Forough i chrapiący ptak

0

Zeznaje Jarosław Kaczyński, na ławie pozwanego siedzi Lech Wałęsa; prezes chce przeprosin za przypisywane mu przez pokojowego noblistę decyzji o przymusowym lądowaniu w Smoleńsku, a co za tym idzie, obciąża go śmiercią 96 osób. Sędzia próbowała doprowadzić do porozumienia, ale starsi panowie są uparci, każdy okopuje się na swoich pozycjach, Jarosław mierzy wzrokiem Lecha w koszulce z napisem Konstytucja i swoją Matką Boską Klapową, Lech dogryza mniej lub bardziej błyskotliwie, Jarosław szuka pomocy u policji, by nikt do niego nic nie mówił w hallu sądu. Groteskowe, smutne zarazem. Jeden stworzył drugiego. Wiadomo, że politycznie pierwszą postacią nie był Jarosław, choć bardzo chciałby historię zmienić i odwrócić, jak pewien pomnik “polskiej jazdy” na rondzie w Warszawie. Pokazywał się kierowcom i pieszym od zadniej strony, teraz oto chrapy końskie na bardzo wysokim postumencie będą się ukazywać zamiast zadów, jeśli któryś zechce w ruchu wysoko na pomnik spojrzeć. Jedyne 90 tysięcy za usługę odwrócenia końskich postaci, skądinąd pięknych odlewów.

Starsi panowie, widzę ich na ekranie, ale nie chcę słuchać. Starsi Panowie Dwaj, wolę oryginały sprzed lat… Kulturalnych wrażliwców poetycznych, pełnych wdzięku…

Drodzy Czytelnicy, jeśli ktoś pochodzi ze Śląska, z pewnością się nie obrazi na używane za chwilę słowo “ciul”. Bo to oznacza ciapę, gapę, durnia, kogoś głupawego, mniej zaś przebiegłego czy czyniącego coś z premedytacją. W polszczyźnie znaczy to może nieco mocniej, bardziej obraźliwie, ale akurat tutaj to mocniejsze znaczenie jest lepsze: w Katowicach polityk o nazwisku Kałuża nagle z barw Koalicji PO/Nowoczesna (do nocy) rankiem wskoczył w barwy PiS w Sejmiku Śląskim. 24 tysiące wyborców powinno mu chórem wykrzyczeć “ty ciulu!”, bo niezliczoną liczbę tych i innych epitetów musi Kałuża niewierny i przekupny przyjąć. I dobrze, bo to oszukanie wyborców, jednak przekupstwo polityczne czy może szantaż są skuteczne… i równie skutecznie pozbawiają wstydu. Jak powiedział profesor prawa UW, Krzysztof Rączka, trzeba “umieć zarządzać wstydem”…

Przyniosłam z biblioteki cudowną książkę, “Chrapiący ptak”NBernda Heinricha. To jedna z tych, przy których się czeka na wskoczenie na łóżko, fotel i na koniec innych zajęć, by się w nią zagłębić. Prosto, bez specjalnych zabiegów pisana, a to łatwiej może autorowi, bo o swojej rodzinie, niezwykłym ojcu, polskim Niemcu z Borówek (Borowke, Borówki), entomologu, badaczu gąsieniczników, okrutnych dość owadów. Bernd jest emerytowanym profesorem biologii, jednak jak się okazało ojciec miał wpływ na jego wybory; wydał kilka bardzo ciekawych książek przyrodniczo- obyczajowo-ekologicznych, o krukach, o śmierci… Chrapiący ptak to był przez pewien czas taki święty Graal dla jego ojca. Ech, zabawne, bo spodziewałam się ją znaleźć w bibliotece w książkach historycznych, obyczajowych, a znalazłam w dziale biologia, ale sam autor uważa, że każde z tych miejsc jest ok.

To historia dziwacznego (z punktu widzenia reszty świata) naukowca, który uważa, że gąsieniczniki, jakieś muszki z przezroczystymi skrzydełkami, są pępkiem świata i nauki i im podporządkowywał życie, jakość życia rodziny, na nie wydawał ostatnie pieniądze. W tle, a właściwie równorzędnym partnerem jest historia, I wojna, tereny niemieckie, które stają się polskie, II wojna, miłości, rozwody, romanse, śmierci. I “mamusia”, słowo przywiezione i zachowane z Polski… i pięknie się wchodzi w ten Bernda, Gerda (czyli ojca) świat przyrody, potem artykułów, prac naukowych i starych siatek na owady gdzieś na amerykańskim strychu… Bo ta niemiecka, choć i polska rodzina wyjechała do Ameryki, pozostawiła swoją posiadłość o bardzo barwnej przeszłości, swoje groby i miłości, w tym ukochane owady Gerda. Bezpiecznie zakopane. No tak, gąsieniczniki przetrwały lepiej niż ludzkie mogiły, były starannie zabezpieczone. Po latach Gerd wskazał Polskiej Akademii Nauk ich miejsce, teraz są jednym ze skarbów polskiej kolekcji owadów. Gerd się tym cieszył, a Bernd po latach był w Polsce, by to zobaczyć… Historyczne zawijasy, elipsy, zakręty losów, w tym wszystkim ludzkie i owadzie, ptasie życia… A dom w Borówkach był miejscem spotkań gości ze świata biologii, ornitologii z całej Europy, Bernd pamięta z dzieciństwa największe nazwiska, Stressemann, Niethammer… Pisałam z panem profesorem. Chętnie przyjedzie do Polski. Chciałabym to zorganizować, książka jest pięknym pretekstem, i jego pamięć, i to “djekuje” na końcu maila. A Borówki koło Sępólna to już nie ta posiadłość, ale jest cmentarz, są owady, są ptaki… Djekuje Bernd, za uroczą rozmowę!

Boję się owadów, nie wiem, czy bym się bała “lepry” czyli trądu, nie wiem tego, ale z zachwytem i jednocześnie bólem brzucha obejrzałam film z 1962 roku, odrestaurowany przez austriackie Muzeum Filmowe “The House is Black”. Poezja filmowa o trędowatych ludziach, przejmująca, intymna, zachwycająca w nieoczywisty sposób… Bolesny zarazem, bo to prawdziwe losy izolowanych, zdeformowanych, kalekich ludzi. Forough Farrokhzad, Iranka, silny głos kobiecy w poezji, w życiu, odrzucana pół wieku temu, ale idąca swoimi drogami, to ona nakręciła ten film pełen różnych rytmów. Niezależna, piękna, szukająca swojego miejsca w Iranie, Europie poetka zajęła się filmem i ten właśnie, pierwszy, jedyny stał się jednym z symboli kina irańskiego, jego “nowej fali”. Bo sama Forough była nową falą, która poszukiwała odpływami, przypływami. Nie wykorzystała chorych na trąd, by zrobić film, ona zostawiła świadectwo humanizmu tym filmem. Poznajemy tam także pewnego chłopca, zdrowego, mającego szansę na życie poza gettem dla chorych, wykluczonych. Forough go adoptowała, zabrała ze sobą za zgodą rodziców. Ten pan żyje, przyjedzie do Wiednia. Poetka, artystka jak wielu wielkich, pędzących przez życie intensywnie, zginęła młodo w wypadku samochodowym w 1967. Pozostawiła sensualną poezję i “Dom jest czarny”. Republika islamska zakazywała jej wierszy, ale to nie przeszkadza, by jej poezja była obecna w wielu irańskich domach. W Iranie poezja jest jak chleb i powietrze. Inaczej pewnie trudno byłoby oddychać. Nie tylko tam.N

Poleć:

O Autorze:

Beata Dżon Ozimek

Publicystka, tłumaczka, autorka scenariuszy (TVP - Etniczne Klimaty 2008-2010), dokumentacji filmowych, asystent reżysera, rzecznik prasowy projektów offowych (np. film „Jan z drzewa”, "Marzenie"),organizatorka, moderatorka spotkań z artystami i myślicielami, jurorka międzynarodowych festiwali filmów niezależnych m.in. w Polsce, Kosowie, Austrii, Niemczech, Turcji. Korespondentka z Wiednia/Austrii dla Przeglądu, Angory; autorka Focusa Historii, GW, innych. Tłumaczka m.in. „Dziewczynki w zielonym sweterku” dla PWN, 2011, historii-kanwy filmu A. Holland, nominowanego do Oscara (2012) „W ciemności”.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.