Z powrotem w Ontario (66)

0

Mieszkam znowu w Ontario. Pierwszy raz dotarłem tu w roku 1988. To szmat czasu. Prawie 30 lat.  Wiele się działo. Opisywałem swoje podróże. Teraz trochę wspomnień z miejsca, gdzie zaczęła się moja Kanada.

Do Kanady – 25

Opisuję moją drogę przez czas stanu wojennego, co również złożyło się na moją drogę do Kanady, która zaczęła się w sierpniu, gdy pierwszy raz zobaczyłem ten kraj, odwiedzając moją siostrę w Mississauga w 1980 roku. Pisałem o tym w poprzednich odcinkach „Do Kanady”.

Przenieśliśmy się w dwie rodziny na Warmię do gminy Gietrzwałd. Siedlisko nazywało się Łopkajny.  Na Łopkajnach spędziliśmy czas jak na ciągłych wakacjach. Gdzieś tam w miastach trwał stan wojenny, chociaż oficjalnie podobno skończył się w roku 1983. Nas to jakby nie dotyczyło. Pracę zapewnialiśmy sobie sami, produkując i sprzedając w szkołach całej Polski pomoce szkolne dla klas młodszych.

Pewnego dnia, pod koniec lata 1986 roku. przyszedł list. Nie, nie e-mail. Internetu wtedy jeszcze nie było. Nie dlatego, że nie było zasięgu czy możliwości. Nie dlatego że był za drogi czy za słaby. Nie było Internetu, dlatego, że jeszcze nikt go nie wymyślił. Nie było nawet jeszcze telefonów komórkowych, nie mówiąc o smartfonach, czy jak to się tam po polsku teraz nazywa. Tak, tak Milenias, były takie czasy i ludzie potrafili sobie całkiem dobrze radzić bez Google, bez GPS, bez satelitów. Było nawet ciekawiej.

No więc przyszedł list, dowieziony przez listonosza. W liście było zawiadomienie o pierwszym po 14 latach spotkaniu klasy maturalnej Liceum im. K.I. Gałczyńskiego w Otwocku z czasów 1968 / 1972. To była moja szkoła i moja klasa. Nie pamiętam, kto organizował to spotkanie po 14 latach, i czemu czternastu a nie piętnastu.

This slideshow requires JavaScript.

Ta szkoła to była jedyna, którą udało mi się przejść w całości i z której miałem najwięcej wspomnień, była więc dla mnie bardzo specjalna. Urodziłem się w Słupsku i tam poszedłem do pierwszej klasy Szkoły Podstawowej nr 1. Był to rok 1960.  Do dziś pamiętam, że moja Pani nazywała się Konarska, a moja pierwsza szkolna miłość to koleżanka z mojej klasy, dziewczynka która nazywała się Jola Chościłowicz. To dopiero pamięć.

Do tej mojej pierwszej w życiu szkoły chodziłem tylko trzy lata, bo w roku 1963 ojciec dostał pracę głównego księgowego w petrochemii płockiej i w roku 1963 wyprowadziliśmy się tam na zupełnie nowe mieszkanie w zupełnie nowym bloku na ulicy Krótkiej. Po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko naszego bloku była szkoła podstawowa nr 2.

Nie wiem, czemu nie poszedłem od razu do tej szkoły, pewnie nie było miejsc. Poszedłem do szkoły nr. 1 ale nie na długo, bo przeniesiono mnie do tej szkoły naprzeciwko okna mojego pokoju. Zdarzało się nie raz że dzwonek mnie budził na lekcje i oczywiście spóźniałem się.

Fajne to były czasy, ale w roku 1966 przeprowadziliśmy się znowu, tym razem do Jabłonny pod Warszawą. Chyba znowu miało to związek z pracą ojca. W samej Jabłonnie nie było szkoły, albo nie było miejsc, nie wiem, ale poszedłem do szkoły nr 1 w Legionowie. Chodziło się do tej szkoły chyba ze cztery kilometry przez las, leśnymi drogami, więc chyba rozumiecie, że na trzy miesiące jakie zostały do wakacji, byłem w tej szkole może miesiąc. Po prostu wiosna była zbyt ciepła, ptaki śpiewały zbyt głośno i klasy przegrały z naturą. Po roku znowu przeprowadziliśmy się do Płocka, do tego samego mieszkania i tej samej szkoły za oknem mojego pokoju. Miało to chyba coś wspólnego z niemożliwością uzyskania meldunku w Warszawie. Na wiosnę roku 1968 znowu przeprowadzka. Tym razem do Otwocka. Nowe mieszkanie w bloku na Ul. Sportowej, nowa szkoła, tym razem nr 2. To już była ósma klasa (byłem pierwszym rocznikiem klas ósmych i tej ósmej klasy zostało mi tylko w Otwocku trzy miesiące.  Całe szczęście, bo droga do tej szkoły znowu wiodła przez las i znowu była wiosna. Na szczęście pomimo śpiewu skowronków na Ługami udało mi się skończyć tę szkołę bez powtarzania.

No i przyszedł egzamin do Liceum. Liceum im. K.I. Gałczyńskiego mieściło się nawet nie pięć minut od domu, więc było naturalnym wyborem. Chodziła tam też moja siostra, która kończyła jeszcze siedmioletnią szkołę podstawową, więc chociaż tylko półtora roku starsza ode mnie, w klasach szkolnych zrobiło to aż trzy lata (siostra urodziła się we wrześniu a ja w styczniu). Nie wiem jak teraz, ale wtedy, by dostać się do Liceum trzeba było zdać egzamin. Zdałem go szybko, jako jeden z pierwszych i poleciałem do domu się przebrać i wrócić by czekać na wyniki. Tak, tak, wyobraźcie sobie, że bez komputerów, wyniki egzaminów ogłaszano tego samego dnia. Znalazłem się na liście uczniów klasy 1A. Wracałem do domu zadowolony, bo właśnie zaczynały się wakacje, gdy spotkałem na chodniku mamę. Śpieszyła się z pracy by się dowiedzieć, co z moim egzaminem. Gdy zobaczyła mnie w zwyczajnym podwórkowym ubraniu, myślała, że nie poszedłem na ten egzamin. Musiała sama pójść i zobaczyć, że na pewno jestem na liście.

To liceum to była jedyna szkoła, którą przeszedłem w całości, no bo przecież studia wieczorowe i zaoczne trudno nazwać stałą szkołą. Mieliśmy w tym Liceum naprawdę wspaniałych i dedykowanych nauczycieli. Nasz wychowawca, profesor Litwin wszczepił mi wielką wiedzę o polskiej literaturze, polskim języku, poetach i poezji. Przeraża mnie jak dzisiaj młodzi ludzie niszczą i wulgaryzują ten język. Może nauczyciele też już nie ci.

Matematyka, fizyka, chemia stały się moimi ulubionymi przedmiotami, również dzięki wspaniałym profesorom. Mieliśmy bardzo zgraną klasę. Najbardziej dało się to odczuć na Balu Maturalnym.

Nasz dyrektor, pan Nietupski z jakiegoś powodu zarządził, że wszyscy chłopcy mają być ostrzyżeni na krótko. A był to przecież czas Beatlesów i długie włosy to była wręcz konieczność, jeśli chciało się mieć jakiekolwiek szanse u dziewcząt. Matura była tuż tuż, kto by ścinał włosy. Żaden z klasy IV A tego nie zrobił. Jak jeden mąż przyszliśmy wszyscy z długimi, czasem nawet do ramion. I jak jeden mąż zastaliśmy też wszyscy wyproszeni przez dyrektora z Sali Balowej.

Ponieważ Liceum znajdowało się w prawdziwym starym pałacu, więc sala balowa była prawdziwa. Zeszliśmy na dół po szerokich schodach i staliśmy w holu słuchając perory dyrektora Nietupskiego o naszej wielkiej nieodpowiedzialności, gdy nagle na schodach wiodących z Sali balowej zrobiło się czarno i biało. To dziewczyny z naszej klasy, wszystkie 23 ubrane w białe bluzki i czarne spódnice (my oczywiście w garniturach, takie to były czasy), wyszły z Sali i zeszły do nas, mówiąc dyrektorowi, że jeśli nam nie pozwoli być na balu to one też idą do domu. O był wspaniały pokaz zgrania naszej klasy. Drektor nir wytrzymał i wróciliśmy na salę wszyscy.

Zabawa, oczywiście z Polonezem trwała całą noc, z przerwami na wymykanie się do pałacowego parku. To było w roku 1972. Teraz jest rok 1986 i mamy się po raz pierwszy od tamtego czasu znowu wszyscy spotkać…

Poleć:

O Autorze:

Marek Mańkowski

Comments are closed.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.