Sztuka za kratami

0

Sztuka daje głos, moc sprawczą, przywraca godność i odmienia życie. W to wierzy Anna Rak i szkoła aktorska, którą ukończyła w Nowym Jorku. Anna jest polską aktorką, która mieszka w Nowym Jorku i pracuje z więźniami. Jej praca zmieniła również jej życie. Chce także stać się głosem artystycznych społeczności Nowego Jorku, które mają tak wiele do zaoferowania, a nie są wystarczająco słyszane.
Rozmawiamy z Anną Rak w Nowym Jorku.

Małgorzata P. Bonikowska: Anno, porozmawiajmy najpierw o tym, jak znalazłaś się w tym miejscu, w którym jesteś teraz, czyli w Studiu Aktorstwa Stelli Adler (Stella Adler Studio of Acting). Czym ono właściwie jest?
Anna Rak: Stella Adler Studio to prestiżowa nowojorska szkoła aktorska założona przez słynną amerykańska aktorkę Stellę Adler. Szkoła ta jest często kojarzona z takimi osobami jak Marlon Brando, Robert De Niro, Eleine Stritch czy Salma Hayek. Moja przygoda z tym studiem rozpoczęła się w roku 2014, kiedy przyjechałam na intensywny 3-miesięczny kurs letni do Nowego Jorku. Po nim otrzymałam zaproszenie na dwuletni kurs profesjonalny, który ukończyłam w czerwcu 2016. Szkoła ta zmieniła mnie pod każdym względem. To właśnie tam zaangażowałam się w pracę artystyczną w nowojorskich więzieniach.

Już ponad 14 lat Stella Adler Studio organizuje programy teatralne dla społeczności ubogiej (underserved populations) na terenie Nowego Jorku i Los Angeles. Do tych grup jest także zaliczana grupa więźniów w tych rejonach. Te programy mają głównie charakter resocjalizacyjny. Jednak dla mnie jest równy przynoszeniu przysłowiowego światełka do ciemnego tunelu.

M.P.B.: Czym jest ten program? Jaka jest jego idea?
A.R.: Jest to program stworzony przez Stella Adler Studio dla wcześniej wspomnianej społeczności ubogiej – dla ludzi, których możliwości znacznie różnią się od tych z klasy średniej. Są to zajęcia teatralne prowadzone w Manhattan Detention Complex oraz Rikers Island. Mają one różnorodny charakter – od zajęć z poezji Szekspira, po kursy pisania dramatu. Poprzez organizowanie tych warsztatów, Studio Stelli Adler pragnie dać aresztowanym poczucie sprawiedliwości: dać im głos i sprawić, że czują się dostrzeżeni.

M.P.B.: Czy to praca z dorosłymi, czy także z dziećmi?
A.R: Mamy różne grupy – nastolatków, młodych kobiet, młodych mężczyzn, starszych itp. W miejscu, w którym pracowałam, Manhattan Detention Complex, gdzie prowadziliśmy cykl warsztatów aktorskich oraz pisania dramatu, mieliśmy dwie grupy: transseksualną grupę kobiet oraz grupę dojrzałych mężczyzn.

This slideshow requires JavaScript.

M.P.B.: Co kazało ci podążać tą drogą? Mogłaś przecież pracować z dziećmi, mogłaś pracować z nastolatkami w szkołach. Dlaczego zdecydowałaś się na zakład penitencjarny i pracę z więźniami?
A.R.: Wszystko zaczęło się od ciekawości. Byłam po prostu bardzo ciekawa jak to wszystko wygląda i jak wyglądają relacje międzyludzkie w więzieniach. Znałam także wiele osób, które twierdziły, iż praca w więzieniach jest doświadczeniem zmieniającym życie i chciałam przekonać się czy i ze mną będzie podobnie.

Kiedy rozpoczynałam studia u Stelli Adler często wspominano nam o tamtejszej preambule, która mówi, że rozwój osoby jako aktora i rozwój jako człowieka to synonimy. Wielokrotnie podczas studiów przypominano nam aby utrzymywać postawę neutralną wobec postaci, nad którymi przyszło nam pracować jak również pamiętać o tym, że każde zachowanie czy sytuacja ma swoje przyczyny i okoliczności. Wiedziałam, że i do tej pracy należy mieć podobne podejście. Niedługo przed rozpoczęciem warsztatów obejrzałam na Netflix film dokumentalny pod tytułem “The Thirteenth” (polski tytuł: “XIII poprawka”). Jest to dokument o XIII poprawce do amerykańskiej konstytucji. Zdałam sobie wówczas sprawę z wagi problemu w amerykańskim systemie więziennictwa. Zrozumiałam jak małe znaczenie ma to, za co ci ludzie trafili do więzienia. Wiem, że przyczyna mogła być naprawdę błacha jak choćby… kolor skóry czy niespojrzenie na policjanta.

Gorąco polecam w wolnej chwili obejrzenie tego dokumentu. Gdy weszłam do więzienia po takiej dawce edukacyjnej – wszystko było dla mnie jasne i zrozumiałe ale także zarazem smutne…

Podział społeczeństwa ze względu na rasę czy klasę społeczną jest uderzające w takich miejscach. W Stanach Zjednoczonym, żeby trafić do aresztu wystarczy być jedynie “podejrzanym”. Brak stabilnej sytuacji finansowej czy pracy sprawia, że ludzie mają dużo mniejsze szanse aby z takiego aresztu szybko wyjść. Otóż jeśli nie są w stanie zapłacić za prawnika czy nie posiadają kogoś z rodziny, kto ubiegałby się o obronę w ich imieniu, często muszą tam spędzić miesiące czy nawet lata, gdyż nikt o nich po prostu nic nie wie… Myślę, że sam ten fakt budzi w nich poczucie niesprawiedliwości jak również negatywne emocje…

Danie im dostępu do sztuki czyli właśnie organizowanie warsztatów teatralnych balansuje trochę te emocje w aresztowanych. Staramy się zbudować tzw. “bezpieczną przestrzeń”. Słuchamy i widzimy ich w innym świetle. Staramy się wzbudzić nadzieję na lepsze jutro. Chcemy, żeby oni czuli się równi bo przecież są. Są ludźmi tak samo jak my!

This slideshow requires JavaScript.

M.P.B.: Rozumiem, że robisz dwie rzeczy, tak? Prowadzisz grupę zajmującą się aktorstwem i warsztaty z pisania. Czym one się różnią, kim są ci ludzie i jak robisz to, co robisz?
A.R.: Tak. W Manhattan Detention Complex mieliśmy dwie grupy. Pierwszą była transseksualna grupa dorosłych kobiet, a drugą grupa dorosłych mężczyzn (18-65 lat). Wszystko zależało od tego czym się dana grupa interesowała. Ta pierwsza, grupa kobiet była bardziej zainteresowana pisaniem sztuk teatralnych. Był to ich wybór, a my jedynie chcieliśmy im to zapewnić… Warsztaty odbywały się w każdy poniedziałek między 10 a 12. Chwilę rozmawialiśmy, a później tworzyliśmy półkole i pisaliśmy wspólnie jedną sztukę. Oczywiście jednak sztuka to wiele tygodni pisania. Etapami zatem dodawaliśmy scenę po scenie. Czytaliśmy i improwizowaliśmy. Zmienialiśmy aż byliśmy wspólnie zadowoleni z efektów pracy. Po skończeniu utworu organizowaliśmy czytanie sceniczne. Zapraszaliśmy osoby pracujące w administracji więziennej, żeby zobaczyły efekty naszych kilkutygodniowych zajęć. Cudownie było patrzeć, jak więźniowie wchodzą w interakcje z osobami z administracji i jak niesamowicie wdzięczni są za poświęcaną im uwagę i czas.

M.P.B.: O czym pisali?
A.R.: Pisali o wielu rzeczach, między innymi o przemocy, kwestiach rasowych, o byciu niezrozumianym lub wykluczonym ze społeczeństwa. Mieliśmy także sztukę, która skupiała się na relacjach rodzinnych.

M.P.B.: Czy każde z nich pisało własną sztukę, czy wszyscy pracowaliście nad jedną?
A.R.: Wszyscy pracowaliśmy nad jedną sztuką. Wyglądało to tak, że prosiliśmy ich aby po prostu próbowali improwizować jak w podanych okolicznościach mogłaby wyglądać rozmowa. W momencie kiedy oni swobodnie zaczynali się komunikować – my (ja oraz Dyrektor Artystyczny programu, Tommy) spisywaliśmy ten dialog.

M.P.B.: Czy to miało formę kursu?
A.R.: Nie. Nie dawaliśmy im ograniczeń czasowych. Podążaliśmy bardziej za nimi, w ich tempie. Obserwowaliśmy rozwój danej sztuki i kiedy uważaliśmy, że jest już skończona to organizowaliśmy czytanie. Czasami trwało to krócej (np. 3 sesje/tyg), czasami dłużej (6 sesji/tyg).

M.P.B.: Jak sądzisz, co im to dało?
A.R.: Nie potrafię sobie nawet wyobraźnić co oni musieli czuć każdego dnia. Widzieć te same twarze w niefortunnych okolicznościach. Patrzeć na świat ze wnętrzny z 15. piętra i nie pamiętać co to znaczy świeże powietrze… Marzyć, żeby ten koszmar się skończył… I właśnie wtedy zobaczyć kogoś kto dobrowolnie wkracza w ich świat jedynie po to, żeby im pomóc. Spotkać osobę z zewnątrz, która nie ocenia, słucha i widzi cię tym kim jesteś. Jestem przekonana, że to podnosiło ich na duchu i dawało siłę.

M.P.B.: Co z drugą grupą?
A.R.: Dorośli mężczyźni… Relacje w tej grupie miały zupełnie inną dynamikę. Po pierwsze – ogromna różnice wieku między najmłodszym a najstarszym uczestnikiem. To byli głównie ludzie pomiędzy osiemnastym a sześćdziesiątym piątym rokiem życia, więc różnica wieku były bardzo duża. W tym warsztacie brało udział około dwudziestu osób, podczas gdy w grupie transseksualnej było zaledwie pięć lub sześć. Grupa mężczyzn była dużo bardziej zainteresowana aktorstwem, więc prowadziliśmy warsztaty, które z tym współgrały. Robiliśmy rozgrzewkę, ćwiczenia na wyobraźnię, improwizację i trochę pracy nad scenami. Często przynosiliśmy wiersze lub cytaty, nad którym pracowaliśmy indywidualnie lub w grupie. Oni to uwielbiali.

M.P.B.: Czy w pracy z tymi obiema grupami było coś, co cię zaskoczyło, co było dla ciebie zupełnie niespodziewane? Coś, co zostało ci w pamięci jako bardzo wyjątkowe doświadczenie? Coś, czego przedtem nawet nie potrafiłabyś sobie wyobrazić?
A.R.: Tak, z pewnością. Na pewno ich otwartość, wrażliwość czy motywacja do pracy. To było niesamowite. Ludzie często pytali czy nie bałam się wchodzić do więzienia i pracować “z tymi ludźmi”. Ja zawsze jednak odpowiadałam, że się nie boję, bo przecież są to tacy sami ludzie jak ja i po prostu chcę ich zrozumieć. Po kilku tygodniach wspólnej pracy stawali się oni kimś więcej – dobrymi znajomymi, kolegami. Te relacje były autentyczne, prawdziwe i bardzo piękne. A więc – tak, z pewnością było to doświadczenie, które zmieniło moje życie.

M.P.B.: Czytałam też, że Stella Adler oferuje bezpłatne trzymiesięczne szkolenia osobom, które wyszły z więzienia. Mogą skończyć taki kurs, który przygotuje je do ewentualnego rozpoczęcia kariery aktorskiej.
A.R.: Kiedy rozpoczynamy warsztaty w zakładzie karnym, każdy uczestnik jest poinformowany, że otrzymuje “stypendium”. Znaczy to, że po opuszczeniu aresztu, kiedy wyjdzie na wolność może kontynuować naukę w nowojorskiej szkole Stelli Adler. Taki kurs trwa trzy miesiące i może on po nim podejść do egzaminu na kurs profesjonalny. Gdyby zatem dostał się na taki 2-letni kurs profesjonalny, wówczas Studio zapewniłoby mu stypendium na cały ten czas. Kurs trzymiesięczny odbywa się raz w tygodniu, w niedziele.

M.P.B.: Czego się nauczyłaś? Czy sądzisz, że pomogło ci to w karierze aktorskiej?
A.R.: Z pewnością zmieniło mnie jako artystkę. Na pewno otwarło mnie to jeszcze bardziej na świat i nauczyło więcej pokory.

M.P.B.: Chcesz to dalej robić?
A.R.: Absolutnie! Z pewnością chciałabym kontynuować pracę w zakładach karnych. Niedawno przeprowadziłam się do Los Angeles i będę kontaktować się z Administracją Stelli Adler jak tylko wrócę z wakacji w Polsce. Jestem bardzo podekscytowana i ciekawa, jak będzie tym razem na Zachodnim Wybrzeżu.

M.P.B.: Czy trudno jest być polską aktorką w Nowym Jorku?
A.R.: Myślę, że trudno jest być zagraniczną aktorką w Stanach Zjednoczonych i jeszcze trudniej w Nowym Jorku. Po pierwsze jest tam w ogóle mnóstwo artystów. Po drugie, jest wielu zagranicznych artystów, których szanse ograniczają kwestie wizowe. Przed przyjazdem do Nowego Jorku słyszałam głównie o możliwościach w tym mieście. Nikt jednak nie mówił nic na temat przeszkód, ograniczeń czy niesamowitych wyzwań związanych nie tylko z konkurencją ale z samym byciem artystą bez Zielonej Karty. Pomimo tego uważam, że Nowy Jork jest wyjątkowy. Żadne miasto nie ma takiej cudownej energii. Czuje się tam tak niesamowite wsparcie, motywacje i wiarę od ludzi wokół. To sprawia, że pomimo wielu trudności chce się tam być i walczyć o swoje marzenia. Tego nie spotkałam jeszcze w żadnym innym mieście…

M.P.B.: Czytałam w twojej biografii o czymś niezwykle ciekawym, co robiłaś po polsku i po angielsku – chodzi mi o sztukę pod tytułem “Historia Dwóch Poetów” w Jalopy Theatre na Brooklynie. Powstała na podstawie czegoś, co jest bardzo bliskie naszym sercom, czyli na podstawie poezji Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory. Jak ta sztuka została przyjęta przez nie-Polaków, bo przecież właśnie dla nich powstała, prawda?
A.R.: Historia miłosna Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory, która skradła mi serce jak tylko się o niej dowiedziałam… Zasadniczo była to dwujęzyczna produkcja, którą razem z moim przyjacielem, Maksem Kubisiem, zrobiliśmy w Nowym Jorku. Wszystko zaczęło się od bardzo zwyczajnej rozmowy o tym, jak bardzo oboje kochamy poezję śpiewaną, o tym, jaka jest ona piękna, jak jesteśmy z niej dumni i jak mało wiedzą Amerykanie, czy nowojorczycy, o polskiej literaturze i kulturze. Gdy w styczniu zeszłego roku pojechałam do Polski i spotkałam się z moją koleżanką, aktorką Adrianną Mają Kućmierz, dowiedziałam się o recitalu, nad którym wtedy pracowała. Był on natomiast inspirowany owym romansem wspomnianych artystów. Powiedziała mi ona wtedy o książce, którą wydała córka Agnieszki Osieckiej, pt. “Listy na wyczerpanym papierze” i w której umieszczone są wiersze miłosne poetki i pana Przybory z lat 60-tych. Byłam niesamowicie zafascynowana tym sekretem i od razu miałam pomysł na show…

M.P.B.: …o związku między Agnieszką Osiecką a Jeremim Przyborą?
A.R.: Tak. Nie wiedziałam wcześniej o ich sekretnym związku. Właściwie to jedynie znałam ich piosenki i wiersze ale o życiu prywatnym nie wiedziałam nic. Bardzo mnie to zainteresowało i kiedy wróciłam do Nowego Jorku pomyślałam, że to byłaby świetna okazja, żeby amerykański teatr spotkał się z polską kulturą. Razem z Maksem zrobiliśmy teatralną adaptację ich listów i piosenek. Wszystko najpierw przetłumaczyliśmy na język angielski, a później skontaktowaliśmy się z panem Jarosławem Rybskim, który zajmuje się profesjonalnym tłumaczeniem poezji, gdyż chcieliśmy aby “czar” ich piosenek i wierszy został zachowany. Zdecydowaliśmy zatem, że przedstawienie będzie w po polsku, gdyż tak pięknie to wszstko brzmiało w języku ojczystym, a angielskie tłumaczenie będzie jedynie wyświetlane za pomocą projektora. Zależało nam na tym aby amerykańska publiczność w pełni zrozumiała przedstawianą historię. W lipcu 2017 wystawiliśmy “Historie Dwóch Poetów” (“The Story of Two Poets”) w Jalopy Theatre na Brooklynie. Publiczność była zachwycona, a my byliśmy niesamowicie dumni! Mieliśmy zaszczyt mieć ze sobą także Polaków z Filadelfii, który po obejrzeniu występu zaprosili nas do współpracy i ponownie wystawimy spektakl w ich polonijnym teatrze w Filadelfii w listopadzie.

M.P.B.: Czy na Brooklynie graliście tę sztukę tylko raz?
A.R.: Jeden “run”, który miał 4 spektakle. To było cudowne doświadczenie i mam nadzieję, że uda nam się wystawić ją gdzieś jeszcze np. w Chicago czy Toronto. Zaraz po skończeniu szkoły w 2016 roku chciałam występować, gdzie tylko można. Zaangażowałam się w kilka produkcji ale jednak czegoś mi w nich zawsze brakowało… Czułam, że występuję w tych wszystkich wspaniałych spektaklach, ale niekoniecznie były to historie, którymi ja chciałabym się dzielić jako Polka, imigrantka czy kobieta. Stworzyłam więc Eastern Bridge Theatre Troup, grupę teatralną, której pierwszym projektem była właśnie “Historia Dwóch Poetów”. Celem naszej działalności jest umożliwienie zagranicznym artystom, zamieszkałym na zarówno na terenie Stanów Zjednoczonych jak i poza jego granicami, możliwości dzielenia się historiami, które są im bliskie. Nowy Jork jest jednym z nielicznych miast, gdy ludzie będą zainteresowani taką formą teatru alternatywnego. Obecnie pracujemy nad serią comiesięcznych wydarzeń teatralnych pod nazwą “Foreign Voices Are Us”. Cały czas szukamy nowych zagranicznych artystów (pisarzy, aktorów), którzy chcieliby zaangażować się w naszą działalność. Zachęcam zatem do odwiedzenia naszej strony www.easternbridgetheatre.com i zapraszam na przyszłe spektakle.

Małgorzata P. Bonikowska

Tłumaczenie wywiadu M.P.Bonikowskiej z jęz. angielskiego Zuzia Godzińska

Ta historia i wywiad z Anną Rak po angielsku były prezentowane w naszym POLcaście w odcinku 52 .  Warto posłuchać!

Poleć:

O Autorze:

Malgorzata P. Bonikowska

Dziennikarka, publicystka, anglistka (doktor językoznawstwa), nauczycielka, autorka książek, działaczka społeczna, współtwórca i redaktor naczelny www.gazetagazeta.com. Kocha pisanie, przyrodę i ludzi.

Comments are closed.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.