. pierwszy baryton Opery Narodowej w Warszawie ukończył studia na Akademii Muzycznej w Łodzi. Był laureatem nagrody na Festiwalu im. Jana Kiepury w Krynicy i w Konkursie Wokalnym w S’Hetogenbosch w Holandii, jak również w Konkursie im. Marii Callas w Atenach. Do jego repertuaru zaliczyć należy 30 wielkich ról, w operach takich jak Don Giovanni, Figaro, Aida, Nabucco i Carmen. W 1999 r. śpiewał arię Miecznika w Strasznym Dworze na scenie Great Buffalo Opera Company.

I wreszcie ten bardzo oczekiwany akcent warszawski! Trzy znane polonijne wokalistki z Toronto: Kaja Cyganik, Ilona Kowalik i Irmina Somers, czyli zespół: “Sanitariuszki”, w strojach powstańczych, zaśpiewały “Warszawskie dzieci, idziemy w bój” Andrzeja Panufnika do słów Stanisława Ryszarda Dobrowolskiego. Pierwszy raz usłyszałem ten utwór w filmie “Ulica graniczna”. Ileż to już lat minęło? A jego słowa i szturmowa muzyka wywołują we mnie zawsze taki sam dreszcz związany z okupacją i buntem przeciwko niej.

Same artystki znane są publiczności z GTA. Kaja Cyganik jest dziennikarką prasową i telewizyjną, poetką, blogerką i nawet fotografką. Jej życiową pasją są podróże. Ma również pasję śpiewania, w którym pomaga jej niewątpliwy talent. Śpiewa altem. Debiutowała w Krakowskim Radiu, śpiewając piosenkę o białej mewie.

Ilona Kowalik legitymuje się wykształceniem muzycznym i wokalnym, dzięki którym w Polsce brała udział w wielu młodzieżowych przedstawieniach. Już w Kanadzie, skomponowała ponad 30 piosenek. Dziennikarka telewizyjna, z zawodu jest naukowcem, obecnie kończy doktorat na Uniwersytecie Waterloo w dziedzinie zastosowania matematyki w diagnostyce medycznej.

Irmina Somers, prezenterka telewizyjna, aktorka i wokalistka, występowała w znanych produkcjach teatralnych Salonu Teatru Muzyki i Poezji, reżyserowanych przez Marię Nowotarską, śpiewała razem ze Zbigniewem Wodeckim, znana jest także z prowadzenia polonijnych audycji telewizyjnych. W tym roku otrzymała prestiżową nagrodę im. Macieja Płażyńskiego za serię filmową “OK, Poland” .

Sanitariuszki

Sanitariuszki

Może wyszłoby bardziej kurtuazyjnie wobec Wielkiej Damy Śpiewu, gdybym od niej zaczął całą relację, ale tak już jest, że największe gwiazdy zazwyczaj nie występują jako pierwsze i wchodzą na scenę, kiedy widownia już jest “podgrzana”. Takie właśnie wejście miała Katarzyna Dondalska. Urodzona w Bydgoszczy, sopran koloraturowy, swój romans z muzyką rozpoczęła w wieku pięciu lat nauką gry na skrzypcach. Śpiewać zaczęła w wieku piętnastu lat. Studiowała na Akademii Muzycznej w Olsztynie i w Würzburgu. Otrzymała dyplomy zarówno w klasie skrzypiec, jak i głosu i była finalistką w szeregu znanych międzynarodowych konkursów śpiewaczych. W 2011 r. uzyskała stopień doktorski z Gdańskiej Akademii Muzycznej. Jej wybitne role, w W.A. Mozarta “Królowej nocy”, R. Straussa “Zerbinetta”, Strawińskiego i Braunfelsa “Słowiku”, Offenbacha “Olimpii” i innych wiodły ją na występy w operach w licznych krajów, m.in. w Stanach Zjednoczonych, Argentynie, Korei, Włoch, czy Walii. O niej i jej kunszcie głosowym mówi się “ósmy cud świata”.

O tym mogliśmy się dobitnie przekonać już kilka lat temu podczas pierwszej wizyty Katarzyny Dondalskiej w koncercie wystawianym przez maestro A. Rozbickiego na tej samej scenie Living Arts Centre. Tym razem można było tylko potwierdzić, że jest to artystka najwyższego formatu. Zaczęła od bardzo trudnej wokalizy – pieśni Heleny – skomponowanej przez K. Dębskiego do filmu “Ogniem i Mieczem”, za którą widownia nagrodziła ją huraganową owacją i okrzykami “brawo”.

Kolejną porcję tradycji i patriotyzmu zafundował nam Rafał Bartmiński w pięknym, lirycznopatriotycznym wykonaniu arii Stefana ze “Strasznego Dworu”. A ja, słysząc kuranty, przypomniałem sobie, jak przeżywałem całą operę i tę arię po raz pierwszy w Krakowie. Wcześniej słyszałem o niej podczas mojej pierwszej powojennej emigracji od matki, która, z dala od kraju, nie szczędziła wysiłków, żeby podtrzymać we mnie polskość. Po powrocie usłyszałem pierwszy raz już nie o niej, ale ją samą. Bo ja prawie z każdym znanym utworem mam jakieś skojarzenia, jakieś wspomnienia wywołujące emocje. Czytałem gdzieś, kiedyś, że ostatnia zwrotka arii Stefana: “Słyszę, jak rodzic tę pieśń swobodnie nuci, gdy za najświętszą sprawę spieszy przelać krew…” była na indeksie pod zaborem rosyjskim. Widocznie już wówczas wywoływała skojarzenia i emocje. Gromkie emocje towarzyszyły artyście podczas schodzenia ze sceny. I znowu dreszcze emocji, kiedy słuchaliśmy skoków o oktawę i wyżej w zupełnie brawurowym i pełnym energii wykonaniu czardasza F. Grothe “Ich traume” (Ja snię) przez Katarzynę Dondalską. Ponownie widownia zareagowała burzliwą owacją. Pierwszą część koncertu zakończyła “Piosenka o mojej Warszawie” A. Harisa w wykonaniu Zbigniewa Maciasa. Artysta ponownie wniknął swoim śpiewem w czułe miejsce. W pamięci stanęły mi i ukazały się wyraziście najbardziej odległe w czasie, złe, trudne, a jednak drogie mi czasy. Miałem sześć lat, gdy wojna skończyła się. Wiosną 1945 r. moja matka trzymając mnie za rękę na piechotę, bo nie było środków lokomocji, prowadziła z naszych Włoch do Szczęśliwic, skąd już bryczki zabierały chętnych do tego, co nazywało się Warszawą. Pamiętam wertepy i gruzy, wypalone domy i jakiś kaflowy piec zwisający z ogołoconej ściany na wysokim piętrze. Później piosenkę tę, która stała się niezwykle popularna, śpiewał Mieczysław Fogg. Nie wiem, czy wszystkim znany jest fakt, że zarówno Haris, jak i Panufnik – kompozytor muzyki “Warszawskich dzieci” w okresie stalinizmu musieli uciekać z Polski, a ich muzyka pozostawała długo na indeksie. Czuło się, że widownia w Living Arts Centre przeżywała ten występ Zbigniewa Maciasa.

Słowa “Piosenki, o mojej Warszawie”, którą śpiewał, przywołały też myśli o przedwojennej stolicy, o tym eleganckim “Paryżu wschodu”, mnie znanym tylko z opowiadań. Ale nie wszystkie ulice były Paryżem wschodu. Były też enklawy biedy i małych sklepików i warsztatów, gdzie język polski był mało słyszalny. Jest znanym faktem, że ta przedwojenna Warszawa była domem największego skupiska Żydów w Europie. W Warszawie, podczas obchodów rocznicy Powstania śpiewana była m.in. piosenka “Warszawo ma”, na melodię znanego “Miasteczka Bełz”. Hołd oddany Warszawie nie byłby pełny bez włączenia do programu czegoś symbolizującego bogatą żydowską kulturę. Tym “czymś” była w drugiej części koncertu słynna aria Tewiego ze “Skrzypka na dachu”. Gdy Zbigniew Macias wszedł na scenę przebrany za mleczarza Tewie, sala zareagowała brawami. Gdy tylko zaczął “Gdybym był bogaczem…” oklaski stały się rytmiczne. To było wielkie przedstawienie wokalne i aktorskie. W drugiej części koncertu usłyszeliśmy “Fall Fair”, kanadyjskiego kompozytora G. Ridout, w wykonaniu całej orkiestry. Katarzyna Dondalska i Rafał Bartmiński zachwycili swoim wykonaniem W.A. Mozarta “La ci darem la mano”. Ten sam duet ponownie wywołał wspomnienia, śpiewając Kujawiaka H. Wieniawskiego. Takie same emocje czułem niegdyś widząc i słysząc Jana Kiepurę i Marthę Eggerth śpiewających tego samego kujawiaka po polsku w amerykańskim filmie. Zbigniew Macias ponownie zdobył serca publiczności śpiewając słynny utwór C. Francois “My way” po polsku. Rafał Bartmiński przypomniał piękną scenę z “Cyganerii” G. Pucciniego, śpiewając o małej, lodowatej rączce Mimi. Nasze Sanitariuszki brawurowo zaśpiewały “Tango na głos”.

I ponownie Katarzyna Dondalska w dwóch utworach. Pierwszym – w mojej ulubionej arii “Giuditty” F. Lehara i drugim – trudnej, wymagającej najwyższych umiejętności koloraturowych, słodkiej piosence o pocałunku “Il bacio”, kompozycji L. Arditi.

Cała trójka wielkich artystów wystąpiła wspólnie, śpiewając “Twoim jest serce me” z “Krainy uśmiechu” F. Lehara. Ponieważ pani obstąpiona była z dwóch stron przez panów, a każdy wdzięczył się do niej i śpiewał jej to samo, miała problemy z decyzją, czyje serce ma do niej należeć, co akcentowała dowcipną gestykulacją. Występ nagrodzony został owacją na stojąco. Świadomie użyję tu kolokwialnego słownictwa, pisząc, że zakończenie programu było po prostu fajne. Cały zespół artystów, wraz z Sanitariuszkami zaśpiewał “Pałacyk Michla, Żytnia, Wola”, a widownia wtórowała w refrenach. A Sanitariuszki zaśpiewały tak, że zapewne każdy zrozumie mnie, gdy napiszę po prostu, że cała męska część widowni, łącznie ze mną chciała w tej chwili… być ranna.

I tak kolejna udana impreza artystyczna przeszła do historii. Po zakończonym spektaklu maestro otrzymał od dyrektorki Toronto Catholic School Board pani Barbary Poplawskiej certyfikat uznający zasługi jego i jego orkiestry, a na scenę weszła jego wnuczka i wręczyła zasłużonemu dziadkowi bukiet kwiatów. Swoje uznanie dla działalności dr. Andrzeja Rozbickiego i jego orkiestry wyraziła także ze sceny w imieniu miasta Mississauga mówiąca po polsku Bonnie Crombie. Tego wieczoru była jeszcze kandydatką w wyborach, które odbyły się dwa dni później. Dziś wiemy, że została, ku zadowoleniu Polaków, merem miasta Mississauga.

This slideshow requires JavaScript.

Dyrygowana przez maestro dr. A. Rozbickiego Celebrity Symphony Orchestra obchodzi właśnie dwudziestolecie swego istnienia. I tu nasuwa się refleksja. Przez te wszystkie lata, z jego inicjatywy i pod jego batutą, odbyło się wiele koncertów, na których eksponowane były polskie utwory muzyczne, występowali polscy artyści i polskie słowa płynęły z ich ust, o polskiej historii śpiewało się i mówiło. Muzycy grający w tej orkiestrze, żyjący w kraju, gdzie na ogół mało wie się o Polsce, musieli dzięki temu poznać wiele aspektów naszej kultury. I to jest jedną z ubocznych, jakże pozytywnych stron tych artystycznych imprez. Takie “sączenie” polskości, zaznajamianie innych z naszą tradycją i kulturą jest ciche, mało widoczne, a jednak bardziej patriotyczne, niż głośne krzyki o tym, kto jest lepszym Polakiem, jakich czasem jesteśmy świadkami.

Udało mi się zamienić po spektaklu kilka słów z Katarzyną Dondalską. Oto nasza rozmowa:

W.L.: Czy mogłaby Pani powiedzieć kilka słów dla czytelników “Gazety”?
K.D.: Tak, pamiętam, że z Panem rozmawiałam kilka lat temu.

W.L.: Jest pani ponownie u nas w Toronto, mamy zaszczyt jeszcze raz słyszeć Pani cudowny głos, wiemy, że jest Pani wokalnie ósmym cudem świata. Jak pani się czuje będąc tu u nas po raz drugi?
K.D.: Przyznam szczerze, że było wspaniale, publiczność jest super, już od pierwszego utworu, kiedy na początku zaśpiewałam pieśń Heleny, jakoś chyba to zafascynowało publiczność, bo naprawdę były gorące oklaski i śpiewało się wspaniale, bo były uśmiechnięte twarze, szczęśliwi ludzie. To wtedy bardzo podbudowuje i dodaje jeszcze więcej, po prostu przyjemności na scenie.

W.L.: Czyli czuła Pani ten nastrój, ten odbiór?
K.D.: Tak, naprawdę ten odbiór był bardzo ciepły i była pełna sala, no – wspaniale!

W.L.: Ja chcę osobiście bardzo podziękować za arię Giuditty, która jest moim absolutnie najbardziej ulubionym utworem. Spodziewałem się, że zaśpiewa to Pani po niemiecku: “Meine Lippen, się küssen so heiss”.
K.D.: No, nie! Ja śpiewam to zawsze po niemiecku, ale jeśli śpiewam w Polsce, czy dla Polonii, to oczywiście po polsku.

W.L.: Tym bardziej doceniam to. A jakie ma Pani najbliższe plany?
K.D.: Będę na początku stycznia w Vancouverze, gdzie będę śpiewała koncerty noworoczne, potem w Austin w Teksasie, później w Polsce z Filharmonia Krakowską mam parę koncertów, no i tak to będzie się toczyło.

W.L.: Rozumiem, że nie mogę Pani zajmować więcej czasu, bo z pewnością jest Pani bardzo wyczerpana po takim koncercie, więc dziękuję Pani serdecznie za udzielenie mi tych kilku odpowiedzi.

***

Od lat z radością uczestniczymy w kolejnych artystycznych przedsięwzięciach Andrzeja Rozbickiego (kilka z nich osobiście prowadziłam). Z okazji jubileuszu życzymy Mu samych sukcesów i wiele nowych inicjatyw.

Małgorzata P. Bonikowska i Redakcja “Gazety”

Poleć:

O Autorze:

Witold Liliental

Urodzony w Polsce, dorastający w Południowej Afryce, inżynier metalurg z zawodu (dyplom z Polski) i dziennikarz, propagujący tolerancję rasową, szczególnie aktywny w obalaniu stereotypów i uogólnień, popularyzator historii Polski i osiągnięć Polaków w starym kraju i na świecie, recenzent wydarzeń kulturalnych i książek.

Comments are closed.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.