Martwy byk (22)

0

Miałem już za sobą fachowy trening na gangstera. Również w zamawianiu jedzenia, picia i w samym jedzeniu i piciu. Nie powiem – ta część przysposobienia gangsterskiego nawet mi się spodobała. Chyba najbardziej z całego treningu.

No więc gdybym chciał zaprosić kolegę-gangstera na klopsiki na przykład, zaprosiłbym go Rao’s we wschodnim Harlemie. Gdyby miał ochotę na porządny kawałek cielęciny, biorę go do Il Mulinos w Village. Homar na ostro? – F.Ilia.Ponte’s na West Side Highway.; Nie oznacza to, że w pozostałych knajpach kucharze nie znają się na swojej robocie i nie gotują dobrze, tylko tyle, że gangsterzy wiedzą, w której robi się określone żarcie najlepiej.

Mój Nathaniel nauczył mnie wszystkiego o jedzeniu, szczególnie o włoskim jedzeniu. Mimo że sam z pochodzenia jestem Włochem, to jako człowiek urodzony w Nowym Jorku w rodzinie niezbyt dbającej o tradycje, nie miałem za bardzo o tym pojęcia. Moja edukacja dotyczyła zresztą czego innego: specyfiki gangsterskiej, jak zamawiać jedzenie, jak próbować potraw, czego szukać, w jaki sposób wymawiać słowa, żeby brzmiały tak, jak robią to gangsterzy. Na przykład nie “prosciutto”, co jest prawidłowe, lecz “prosciutt”, co jest charakterystyczne dla środowiska, bo luzackie. Z tego samego powodu nie “manicotti” tylko “manicot”.

Należy pamiętać, że prawdziwy gangster nigdy nie posługuje się kartą menu. Do knajpy musi wejść specjalnym, kołyszącym się krokiem – takim, że postronny obserwator wziąłby go za właściciela lokalu, wita się ze wspomnianym właścicielem i kelnerami jak z dawno niewidzianymi krewnymi i wykrzykuje coś w tym stylu: “Hej, nie wiecie, co ja tu dzisiaj zjem?”

Ignoruje podszepty kelnera, a zamiast tego krzyknie: “Ludzie, wiecie co? Wiem już co zamówię. Zróbcie mi trochę tego i trochę tamtego, trochę polenta z gorgonzola zmieszane z kiełbasą, potem linguine z sosem z małży, trochę antipast, potem prosciutt’ z parmeggiano reggiano, a na koniec dajcie mi Johnny Walkera z lodem”.

Bo gangster ma również swój sposób zamawiania picia. Nigdy nie wchodzi do baru i nie pyta: “Jakie macie piwo?”. Prawdziwy gangster nieustannie pokazuje swoją wyższość. Zawsze pamięta kim jest, i co pije. Ma taki sposób na życie i tak wyraża swój stosunek do życia. Jest także bardzo hojny. Dlaczego? – Bo to nie są jego pieniądze. On je ukradł.

Ludzie skażeni życiem gangsterskim i mafijnym, chociaż nie robili sobie nic z obżarstwa i nadwagi, bardzo dbali o swój wygląd zewnętrzny. Manicure, czyszczenie i masaż twarzy, regularne golenie i strzyżenie to ich chleb powszedni, wręcz ceremoniał. Gładko wygoleni i ufryzowani, broń Boże żadnych wąsów i bród – uważając, że atrybuty owe służą do zasłaniania twarzy, a przecież oni niczego nie muszą ukrywać. Poza tym nie muszą udawać twardzieli, bo przecież nimi są.

Dużą wagę przywiązują do luksusu. Kochają się w biżuterii, mało tego – znają się na niej lepiej od ekspertów z szacownych nowojorskich firm jubilerskich. Firmowe złote zegarki, złote naszyjniki, spinki do mankietów, zapinki do krawatów wysadzane diamentami.

Kolczyki niedozwolone, jako że nie są męskie. Jeśli chodzi o ubrania to tylko najznakomitsze marki, smokingi, pod których marynarki często zakładali ordynarne podkoszulki. Bardzo istotne były buty – tylko markowe: Ferragamo, Bally lub Gucci, często z krokodylej skóry w różnych kolorach.

Siłą rzeczy i ja musiałem się na tym wszystkim znać. Nauczyłem się więc oceniać wartość diamentu bez przyglądania mu się, po pierwszym zerknięciu. Podobnie z zegarkami: również ramy cenowe, jak wartość detaliczna, wartość w hurcie, wartość zegarków trefnych albo kradzionych, używanych lub nowych, także wiedza, w jaki sposób nieobecność numerów seryjnych i metek wpływa na ich cenę.

Biżuteria, szczególnie zegarek świadczyły o statusie. Kiedy nie nosisz złotego Rolexa, inni gangsterzy nie traktują cię zbyt poważnie.

Nigdy nie robili zakupów w sklepach. To w co się ubierali i czym się przyozdabiali pochodziło z kradzieży i wyłudzeń, czasem otrzymywane jako prezent, co oznaczało to samo. Popularne powiedzenie: “Aaaa, ten zegarek? – Spadł z ciężarówki”. Kiedy ogarniało ich zakupowe szaleństwo w sklepach to można było być pewnym, że posługują się skradzionymi kartami kredytowymi, na sto procent.

A więc Sonny rozpowiedział gdzie trzeba, że zna faceta, który zajmuje się praniem brudnych pieniędzy.

Manzones długo się nie zastanawiał, ponieważ właśnie kogoś takiego jak ja szukał. Wyraził zgodę na spotkanie, które zostało zaaranżowane w Grito, knajpie meksykańskiej położonej przy ulicy Świętego Mikołaja w Washington Heigst, narkotykowej dzielnicy północnego Manhatanu.

W drodze na spotkanie powtarzałem swoją mantrę, która brzmiała: “Myśl, że jesteś wielki, a będziesz wielki. Jeśli będziesz o sobie myślał, że jesteś mały, będziesz mały”. Tak nastawiony agent FBI mógł;śmiało pojechać na spotkanie z groźnym bandytą. I pojechał. Kogo więc zobaczył Joe? Agenta FBI? Ależ skąd!

Manzones zobaczył najpierw wielkiego, luksusowego czarnego mercedesa parkującego przed knajpą, potem jak wysiada z niego wysoki, ubrany w drogie ciuchy od Armaniego bardzo pewny siebie facet, w naszyjniku Santeriego, z przegubem ozdobionym złotym Rolexem. Co miał pomyśleć? Kto przyjeżdża do tak niebezpiecznej dzielnicy tak koszmarnie drogim samochodem i nikogo się nie boi?

A czego ja się miałem bać? Miałem wokół siebie niezłą ochronę, składającą się z moich kolesi-agentów: ten marny na oko facecik w szarym ubranku w milczeniu zajadający lunch, to jeden z najlepszych speców od handlu kokainą.

Tamten chwiejący się na nogach pijak z butelką whisky zapakowaną w papierową torbę ma w niej wodę nie alkohol i słyszy moją rozmowę z Joe, gdyż mam na sobie podsłuch.

Wszedłem do restauracji rozkołysanym krokiem, podszedłem do baru, gdzie siedział gruby gangster w brudnym podkoszulku pod marynarą od Hugo Bossa, ziewnąłem i zapodałem taki takst:

– Do jasnej cholery, takie upały mnie zabijają! Jak się masz Joe? Jakieś;żarcie tu serwują?

Podał mi dłoń bez słowa i spojrzał w oczy. Też spojrzałem w jego i trzymaliśmy się tak dosyć długo w szachu walcząc o to, kto pierwszy się wycofa. Nie byłem to ja. Uwielbiam patrzeć takim gościom prosto w oczy. W taki sposób już nie raz osiągnąłem dominację. Zaczęliśmy pogawędkę.

– Sonny, nasz wspólny przyjaciel – rozpocząłem w momencie kiedy już zdecydowałem, że najwyższy czas, by pogadać o interesach – zwierzył mi się, że posiadasz gotówkę, z którą nie wiesz co zrobić…

Gangster popatrzył na mnie baranim wzrokiem i nie powiedział nic, żeby mnie zachęcić, czym uzyskał nade mną lekką przewagę, do czego nie powinienem dopuścić. Poszedłem więc na całego.

– Słuchaj, stary – klepnąłem go ciężką ręką po plecach. – Mam dla ciebie bardzo zaufanego gościa, który tę forsę może dla ciebie wyprać. To zawodowiec. Ma obcykane wszystkie banki na Wall Street.

Pochyliłem się do niego i zapytałem konfidencjonalnym szeptem: ;

– Muszę tylko wiedzieć ile tego masz.

– Milion na początek – wychrypiał mi w ucho podobnym szeptem. – Potem zobaczymy. Ale przedtem musimy dobić targu odnośnie procentu… ile ty bierzesz za swoje usługi?

W takich przypadkach zawsze zaczynam od górnej półki i zasuwam, że biorę osiem procent. Tutaj trochę przesadziłem.

– Dziesięć procent. Dzielimy się kasą z tym maklerem, to dlatego.

– Nie ma mowy – oburzył się Joe. Ale jego wyraz twarzy nie tracił dobroduszności. Widać było, że zna się na rzeczy.; Z tym, że ja znałem się nie mniej od niego.

– Mogę dać cztery procent – ziewnął Joe. I zamówił dwie whisky. Bourbon, Jack Daniels, mój ulubiony drink. Czysty, na lodzie. Swoją drogą trafił w dziesiątkę. Przypadek, bo skąd mógł wiedzieć?

Siedzieliśmy przy tym barze wymachując nogami i sącząc każdy swojego drinka. Czasem któryś z nas rzucił jakimś numerkiem, wtedy ten drugi odrzucał swoim.

Stanęło na pięciu procentach, co było normalną stawką dla praczy pieniędzy. Każdy z nas o tym wiedział, ale obaj wiedzieliśmy też, że targowanie się należało do rytuału przy tego typu transakcjach.

Uścisnęliśmy sobie dłonie i wtedy ja zamówiłem następną kolejkę.

Wszystko więc poszło po mojej myśli. Joe Manzones miał jeszcze tylko jedno, ostatnie; pytanie. Powinno mną wstrząsnąć, być może właśnie po to zostało zadane. Ale byłem już zbyt mocno w grze. Zaledwie mnie rozśmieszyło.

– Czy masz jakieś referencje? – Zapytał, jakby był; pół-mózgiem jakimś, a nie prawą ręka szefa kartelu narkotykowego z Meksyku.

– Referencje, powiadasz? – Spojrzałem mu prosto w oczy.

– Chcesz referencji?… Ty chcesz ode mnie referencji? Ty chyba żartujesz…Ty chyba nie wiesz, z kim masz do czynienia? Pozwolisz, że cię o coś zapytam? Zastanów się dobrze, zanim odpowiesz…

Joe spojrzał na mnie jak na wroga. A ja mu przedstawiłem zagadnienie w taki sposób, jak sobie to już dawno przygotowałem:

– Załóżmy, że jutro w samo południe usiądę tutaj z innym dealerem. I on mnie zapyta o referencje. Czy mogę mu podać twoje nazwisko? Powołać się na Joe Manzonesa? Tak? Chcesz tego?

Joe natychmiast odstąpił od żądania i nawet mnie przeprosił. Wtedy ja przystąpiłem do kolejnego zagadnienia. Wiedział już, że zajmuję się praniem brudnych pieniędzy.

Musiałem mu wyjaśnić coś, czego nie wiedział. Że ja nigdy nie dotykam tych pieniędzy. Ani forsy, ani narkotyków. Jestem na tak wysokim poziomie wtajemniczenia. Nie mogę robić niczego, co choć w marnym procencie może skutkować aresztowaniem mnie.

W ten sposób chciałem umocnić w jego oczach moją pozycję jako niekwestionowanego przywódcy reprezentowanego przeze mnie gangu.

– Widzisz tego eleganta? – rzekłem, pokazując mu brodą faceta siedzącego o kilka stolików dalej. Był wielki, barczysty, nieskazitelnie ubrany w czarny garnitur i w czarną koszulę, ozdobioną białym, wąskim krawatem. Jak z żurnala. Jego ponura twarz do złudzenia przypominała przystojną twarz jakiegoś aktora z Hollywood.

– On przeprowadzi transakcję dla mnie. Spotka się z tobą lub z twoim człowiekiem w jakimś miejscu, które wyznaczysz w celu przekazania forsy.

Joe oświecił mnie tak, że jeśli do tej pory jakieś miałem, tak teraz przestałem mieć wątpliwości co do jego inteligencji. Spojrzał na mnie i warknął:

– George Clooney… nie lubię dziada. Myśli, że pozjadał wszystkie rozumy. “Ocean’s Eleven” – co oni w tym Hollywood wiedzą o gangsterach… tylko nas ośmieszają…

Z pewnym zakłopotaniem pospieszyłem z wyjaśnieniami, że “Ocean’s Eleven” – film, który właśnie wchodził na ekrany, to tylko komedia kryminalna, a jak ktoś chce, kryminalny dramat, ale zawsze pozostaje filmem, a więc fikcją, czyli fantazją twórców kina gangsterskiego, w tym wypadku jak najbardziej udaną, ale fikcją, niczym więcej. Joe jakoś nie potrafił tego zrozumieć.

– Chcesz mi wmówić, że ten aktorzyna ma mi uprać kasę? Jakieś brednie opowiadasz… – To nie jest żaden aktor, tylko mój człowiek podobny po nie wiem jaką cholerę do tego aktora. Zaraz się podniesie, wtedy zobaczysz, że jest dwa razy szerszy w barach i o głowę wyższy od Clooneya. – Zresztą przyjrzyj się jego twarzy… widzisz? Widziałeś kiedyś bardziej ponurą gębę? – no widzisz, teraz widzisz. Clooney z taką gębą nie dostałby roli nawet w etiudzie studenckiej… Ten człowiek jest moim bankierem. W moim światku nosi ksywę Martwy Byk.

Skinąłem głową mojemu nowemu nabytkowi, a kiedy ten wstał, przeciągnął się tak, że bicepsy mało nie rozerwały mu rękawów marynary. Przyjrzał się swojej ponurej gębie w lustrzanej szybie, przylizał dłońmi siwiejące na skroniach włosy, obciągnął marynarę i z powrotem usiadł, nie zmieniając wyrazu twarzy. Może by i zmienił, lecz nie potrafił. Martwy Byk, szkoda gadać. Spojrzałem na Joe takim wzrokiem, jakbym co najmniej szukał potwierdzenia wartości byka na corridzie, na którego postawiłem wszystkie pieniądze. Zauważyłem, że wygląd mojego współpracownika obudził w nim respekt, a więc wiedziałem, że tym samym wzrósł również jego szacunek do mnie. Już bez owijania w bawełnę zaczęliśmy gadać o transakcji.

– Dobra, to może jutro w barze hotelu Holliday Inn w Rochelle? – zaproponował już sam, przejmując inicjatywę, wyraźnie pobudzony. – Jutro pod wieczór?; Też przyślę mojego człowieka. Ma na imię Greg. I też jest kwadratowy. OK?

– OK, pewnie że OK.
Rzuciłem na stolik 300 dolarów za dwa drinki i wyszedłem

Poleć:

O Autorze:

Edek Wojciak

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.