Nasz niepowtarzalny, polski patriotyzm

1

I. POŚPIEWAJMY

Tę prześliczną piosenkę śpiewamy od przynajmniej trzech, a może i czterech pokoleń. Jest łagodnie wzruszająca, łatwa, przyjemna i nie ma potrzeby zastanawiania się nad jej przesłaniem i sensem. Mimo to spróbujmy – ale nie nućmy, tylko czytajmy.

Jak to na wojence ładnie,
Kiedy ułan z konia spadnie.
Koledzygo nie żałują,
Jeszcze końmi go tratu.

Uroda i wdzięk tej piosenki nie polega tylko na zlekceważeniu zasad języka polskiego, w którym – poza wyjątkami – akcent pada na przedostatnią sylabę. Tu zawsze pada na ostatnią. Koledzyzgo – tak to słyszymy – nie jest nazwą egzotycznego zwierzęcia, to taka niefortunna zbitka: koledzy go… itd. Ale to tylko filologiczne czepiactwo, chodzi o coś ważniejszego, o wymowę utworu. Jest w nim nie wojna ze wszystkimi jej okropnościami, a wojenka, zabawa,w której ochotnie uczestniczymy. I przykład braterstwa na polu walki. Wypływa z tego wniosek: prawdopodobnie pod Samosierrą mniej szwoleżerów zginęło od hiszpańskich dział,niż pod kopytami końskimi towarzyszy broni. Skoro wojenka jest zabawą, to i Powstanie Warszawskie było wesołą przygodą, bo:

Pałacyk Muchla, Żytnia, Wola,
Bronią się chłopcy spod Parasola,
A na Tygrysy mają VIS-y,
To warszawiacy, dzielne urwisy…

Dla starszego pokolenie są to sprawy oczywiste, młodszemu trzeba dawne teksty tłumaczyć na język przystępny. Tygrysy to jedne z najgroźniejszych czołgów II wojny światowej, VIS-y to pistolety. Proporcje w uzbrojeniu wywodzą się z legendy sławiącej ułanów szablami atakujących czołgi. We współczesnym języku słowo „urwis” już nie występuje, wyjaśniam więc, że to po prostu łobuz (jeśli to słowo nie wymaga tłumaczenia); w tym przypadku nie ma ono znaczenia pejoratywnego, chodzi raczej o łobuziaka, który zaraz jakąś psotę wrogowi wyprawi. Wesoły obrazek: z pistoletem na czołg. A jeśli w tej zabawie odniesiesz ranę, to ci się to opłaci, bo: „sanitariuszka, morowa panna da ci buziaka”. Może się przytrafić coś gorszego, ale przynajmniej potomni powiedzą: – jak pięknie ginęliśmy… Westchnienie wydadzą z siebie ci, co nie zginęli. Przygoda. Nic tylko w pogodny sierpniowy dzień budować barykadę w Alejach Ujazdowskich, przebierać młodych ludzi w hełmy i opaski i rekonstruować. Ale rekonstruować tak, żebyśmy wygrali. Ku pokrzepieniu serc. Krzepi pomnik małego powstańca na warszawskim Podwalu, ale oburzają nas dzieci afrykańskie czy arabskie uzbrojone w kałachy.


Tekst udostępniony przez Studio Opinii – Dziękujemy


Nie pamiętam ani tytułu, ani autora publikacji, ale jej treść trafiła mi do przekonania, więc na użytek tego tekstu pozwalam sobie nią częściowo posłużyć. Chodzi o świętą pieśń Polaków „Czerwone maki”.

Czy widzisz te gruzy na szczycie?
Tam wróg twój się kryje jak szczur…

Wyobrażam sobie, że zabicie człowieka jest ciężkim doświadczeniem, ale zabicie obrzydliwego gryzonia to coś pożytecznego. Wroga trzeba więc odczłowieczyć. Wróg w tym w przypadku nie był przedstawicielem narodu, który wydał wielkich myślicieli, poetów, kompozytorów, a kimś, kogo obowiązkowo należało „za kark wziąć i strącić z gór” w jedyny możliwy sposób: przez fizyczne unicestwienie. Oczywiście – wojna nie jest eleganckim przyjęciem, na którym prawi się komplementy, to machina służąca zabijaniu. Przeżyję, jeśli nie przeżyje wróg. Chodzi mi jednak o mechanizm psychologiczny. Znamy to z przeszłości – dzielono całe narody na nadludzi i podludzi. Nadczłowiek zabijał podczłowieka, nie ponosząc szkód psychicznych. W łagodniejszej, „ucywilizowanej” wersji wraca to do nas dzisiaj: ludziom „gorszego sortu”, tym, którzy noszą w sobie „gen zdrady”, „targowiczanom” należy się znacznie mniej. Nie musimy ich fizycznie likwidować, ale nie mają prawa do szacunku, zasługują na pogardę i gorszy los.

W ramach tzw. sprawiedliwości społecznej i czyszczenia historii po prawie 30 latach od zmiany ustroju przeprowadzamy radykalną dekomunizację. Stare tablice z nazwami ulic zastępujemy nowymi, słusznymi. Znikają z naszych miast i miasteczek m.in. nazwiska pisarzy, szkoły i instytucje kultury, mocą nadania przez władze, otrzymują nowych patronów. Leon Kruczkowski, autor szanowanego i przed wojną dzieła „Kordian i cham”, był przed Mrożkiem najbardziej cenionym na świecie polskim dramaturgiem. Ale okazał się niegodnym patronem teatru w Zielonej Górze, nie zasłużył na ulice i popiersia, wykreślono go z historii polskiej literatury. I nie pomogło mu nawet to, że jego sztuki grano na całym świecie, a „Niemców” w Moskwie wystawiono dopiero kilka lat po premierach w Londynie czy Madrycie. Zgotował sobie ten los, bo był przecież nie tylko prezesem Związku Literatów Polskich, ale także – o zgrozo! – wiceministrem Kultury. Odnoszę jednak wrażenie, że ta lustracja historyczna jest zbyt powierzchowna i płytka. Należałoby z korzeniami wyrwać wszystko, co trąci jakimkolwiek postępem, zalatuje socjalizmem i śmierdzi rosyjskością. Nie chcemy o tym pamiętać, ale popatrzmy prawdzie w oczy: na szczególnie podniosłych uroczystościach patriotycznych, a także w kościołach, śpiewamy od 202 lat pewną pieśń o podejrzanym rodowodzie. W zależności od epoki i nastroju zmieniamy tekst oryginału. Raz jest racz nam wrócić Panie, innym razem pobłogosław Panie. A w oryginale ten tekst brzmi:

Pod twe ołtarze zanosim błaganie,
Naszego króla zachowaj nam Panie
.

Pieśń „Boże, coś Polskę” w roku 1816 napisał Alojzy Feliński na cześć króla Polski, cara Aleksandra I. Biję się w piersi: sam przez całe lata śpiewałem te pieśni i piosenki, nie zastanawiając się nad ich sensem. Ale w okresie wzmożenie patriotycznego naszła mnie myśl, że może jednak warto poświęcić im chwilę refleksji. Czy wspomagają one budowę swoistego, niepowtarzalnego polskiego ukochania ojczyzny? Mam nadzieję, że tylko w niewielkim stopniu, choć zapewne należą do patriotycznego wyposażenie dorodnych młodzieńców maszerujących pod znanymi z przeszłości flagami. A swoją drogą, ciekawe jakie pieśni śpiewa leśny fürer, który w blasku ognisk i na tle swastyk w jedozdaniowym toaście sławi Adolfa Hitlera i ukochaną Polskę. A może śpiewa tylko Horst Wessel Lied?

Jak kraj długi i szeroki, w każdym mieście i miasteczku wzniesiono pomniki Janowi Pawłowi II, ochrzczono jego imieniem tysiące ulic, placów, szkół i szpitali, ale nie sądzę, żeby nasz naród stał się lepszy, bardziej religijny i żebyśmy mocniej kochali bliźniego swego. Ulice, place, instytucje, stowarzyszenia i instytuty nazwane imieniem „poległego” prezydenta tylko w niewielkim stopniu wpływają na wzrost jego uwielbienia. Uporczywe stosowanie w każdej okazji słów – pisanych największą literą – Naród, Ojczyzna, powodują pewnie ich wyświechtanie, zużycie. Czy naprawdę większym patriotą jest ten, który grzmiąco się tymi słowami posługuje, od tego, który je naprawdę szanuje i w związku z tym posługuje się nimi rzadko i wstydliwie?

II. POCZYTAJMY.

Rzadko na moich wargach –
Niech dziś to warga ma wyzna –
Jawi się krwią przepojony,
Najdroższy wyraz: Ojczyzna.

Widziałem jak się na rynkach
Gromadzą kupczykowie,
Licytujący się wzajem,
Kto Ją najgłośniej wypowie.

Widziałem, jak między ludźmi
Ten się urządza najtaniej,
Jak poklask zdobywa i rentę,
Kto krzyczy, iż żyje dla Niej.

Widziałem, jak do jej kolan –
Wstręt dotąd serce me czuje –
Z pokłonem się cisną i radą
Najpospolitsi szuje.

W czasach, gdy nie ma już cenzury, ten wiersz w oczywisty sposób jest niecenzuralny. Gdyby ktoś go zacytował z mównicy, to z pewnością jakiś marszałek surowo by oratora ukarał. Wiersz napisał Jan Kasprowicz, w którego czasach – widać – występowało już zjawisko obecnie powszechne. To zadziwiające, jak aktualna bywa poezja tworzona w innych epokach. Niekiedy zdumiewa też jej profetyzm. W latach osiemdziesiątych przynajmniej połowa uczestników wielkich manifestacji słuchających słów o tym, że wyjdzie stu robotników nie miała pojęcia, że wiersz napisał zapomniany poeta Juliusz Słowacki; była też przekonana, że miłoszowskie słowa o tym, który skrzywdził człowieka prostego napisane zostały na społeczne, aktualne zamówienie. Gdyby nie język, nikt by nie rozpoznał, że niejaki Wacław Potocki trzysta pięćdziesiąt lat temu napisał te słowa:

Nieszczęśliwa, pomyślę, Rzeczypospolita,
Kiedy każdy się swego rozumienia chwyta.
Zerwawszy sejm, że na nim nie mógł się obłowić.
W domu konstytucyje wolno mu stanowić.

……………………………………………………………

Któż, prze Boga, szubieńce godniejszy i pala,
Jeśli nie ten, kto sobie tak wiele pozwala?
Więc złodzieja wieszają, że ukradnie woły –
Tańsza u nas ojczyzna i Boże kościoły.

Norwid redivivus. Przez lata zapomniany i niedoceniony już w latach pięćdziesiątych zaczął być cytowany. I jego niektóre wiersze okazały się uniwersalne – w tym znaczeniu, że politycy próbujący udawać erudytów i smakoszy poezji podpierali się poetą, choć wywodzili się z różnych, niekiedy przeciwstawnych obozów i odmienne wyznawali ideologie, jednak Norwida dawało się użyć. Ale jakoś nie cytowano zbyt często Mickiewicza:

Gęby za lud krzyczące sam lud w końcu znudzą,
I twarze lud bawiące na końcu lud znudzą.
Ręce za lud walczące sam lud poobcina.
Imion miłych ludowi lud pozapomina.

Historię literatury polskiej pisano nie raz, a kilka razy. Pół biedy, jeśli to robią historycy literatury, badacze czy krytycy, nawet wtedy, kiedy ograniczają ich obiektywizm upodobania osobiste. Nawiasem mówiąc, pamiętam, że w latach pięćdziesiątych jeden z naczelnych polskich krytyków, autor szkolnych podręczników, chwaląc Adama Mickiewicza, zarzucił wieszczowi, że nie doceniał roli klasy robotniczej; istotnie, ani w „Balladach i romansach”, „Grażynie” czy „Konradzie Wallenrodzie” robotnika ani śladu.

Najgorzej jest, kiedy historię literatury przykrawają na swój aktualny użytek politycy i ich literaccy pachołkowie. Zmieniają się czasy, systemy i sytuacje polityczne, a różnej proweniencji strażnicy „skarbnicy narodowej literatury” pracują pilnie w świętym przekonaniu, że najlepiej wiedzą, na jakim dziedzictwie trzeba wychowywać naród i czym go duchowo karmić. Im to zawdzięczamy kolejne podstawowe kanony poezji. Oni też fałszują jej historyczny obraz, bo przemalowują go tak, by narodowa poezja okazywała się niepokalana, nie tknięta grzechem. A można by ułożyć opasłą antologię zawierającą akty pospolitego serwilizmu i ód na cześć zaborców i zdrajców wieszanych potem przez lud na latarniach. Zawierałaby wiersze poetów, których patriotyzmu nikt nie ośmiela się kwestionować.

Tak pomyślana antologia pokazałaby, że nasza poezja nie zawsze była lustrem szlachetnych idei i zbiorem światłych recept na życie społeczne. Nierzadko lansowała zaściankowość, ciemnotę i kołtuństwo – co również i dzisiaj tu i tam spotykamy. Omijamy te wstydliwe karty, nie chcemy o nich pamiętać. Może i słusznie. Poeci też mają prawo do błędów, nawet w kwestiach podstawowych. W naszych czasach wartość dzieła jest drugorzędna, poetów i prozaików skazuje się na niebyt, a w najlepszym razie na przemilczenie, bo do czegoś należeli i coś popierali. Bardziej jednak grzeszą ci, którzy instrumentalnie, dla doraźnych celów zakłamują historię (literatura, poezja ma być utkana z patosu i uniesień, ze szlachetności i wzniosłości). Ma być sienkiewiczowska, a nie – Boże broń – gombrowiczowska, ma mówić nieskalaności narodu, sławić przegrane powstania, cierpieć i martyrologizować. Współczesny poeta Jerzy Górzański w latach siedemdziesiątych napisał słowa i dziś aktualne:

Wszyscy by chcieli o narodzie wciąż gadać i gadać,
Podsuwając mu czaszkę zżółkłą i wiązkę piszczeli.
A naród nie słucha, tylko robi swoje.

Zastarzałym i wciąż powtarzającym się grzechem wszystkich, którzy orzekali o wielkości poety i znakomitości jego dzieła jest przykładanie do wiersza miarki aktualności – najczęściej politycznej lub ideowej. Ponawiane we wszystkich epokach tego rodzaju zabiegi krytyczno-kreacyjne często odsuwają na bok prawdziwe wartości literackie, a windują na piedestał utwory słabe, za to natychmiast reagujące na zawirowania naszej historii. Kiedy ma się do czynienia z tekstem pochodzącym z odległej epoki, takie fałszywe kreacje mają niewielkie znaczenie. Gorzej, jeśli jest to wiersz dotyczący wydarzeń, których byliśmy lub jesteśmy świadkami.

Od wielu lat zasiadam w jury rozlicznych konkursów poetyckich i obserwuję, jak czeladnicy poetyccy, ale też i uznani poeci usiłują nadążać za aktualnością. Jest oczywiste, że wiersz dedykowany (Bogu ducha winnemu) Janowi Pawłowi II nabiera wartości przez samą dedykacje. Warto też utwór zadedykować Adamowi Mickiewiczowi – ot, kolega koledze. Ale przede wszystkim trzeba trzymać rękę na pulsie czasu. Minęła już fala wierszy poświęconych Józefowi Piłsudskiemu, bo wyparła ją ujawniona prawda o Katyniu, więc tragedię tam pomordowanych opiewały setki maszerujących na Parnas. A potem łzy rzęsiste wylewali poeci na smoleńską brzozę. Jakoś nigdy nie wierzyłem w szczerość tych wzruszeń i pewnie już w tym niedowiarstwie tkwić będę. A co zostało z poetyckiej publicystyki lat Solidarności poza piosenką Jacka Kaczmarskiego?

Lat temu osiemdziesiąt z okładem Kazimierz Wierzyński napisał „Lekcję konwersacji”:

Nie mów o Polakach i Żydach,
To pole minowe.
Nie mów o Polakach i Ukraińcach,
To pole minowe.

……………………………………

Nie mów o Polakach i Litwinach,
To pole minowe.
Nie wstępuj na pole minowe,
Wylecisz w powietrze.

Są jeszcze inne,
Na które wstąpiliśmy przedtem
I także nie ma o czym gadać.

W ostatnim czasie zaminowaliśmy wielkie pola na wschodniej i zachodniej granicy, a także daleko poza granicami. Ale i teraz saperzy nie byliby bezrobotni. Więc może dziś wielki Skamandryta napisałby jeszcze jedną zwrotkę wiersza:

Nie mów o Polakach i Polakach,
To pole minowe.

Nasza ojczyzna jest jednym wielkim grobem nieznanego żołnierza. A także grobem zapomnianego poety. Jedną z nich jest Anna Świrszczyńska, uczestniczka Powstania Warszawskiego.

Ci co wydali pierwszy rozkaz do walki
Niech policzą teraz nasze trupy.
Niech pójdą przez ulice
Których nie ma
Przez miasto
Którego nie ma
Niech liczą przez tygodnie przez miesiące
Niech liczą aż do śmierci
Nasze trupy.

Wtóruje jej Tadeusz Różewicz:

Umarli przypominają sobie
Naszą obojętność
Umarli przypominają sobie
Nasze milczenie
Umarli przypominają sobie
Nasze słowa

……………………………….

Umarli czytają nasze książki
Słuchają naszych przemówień
Wygłoszonych tak dawno
Umarli studiują referaty
Biorą udział w dyskusjach
Już zamkniętych
Umarli widzą nasze ręce
Złożone do oklasków

……………………………………

Umarli liczą żywych
Umarli nas nie zrehabilitują

W roku 1957 Andrzej Bursa napisał wiersz „Rówieśnikom kameleonom” aktualny po pół wieku:

Brzdąkający ostrożnym cynizmem
Uchodzący za dobrą monetę
Czekający na mannę z nieba
Gdzież mam myśleć o miłości ojczyzny
My nawet jednej kobiety
Nie umiemy kochać jak trzeba.

Nasz niepowtarzalny, polski patriotyzm zrodzony jest z zapatrzenia w wyidealizowaną przeszłość, z rozdrapywania ran, z przekonania, że jeśli już kiedykolwiek przegraliśmy, to dlatego, iż wzięto nas podstępem i zdradą. Tak to zdiagnozowała niedawno zmarła Joanna Kulmowa:

Może łatwiej przez ciebie zginąć
Niż dla ciebie wytrzymać
Chorobo nieustająca
Nieprzyschnięta oparzelino
Ułomności rodzima
Z ojców ojca

…………………………………..

Moja wado wrodzona
Polsko

Temat ojczyzny pojawia się i we współczesnej poezji, niekiedy w karykaturalnej postaci. Jeden z nurtów wywodzi się w prostej linii z piosenki pastuszka pasącego trzy owieczki i jednego baranka na łączce nad strumykiem. Poeta z bożej łaski pisze o wyjątkowej krainie, nad którą płyną obłoki, w której szemrzą potoki między górami a morzem, w której śpiewają ptaszki i szumią lasy. Z tego rustykalnego krajobrazu wynika deklaracja: kocham cię, Polsko! Autorowi nie sposób wytłumaczyć, że ten pejzaż nieszczególnie wyróżnia nasz kraj spośród wielu innych: lasy są wszędzie, choć z pewnością nie szumią na Saharze, na Arktyce i Antarktydzie. Dowód na płomienne uczucie jest dość słaby. Groźniejszy jest jednak inny nurt, w którym wiersze rodzą się z bezbrzeżnego cierpienia. Oto utwór uznanego poety opublikowany w roku 1993. Poeta ten, współczesny Torquemada, nieustępliwie tropi grzechy innych poetów – Międzyrzeckiego, Ważyka, Woroszylskiego, Ficowskiego, Brauna, Szymborskiej, którzy w końcu lat czterdziestych i początku pięćdziesiątych popełniali utwory sławiące tamte czasy i ich bohaterów. Teraz zaś ujawnia ogrom swego talentu w wierszu „Śmierć Piłsudskiego”.

Mówili:byłaś pawiem narodów, papugą
Gorzej – ty byłaś dziwką! Piękną i szaloną
Dziwką, która nie idzie przez świat, ale tańczy,
Nie myśli, lecz się śmieje…

Tym, co Cię kochali
Plułaś w twarz – też ze śmiechem. Lecz tym co cię bili
Umiałaś lizać łapy. Słać miłosne listy
Do Moskwy, do Berlina, skamlałaś u drzwi
Żeby wpuścić raczyli… A gdy Ci kazano
Swój własny pomiot jak suka rzuciłaś
Gdzieś wśród łagrów Syberii…

Tak, umiałaś walczyć
Jak dziwka z pazurami skakałaś do oczu
Z pazurami na czołgi… Zdychałaś w konwulsjach
Na każdym progu domu. A potem z uśmiechem
Szłaś do łóżka zwycięzcy. Kto Ciebie zrozumiał
Kto potrafił tak kochać, by chlasnąć Cię w twarz –
O Polsko, Polsko!

Noc stoi u granic
Noc nadchodzi milczącym, krwawym korowodem –
Wie, że nie będziesz wierna. Ale bardziej boli
Lęk: komu starczy sił, by być wiernym Tobie?

Potęga tego utworu polega na tym, że pisano go nie długopisem, a krwawiącym sercem. Że silnym kopem prawej nogi odrzucono gust i smak. Że nikt tak jak autor nie cierpiał, nie przeżywał losów swojej ojczyzny, która się co prawda kurwiła, ale mimo wszystko nie sposób się od niej wyzwolić. Boże broń nas przed takim patriotyzmem i takimi wierszami!

III. POMYŚLMY

Polski, niepowtarzalny. Skąd się bierze, jakie ma korzenie? Czy rodzi się z charakteru narodowego, jeśli coś takiego istnieje? Przeczytałem przed laty szkic podpisany nazwiskiem naprawdę wybitnego pisarza na ten właśnie temat. Otóż utrzymuje on, że wszyscy rodzą się jednakowi i jeśli mają podobne warunki rozwoju swych osobowości, to są tacy sami – niezależnie od tego, gdzie przyszli na świat. Za jednym zamachem zlikwidował nie tylko obiegowe mity (Niemcy są pracowici, Francuzi rozpustni, Włosi leniwi, a Polacy pijani), ale również zakwestionował to, że na zespół podobnych zachowań większych społeczności może mieć wpływ historia, religia, jakość współżycia z najbliższymi sąsiadami itp czynniki.

Zakwestionował fakt, że w zbliżonych warunkach różne narody mogą się zachowywać krańcowo różnie: na przykład jedne rozumnie, inne zaś zupełnie nieracjonalnie.

Załóżmy jednak, że istnieje coś, co potocznie nazywamy charakterem narodowym, podobnie jak istnieje zbiór cech, przy pomocy których tenże charakter się określa. Warto wszelako zauważyć, że ten zbiór zastosowany do opisania większej zbiorowości bywa instrumentem zawodnym. Wiele zależy od tego, czy opis pochodzi z wnętrza, czy z zewnątrz opisywanej zbiorowości. Nie znam narodu, który myślałby i mówił o sobie ze szczególną kąśliwością. Naród we własnych oczach jest na ogół gościnny, waleczny, odważny, miłujący pokój; jest obdarzony poczuciem humoru i kocha własny kraj. Ten sam naród oglądany z zewnątrz jawi się jako skąpy lub głupio rozrzutny, tchórzliwy i koniunkturalny, kłótliwy i agresywny, skłonny do czynów uwłaczających jego godności. To, co w naszych oczach jest dającym przykład światu bohaterstwem, w oczach innych może być bezrozumnym szaleństwem i przyczyną wszelkich nieszczęść. I na odwrót: to, co w naszych oczach jest małostkowością i tchórzostwem, w oczach innych staje się rozwagą i dalekowzroczną troską o najistotniejsze interesy państwa i narodu.

Ta relatywność ocen jest psychologicznie zrozumiała i nie budzi większych sprzeciwów dopóty, dopóki w obrębie jednego sądu porównawczego nie zderzą się wygórowane ponad wszelką miarę mniemania o sobie z deprecjacyjnym, lekceważącym stosunkiem do innych. Takie właśnie zderzenie może się stać elementem przyśpieszającym narodziny groźnych nacjonalizmów, te zaś z kolei prowadzą do dumnej samoizolacji, co jest tyle śmieszne ile szkodliwe. Dobre mniemanie o sobie jest czymś nieuchronnym, choć niekiedy nie ma racjonalnych podstaw; samo w sobie nie jest jednak niebezpieczne. Niebezpieczne staje się wówczas, kiedy taka opinia łączy się z nietolerancją wobec innych. Poza wszystkim prowadzi to do samo ogłupienia.

Źródeł poszukajmy choćby u J.Ch.Paska. Z jego pamiętników wynika, że wszystko co w obyczaju, porządku społecznym i sposobów życia innych narodów różniło się od naszej praktyki, uważane było nie tylko za niepojęte i dziwaczne, ale również za gorsze i godne potępienia. O sarmatyzmie zresztą jako nie tylko o epoce ale i formacji, która przez długie lata ograniczała nasz rozwój umysłowy i nasze możliwości poznawania świata, pisało wielu autorów. Może nie warto byłoby o tym wspominać gdyby nie podejrzenie, że i dziś w jakiejś mierze wpływa na nasze widzenie świata. Narodowa świadomość Polaków jest w wielkiej mierze świadomością historyczną, a to ma swoje następstwa. Największy polski racjonalista, Aleksander Bocheński, autor „Dziejów głupoty w Polsce”, która to książka powinna być lekturą obowiązkową wielu pokoleń Polaków, pisze:

…historyk wmawia w swój naród, że jest bez winy, że to, co uczynił, było dobre. Tłuszcza popularyzatorów, dziennikarzy, poetów, romansopisarzy podchwytuje tezę i szerzy ją. Naród zachłystuje się z dumy, widzi w błędach i szaleństwach zasługi i mądrość, w rozsądku podłość i zdradę. Ale czas nie stoi, historia idzie naprzód. Naród staję przed dwiema drogami: drogą rozumu i siły z jednej, frazesu i szaleństwa – z drugiej strony. I oto skutki wychowania przez historyków: naród brnie dalej w te same błędy, które sprowadziły nań upadek i klęski…i oczywiście sprowadza na siebie klęski coraz większe.

Od dawna to wiadomo: źle się czujemy w zwyczajności, w dzień po politycznej fieście, czymkolwiek by ona była. Zawsze byliśmy ponad codzienność. Łatwo nas było zjednoczyć „przeciw”, rzadko „za”. Najlepiej czuliśmy się w czas burzy. Taki czas wyzwalał w nas nieprzebrane zasoby energii, kiedy indziej zastygaliśmy w letargicznym bezruchu. To lenistwo w działaniu i brak głębszej refleksji nad naszym miejscem w świecie wywodzi się, być może z faktu, że często mniej liczymy na siebie, a bardziej na innych. W naszym pojęciu zrobiliśmy dla świata – w dalszej i bliższej przeszłości – wystarczająco wiele, aby teraz spokojnie oczekiwać, że świat nam za to hojnie odpłaci. Ale świat płaci niechętnie i za świadczenia wystawia rachunki. W „Sprawach ludzkich” profesora Jana Szczepańskiego przeczytałem spostrzeżenie sprzed blisko 30 lat, aktualne i dziś:

…każdy zamożny naród powtarza po prostu: to, co mamy, zdobywaliśmy naszą rozwagą, pracowitością, pomysłowością, organizacją, niech więc inni też pracują lepiej, lepiej wykorzystują swoją ziemię, lepiej hodują bydło, a też będą mieli tyle samo, ile my mamy. Dlaczego mamy się dzielić owocami naszej ciężkiej pracy z leniuchami, którzy nie chcą i nie umieją pracować? Toteż w salach konferencyjnych składane są humanitarne deklaracje, a w parlamentach są już znacznie ostrożniejsze”.

Nie ulega wątpliwości, że w ostatnich latach, w niektórych dziedzinach życia społecznego staliśmy się bardziej racjonalni. Ale racjonalizm ten w przedziwny sposób koegzystuje w mejsanistycznym, irracjonalnym widzeniem świata i roli, której w nim odgrywamy. Żyjemy prawdopodobnie w epoce nie tyle zmierzchu autorytetów, ile w ich nadmiarze. Przyjmujemy jako dogmat i prawdę objawioną sąd wypowiedziany wczoraj, ale pod naporem dzisiejszych faktów ulega on dyskwalifikacji. Wolę więc powoływać się na diagnozy postawione znacznie wcześniej, bo, o dziwo, nie straciły one ani na aktualności, ani na trafności. Dotyczą one również polskiego patriotyzmu.

Lat temu kilkanaście wstrząsnął mną wynik badania opinii publicznej, dotyczący stosunku młodszych pokoleń do własnego kraju; myślę, że niewiele w tej mierze się zmieniło. Na pytanie o gotowość do obrony kraju w wypadku najazdu agresora tylko nieznaczny procent młodych ludzi odpowiedział, że bez wahania chwyciłby za broń. Przeważająca większość w takiej sytuacji „wyjechałaby za granicę”. Nie pytam za jaką granicę, w jaki sposób i nie zamierzam znęcać się nad naiwnością takiej świadomości. Zwracam tylko uwagę na współczesne działania: pochodzący z przeszłości pomysł wychowania nowego pokolenia partyzantów przez tworzenie wojsk obrony terytorialnej, jest czymś, co harmonijnie wpisuje się w naszą ukształtowaną historycznie świadomość. Widać ciągle w nas drzemie tęsknota do grotgerowskich pejzaży powstańczo-partyzanckich, ale tęsknota ta podniesiona do rangi strategii państwa jest po prostu aberracją.

Warto chyba zastanowić się nad polskimi zachowaniami wobec świata, wobec narodów, które żyją w mniej kłopotliwym i absorbującym sąsiedztwie. Otóż nasz stosunek do świata zewnętrznego jest równie niekonsekwentny jak nasza własna samoocena. Wynika to po części z tego, co psychologowie określają jako „wzmożone samopoczucie”, czyli, inaczej mówiąc z polonocentrycznego widzenia świata. Jesteśmy chyba przekonani, że świat przygląda się nam z naprężoną uwagą. Wczoraj jawił się nam jako nasz niewypłacalny dłużnik. Kiedyś łaknęliśmy akceptacji, dziś też za nią tęsknimy, ale ponieważ zagranica uznania skąpi, a wprost przeciwnie wystawia nam surowe oceny, to część społeczeństwa poddana indoktrynacji oficjalnej propagandy woli uważać, że jesteśmy otoczeni wrogami, którzy nie są w stanie pojąć naszej wielkości. Wszyscy się mylą, tylko my mamy rację.

Zniewolenie przeszłością owocuje ruchem wstecznym. Romantyczny czad, który w znacznej mierze ukształtował naszą psychikę narodową nie wywietrzał do dziś. Warto jeszcze raz przypomnieć Aleksandra Bocheńskiego:

Psychologia polska rozbudzona epoką Legionów – cudownego odzyskania niepodległości – potem przybita upadkiem powstania zaczyna oddalać się od wszelkiego myślenia, pada łupem psychozy zbiorowej, którą nazwano „mesjanizmem”. Polacy wierzą głęboko, że ich naród jest Chrystusem narodów, że cierpi niewinnie za inne ludy, że im więcej cierpi, tym lepiej… Najwięksi polscy poeci: Mickiewicz, Słowacki, Krasiński, hołdują częściowo tej aberracji. W tzw. polityce historycznej – niczym nowym, ale na nowo sformułowanej i mającej co innego znaczyć – ciągle mieści się teoria o wyjątkowości, wzniosłości i nieziemskim rodowodzie polskiego losu. Z trudem daje się to znieść, kiedy pojawia się na kartach historii literatury, ale kiedy zaczyna być używana do wyjaśniania dziejów narodu, musi być uważana za zboczenie umysłowe.

I dawniej i dziś spuścizna romantyczna traktowana jest nie jako wielka epoka literacka, a jako rodzaj ewangelii narodowej. Być może z niej wywodzą się współczesne poczynania: wszystko, co było przed kilkudziesięciu i kilkunastoma laty uznajemy za czas całkowicie zmarnowany. Historię piszemy na nowo i zaczyna się od dziś: z właściwą sobie bezkompromisowością obalamy niesłuszne pomniki, wyrywamy z murów tablice. Zastępy opłacanych przez państwo myśliwych zapuszczają się w mateczniki minionych okresów i urządzają polowania na sprawców dzisiejszych bied. Czarownica płonąca na stosie w pogodny wieczór jest prawdopodobnie obrazem miłym dla ludzi o szczególnym poczuciu estetyki, ale poza satysfakcją dla pewnych grup niewiele z tego pożytku wynika. Tworzą się nowe mity: gaz łzawiący stanu wojennego i walki na kamienie z ZOMO jeszcze nie tak dawno porównywano do Powstania Warszawskiego. Walka – to coś, co w życiu narodu stawimy najwyżej, dychotomia romantyzmu i pozytywizmu obowiązuje do dziś i ciągle jeszcze ten pierwszy jest w cenie. 30 lat temu we „Wszystko inaczej” Stefan Kisielewski zauważył:

…terror narodowej tradycji edukacyjnej jest tak silny, że ulegli mu nawet komuniści. Mając w ręku wszelkie środki urabiania duszy i przemieniania wstecz historii, przyjęli jednak jedyną chwytającą tu za serce koncepcję bohaterską i straceńczą, tyle, że umiejscowili ją pod Lenino, a nie pod Monte Cassino – tę drugą bitwę też musieli w końcu ułaskawić.

Monte Cassino widziane jest jako ołtarz ofiarny tych co „szli i ginęli”, a nie jako przykład przemyślanej, choć może nie pozbawionej elementów straceńczych, strategii operacji wojennej. W innej, „komunistycznej” legendzie niewielka bitwa pod Lenino urosła do rangi Grunwaldu. A zniszczono w niej 9 nieprzyjacielskich czołgów, zabito ok. 1500 żołnierzy przeciwnika, wzięto do niewoli 300. Z poczuciem niejakiego zawodu dowiadujemy się, że zginęło tam „zaledwie” 502 żołnierzy polskich i trzy razy tyle radzieckich. Legendę nowego bohaterstwa oparto na starym szablonie. Ale też na naszym umiłowaniu bohaterstwa i męczeństwa. I sporo wierszy o tym Grunwaldzie powstało. Wierszy jak spiż dźwięczących.

Dawno temu profesor Artur Sandauer (jak szybko zapominamy wybitne postaci!) powiedział mi w jaki sposób buduje się u nas wielkość poety. Stwierdził mianowicie, że kocha się poetów „zabitych albo zapitych”. Rzeczywiście, istnieje swoisty areopag poetycki tych, którzy swoje tragiczne wizje potwierdzili tragicznym zwieńczeniem życia: kiedy umarli młodo, popełnili samobójstwo lub sięgnęli do dna ludzkiej egzystencji. Ciągle żyją legendy „kaskaderów literatury” – Stachury, Wojaczka, Bruno Milczewskiego, Bursy, Ratonia. Niektórym z nich nie twórczość, a śmierć nadała rangę wybitności. Takie hierarchie mogą powstawać tylko w określonej aurze społecznej, w uwielbieniu nieszczęścia i męczeństwa. Nawet to wyrasta z korzeni historii. Jeszcze raz Aleksander Bocheński, który w „Rzeczy o psychice narodu” pisał:

Wytworzyła się nowa postawa psychiczna, nowy model Polaka romantyka i niepodległościowca. Przyniósł on nam powstania 1830 i 1863 i upadek, skutkiem tych powstań, zarówno własnej państwowości jak i nadziei na jej odbudowanie.

Polska historia roi się od straceńczych generałów, ma zaś w pogardzie tych dowódców czy przywódców, którzy licząc siły i nie decydując się na beznadziejne szarże odwlekali ostateczną klęskę. Sławi bohaterów, którzy swym szaleństwem ściągali na nas nieszczęścia, zdrajcami zaś nazywa tych, którzy nie sprzeciwiając się niepodległościowym dążeniom wzywali do rozwagi i wyczekiwania na lepszą sposobność. Historia pamięta o generale Ignacym Prądzyńskim, trzydniowym wodzem naczelnym Powstania Listopadowego, ale zapomniała mu, że był projektantem i budowniczym Kanału Augustowskiego.

Nawołując do racjonalizmu i do pozbawionego emocji spojrzenia na zawinioną przez nas samych niefortunność naszych losów, sam, być może, ulegam starej polskiej chorobie, która polega na niemożliwości odczytania i oceny teraźniejszości bez spojrzenia na nią przez pryzmat historii. Zdaje mi się jednak, że obecnie często natykamy się na instrumentalne jej traktowanie, na uwznioślaniu idei i okresów nieprzydatnych w rzeczywistości, pomijanie zaś i lekceważenie tych wartości z naszych dziejów, które mogą być pomocne w rozwiązywaniu aktualnych problemów.

W roku 1949 w liście do Józefa Wittlina Jerzy Giedroyc pisał tak:

Właściwie to jest straszny naród ci Polacy. Lecz jakie jest wyjście? Albo ten naród znienawidzić i odejść od niego zupełnie, albo starać się przy całej beznadziejności walki walczyć, by był inny. Wybrałem tę drugą drogę. Ale ta druga droga wymaga dużej pobłażliwości dla ludzi. To nie jest pesymizm.

Nie było tak dobrze, jak to się nam dzisiaj wmawia. Ani w Rzeczypospolitej Dwojga Narodów, która była państwem narodów wielu. Ani w II Rzeczypospolitej, pełnej „rachunku krzywd” również narodowych. A dziś jesteśmy jednolici etnicznie, ale walczymy z naszymi Żydami, których nie ma, upatrujemy zagrożeń ze strony mniejszości niemieckiej, pogardliwie traktujemy żyjących w naszych granicach Białorusinów i Ukraińców, Ślązaków podejrzewamy, że są V kolumną. Ponieważ są to wrogowie w gruncie rzeczy mało groźni, musimy tych najgroźniejszych poszukać we własnym gronie. I podzieliliśmy się na plemiona: Prawdziwych Polaków i gorszych polaków, pisanych z małej litery. Plemiona te posługują się językiem polskim, ale on ich nie łączy, a dzieli. Inaczej rozumiemy słowa podstawowe: wolność, równość (nie wspominam o braterstwie), kompromis, tolerancja, prawo, sprawiedliwość. Chciałbym być optymistą. Chciałbym, aby powróciła jednoznaczność słów.

Poleć:

O Autorze:

Studio Opinii

Dość długo grupa doświadczonych – i, niestety, na ogół niemłodych – dziennikarzy myślała o założeniu własnego pisma internetowego. W końcu, w roku 2008, pomysł ten został zrealizowany w postaci pierwszej wersji „Studia Opinii”.

1 Comment

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.