Martwy byk (25)

0

Nie bez powodu Szatana często przedstawiano z rudymi włosami, ponieważ kolor ten kojarzył się z pożądliwością i moralnym upadkiem. Rude po prostu lubią się kochać… Jakby tego było mało, ich ciała wydzielają wyjątkowy, niezwykły zapach. Naukowcy z Bostonu wręcz twierdzą, że istnieje w przyrodzie coś, co można nazwać “rudym zapachem”, a więc woń właściwa wyłącznie rudym kobietom.

Wie o tym każdy, kto kiedykolwiek spotykał się z rudowłosą pięknością. Zapach ich ciał jest silniejszy aniżeli u nierudych. Powodem tego jest fakt, że podobnie jak samice zwierząt, rude mają swoim zapachem przyciągnąć do siebie płeć przeciwną i chwycić w swoje sidła. Na zawsze. Zapach ciała rudych kobiet jest porównywany do zapachu fiołka i bursztynu. Dosłowna magia feromonów! Badania naukowe przeprowadzone na uniwersytecie w Bostonie wykazały także inną ciekawą cechę rudych dziewczyn. Ich organizmy produkują więcej witaminy D. Przy rudowłosych nie grozi ci ostrożność w okazywaniu niezaspokojonych żądz, choćby dlatego, że mają one silniejsze kości od pozostałych. Produkują po prostu więcej witaminy D przy mniejszej ilości światła aniżeli blondynki, czy brunetki.

Na dodatek mają najgrubsze włosy. Naturalne rude włosy zawierają rekordową ilość pigmentów, dlatego bardzo trudno jest je przefarbować. Włosy te są też najgrubsze ze wszystkich i jest ich na głowie mniej niż w przypadku innych kolorów. Dla porównania: blondynka ma około 140 tysięcy włosów, a ruda tylko 90 tysięcy.

Z powodu ich prawdziwej niezwykłości niektórzy boją się ich, inni wręcz dyskryminują. W słowniku języka angielskiego można znaleźć słowa “gingerphobia”, czyli strach przed rudowłosymi oraz “gingerism” – dyskryminacja osób o tym kolorze włosów. Zjawisko to jest czasem porównywane do rasizmu. Tylko czy to prawda? Wystarczy na nie spojrzeć by od razu stwierdzić jaka to pomyłka. Naprawdę na to nie zasługują. Starożytni Grecy wierzyli, że po śmierci rude stają się wampirzycami. To oczywiście nie jest prawdą. Na pewno rudowłose dziewczyny owiane są jakąś magią, która chroni je przed złem tego świata. Niektórzy twierdzą, że każdy pieg to dusza, którą skradła ruda dziewczyna. Jeśli chcesz wiedzieć, jak działa taka magia, umów się z rudą na randkę.

Słuszność tego przydługiego nieco wywodu mógł potwierdzić osobiście Martwy Byk. Od roku znajdował się pod urokiem rudej Moniki. Można by rzec, że ten spokojny, dostojny wręcz, stateczny mężczyzna o niebanalnej urodzie, po prostu oszalał na punkcie rudej Moniki z Greenwich Village.

No, wtedy, przed rokiem, jeszcze nie z Village, o nie. Zanim trafiła do mieszkania państwa Bykowskych na Manhattanie, wynajmowała skromny apartamencik na Amsterdam Avenue. Była wtedy początkującą pielęgniarką po studiach na Columbia University. Miała spokojnego, niczym niewyróżniającego się męża, z którym z powodu bylejakości właśnie wzięła rozwód po dziesięciu latach nijakiego życia obok siebie bardziej, niż we dwoje.

Mieszkanie w Village dostała w prezencie od Martwego Byka. Chyba się facet zakochał. Że jeden apartamencik, rzecz mogłaby być nawet zrozumiała. Ale Ruda dostała w prezencie dwa jednakowe apartamenty, na dodatek połączone wspólnym tarasem i basenem.

Tylko że tak naprawdę Ruda użytkowała jeden z apartamentów. Według umowy ustnej, którą zawarli po pewnej kolejnej upojnej nocy, Jason Bykowsky zastrzegł sobie prawo do drugiego z nich na wyłączność, aż do odwołania.

Po co mu apartament, skoro miał już wspólny z żoną w Dakota House? Co on kombinował? Otóż Jason Bykowsky potrzebował garsoniery. Zapraszał tam czasami swoich gości, organizował spotkania, na które Monika nie była zapraszana, określane przez MB jako biznesowe. Ruda była osobą dyskretną i potrafiła zachować tajemnicę. Nigdy nie miała z tym problemów, tak jak nigdy nie pytała go o to, z kim się spotyka oraz w jaki sposób zarabia swoje naprawdę duże pieniądze.

Monika sama posiadała swoje tajemnice, o których nie chciała rozmawiać, w każdym razie nie chciałaby dzielić się ze wszystkimi. Nie mówiła zbyt wiele o sobie nawet człowiekowi, którego nagle, ni z tego ni z owego, stała się jak gdyby utrzymanką. Chociaż nie musiała nią być, w każdym razie nie chciała, a na pewno tego nie wymagała. Nie leżało w jej charakterze wykorzystywanie mężczyzn.

Gdy się poznali w jakże dziwnych okolicznościach, już od kilku lat nie pracowała w wyuczonym zawodzie dyplomowanej pielęgniarki po studiach. Po prostu, nie lubiła tego zawodu. Na studia wybrała się pod presją rodziców, a ponieważ była zdolna oraz inteligentna, nie miała problemów z ich ukończeniem. Potem przez jakiś czas odbywała praktykę w szpitalu na oddziale chirurgii pourazowej, gdzie szefowała jej Julia Bykowsky. Nie lubiła tej pracy, więc zaczęła szukać innej. Aż znalazła.

Zarabiała teraz pieniądze jako kelnerka w dobrej restauracji na Manhattanie. Nie za duże ale i niezbyt małe, w każdym razie wystarczające, by dokładając do budżetu domowego utrzymywać niezły poziom życia. Jej mąż był inżynierem budowlanym i zarabiał całkiem nieźle. Jednak po rozwodzie musiała sobie radzić sama, już teraz z niemałym trudem, aby sprostać regularnym opłatom za apartament i utrzymać dziesięcioletniego mini coopera.

Był rok 1999. Samotna Monika zaczęła popadać w stany depresyjne. W tym samym roku American Airlines ogłosiły nabór na stewardów i stewardessy. Monika pojechała na interview. Okazało się, że nie miała większych problemów, by dostać tam pracę chociaż konkurencja była duża.

Odtąd zaczęła latać dosyć regularnie, głównie do Teksasu i Meksyku za dwadzieścia tysięcy dolarów rocznie. Grosze raczej, jeśli się weźmie pod uwagę wysokie koszty utrzymania w Nowym Jorku.

Ale kiedy na początku roku 2001 jej linie połknęły upadające TWA (Trans World Airlines), linie AA zaszalały i dały jej podwyżkę. Teraz już poczuła się panią – od razu dziesięć tysięcy rocznie więcej to była poważna poprawa budżetu. Żarty żartami, jasna sprawa, że nawet dla samotnej kobiety nie były to żadne kokosy, jednak praca jej odpowiadała, tym bardziej że ta rudowłosa piękność była bardzo lubiana i szanowana zarówno przez pasażerów, jak również kolegów z pracy. Lubiła tę pracę. Praca była atrakcyjna. Szczególnie wtedy, gdy latała do Meksyku.

Piękne kolonialne miasto Puerto Vallarta to jeden z najbardziej ekskluzywnych kurortów w Meksyku. Doceniła to kiedyś Liz Taylor, która spędziła tam aż dziesięć lat. Fascynacja zaczęła się od czasu zdjęć do filmu Noc Iguany, kręconego właśnie tam z jej mężem Richardem Burtonem oraz z Avą Gardner w rolach głównych.

Anegdota opowiada, jak to Liz i Richard mieszkali początkowo w osobnych apartamentach po przeciwległych stronach głównej ulicy. Żeby sobie ułatwić kontakty osobiste, kazali zbudować most nad tą ulicą. Most istnieje do dziś, w apartamentach jest muzeum Liz i Richarda. Ekipie filmowej i zgromadzonym gwiazdom Hollywood towarzyszyły rzesze reporterów, których relacje przyczyniły się do popularyzacji miasta jako turystycznej atrakcji.

W Puerto Vallarta znajduje się całkiem niezłe lotnisko. Lądują tu także samoloty American Airlines wożące wahadłowo turystów. Nie tylko tych, którzy co tydzień wymieniali się w tak zwanych resortach, poukładanych jak po sznurku nad zatoką Banderas Bay. W samym miasteczku znajduje się istna kolonia Amerykanów, posiadających swoje własne apartamenty. Ceny śmieszne. Kto nie chce mieć na własność, może wynająć dwusypialniowy apartament za sto dolarów na miesiąc. Po prostu raj na ziemi! Jeśli do tego dołączy się koszty utrzymania oscylujące w granicach trzystu dolarów, to w tym raju można przeżyć komfortowo cały miesiąc za pięćset dolarów. Żyć, nie umierać.

Położenie miasta wzdłuż piaszczystych plaży Banderas Bay, gorący, subtropikalny klimat, bliskość otaczających miasto zielonych dżungli na stokach gór czynią je magnesem dla turystycznych inwestycji. Miasto dzieli się w zasadzie na trzy charakterystyczne strefy: hotelarską na zachodzie, centrum miasta z tzw. Old Vallarta i Nowe Miasto (Nuova Vallarta). Większość hoteli i atrakcji turystycznych mieści się wzdłuż wybrzeży zony hotelarskiej i Centrum.

Turystyczne życie nocne ma miejsce głównie wzdłuż nadmorskiego deptaku Maleon, gdzie skupiają się liczne restauracje, puby i kluby. Lokalna ludność oferuje odwiedzającym wyroby rękodzieła artystycznego, biżuterię, lokalne tkaniny i pamiątki turystyczne. Na Maleconie można też znaleźć szereg rzeźb lokalnych artystów, przylegające uliczki oferują wiele galerii sztuk, salony jubilerskie, kosmetyczne.

Miasto, głównie nastawione na turystykę i czerpiące z niej dochody ma wielkie znaczenie dla całego stanu Jalisco. Jednak miasto wyróżnia się także czymś, co nie przysparza mu zbyt wiele chwały. Narkotyki. Zresztą, cały Meksyk słynie z tego, że życie toczy się tutaj z tego powodu tylko pozornie normalnie i spokojnie.

Największym problemem Meksyku jest nieskuteczna walka z kartelami narkotykowymi i szeroko rozpowszechnioną korupcją. Politycy, którzy nie dają się przekupić i zaczynają walkę z kartelami lub całymi gangami przestępczymi grasującymi po kraju, znajdują się tu w ogromnym niebezpieczeństwie i często tracą życie. Kartele narkotykowe i gangi działają w Meksyku od wielu lat. Problem w tym, że poszczególne rządy nie potrafią ukrócić ich procederu. Liczba zabójstw w Meksyku, w tym również z tego powodu zamiast maleć, z każdym rokiem rośnie i są one coraz zuchwalsze. W Jalisco tylko w czasie jednej kampanii wyborczej zamordowano 1370 osób! W jednym meksykańskim stanie! A w całym Meksyku? Około dwudziestu tysięcy. A życie toczy się dalej.

Ruda Monika co najmniej raz w tygodniu z racji obowiązków odwiedzała Puerto Vallarta. Wylatywała po krótkim odpoczynku następnego dnia i za cztery godziny lądowała na Kennedym w Nowym Jorku z walizeczką, bagażem podręcznym i torebką. Jak każda stewardessa. Zawartość jej bagaży różniła się jednakże od zawartości bagaży każdej stewardessy. Starannie poukładane pod podwójnym dnem walizeczki i podszewką bagażu podręcznego wylegiwały się paczuszki z białym proszkiem. To wszystko przykryte majtkami i stanikami. Wiadomo. Stewardessy nie były nigdy poddawane kontroli celnej.

Z uśmiechem na ładnej buzi wychodziła Monika na miasto i nienękana przez nikogo wsiadała do swojego czerwonego mini coopera. Dopiero następnego dnia przepakowywała bagaże i ze skromną, szarą torbą z grubego lnu udawała się na Grand Central Terminal, gdzie umieszczała ją w skrytce bagażowej. I tylko tyle. I aż tyle, ponieważ za każdy taki ruch inkasowała trzy tysiące dolarów.

Jak widać, Monika już raz na zawsze powinna pozbyć się kłopotów materialnych. I rzeczywiście przestała je odczuwać. Podobnie jak nie miała powodów, żeby starać się o sponsora. Sam ją znalazł. Zaraz, zaraz, chwileczkę. Przecież to ona sama wpadła w jego ramiona. Dosłownie i w przenośni. A wszystko przez jeden przeklęty głos.

Oprócz niebanalnej urody, naturalnego wdzięku i skłonności do marzeń o wyrafinowanym seksie, nosiła w sobie ruda Monika coś, o czym nikt nie wiedział. Był to głos. Głos mężczyzny, poważny, ale też kokieteryjny kiedy trzeba, rozważny, ale i wesoły. Głos wewnętrzny, towarzyszący jej od początku świadomości, szczególnie od początku uświadomienia sobie, że jest ładną dziewczyną, później śliczną nastolatką, na koniec@ elegancką kobietą.

Kiedy już rozeszła się z nudnym mężem o równie pospolitym imieniu – John, na początku było jej samej ze sobą całkiem dobrze. Po jakimś roku zaczęła źle znosić samotność. W końcu zaczęły się początki depresji. Zwierzyła się z tego okropnego stanu koleżance. Kiedyś razem pracowały, a właściwie Julia była jej szefową w szpitalu na oddziale chirurgii urazowej.@ Julia także była piękną kobietą. Poza tym posiadała bardzo przystojnego męża. Ale co tu gadać. Nie za bardzo za nim przepadała.

Rozdział VI.
Głos w trójkącie

Jak już wspomniano, Monika będąc w dołku psychicznym nie za bardzo potrafiła sobie z samą sobą poradzić, przeto zadzwoniła do koleżanki. Ta bez namysłu zaproponowała jej wizytę w swoim apartamencie na Manhattanie. I Monika poszła. Ledwie weszła, a już spotkała ją niespodzianka. Szok właściwie. Okazało się bowiem, że człowiek, bardzo przystojny mężczyzna, ten, który jej otworzył drzwi, Jason Bykowsky – mąż jej koleżanki Julii Bykowsky, jest posiadaczem jej wewnętrznego głosu. On sam wszakże niczego się nie domyślił. Po prostu był sobą. Skąd miał wiedzieć, że timbr jego głosu jest dokładnie tym samym, w co ruda Monika wsłuchiwała się od dzieciństwa i co stało się jej fobią, jej tajemnicą?

Co miała uczynić ruda piękność? Wpadła w panikę graniczącą z szokiem psychicznym. Więc na wszelki wypadek po prostu zemdlała. Kiedy się ocknęła, znalazła siebie ułożoną w wielkim łożu z lekkim zawrotem głowy.

Poleć:

O Autorze:

Edek Wojciak

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.