Niezapomniana podróż

0

Pamiętam rozmowę telefoniczną z red. Witoldem Lilientalem, kiedy powiedział mi z wielką radością, że leci do Katynia na uroczystości 70-lecia kaźni polskich oficerów. Wiedziałam jak ważne jest to dla niego – sieroty po jednym z zamordowanych tam brutalnie tysięcy Polaków. Cieszył się bardzo, spodziewając się jednocześnie silnych przeżyć. Potem opowiadał o tym, że wybrał uroczystość wcześniejszą, z premierem, nie z prezydentem. Kiedy poleciał, myślałam nieraz o tym, jak ważne w jego życiu jest to, co miał właśnie przeżyć. Drukowaliśmy pierwsze jego relacje, z nadesłanymi z Polski zdjęciami. W sobotę o świcie obudził mnie jego głos w słuchawce telefonu – mówił coś o katastrofie, samolocie, zabitych. Trudno było to pojąć… Od niego dowiedziałam się o tym tragicznym, przerażającym finale katyńskiej gehenny. Nie można było odgonić myśli tym co byłoby gdyby zdecydował się na sobotnie uroczystości… Potem wulkan, który uniemożliwił wzięcie udziału w pogrzebie na Wawelu wielu ważnym dostojnikom (w tym naszemu premierowi Harperowi, w którego samolocie miałam także polecieć), zatrzymał go na dodatkowe dni w Warszawie. Wzruszająca podróż, którą miał odbyć, okazała się ogromnym, podwójnie tragicznym przeżyciem, którego nigdy, przenigdy nie zapomni.

Małgorzata P. Bonikowska: Twój wyjazd do Polski miał być dla Ciebie wielkim przeżyciem, ale to, co się wydarzyło chyba było dawką emocji trudną do przewidzenia. Jak po powrocie oceniasz to, co przeżyłeś?
Witold Liliental: Powtarzam wszystkim, że miałem zbyt wiele emocji, o wiele więcej, niż chciałbym mieć. Wróciłem do Kanady szczęśliwy, że byłem tam, tzn. w Polsce i w Katyniu, ale wróciłem wyczerpany psychicznie. Wiedziałem, że będę przeżywać jakieś bardzo osobiste emocje, kiedy znajdę się w lesie katyńskim. Nie mogłem wiedzieć, że trzy dni później wydarzy się katastrofa, która zabierze 96 istnień ludzkich. Przeżyłem silny wstrząs nie tylko, jak każdy Polak, ale – co można zrozumieć – jako człowiek, który zaledwie trzy dni wcześniej leciał na tej samej trasie tą samą maszyną. Kiedy uzmysłowiłem sobie, że niektórzy ludzie, którzy wraz ze mną lecieli i których poznałem i z którymi rozmawiałem, musieli lecieć po raz drugi i już ich nie ma wśród nas, przeżyłem coś w rodzaju szoku. Wreszcie, pod koniec mojego pobytu, kiedy wulkan wybuchł, emocje strachu górowały, kiedy widziałem “na pasku” w telewizji, że wulkan zwiększył aktywność i że istnieje realna groźba, iż paraliż lotów może trwać nawet całe tygodnie. Czułem się odcięty od domu, od rodziny, od pracy, zacząłem bać się, co stanie się, jeśli zamknięcie przestrzeni powietrznej istotnie się przedłuży. Byłem nerwowy. Te trzy dni czekania wydawały się być wiekami. Jeszcze nigdy tak silnie nie tęskniłem do Kanady.

M.P.B.: Jak doszło do tego, że poleciałeś na uroczystości do Katynia?
W.L.: Może zacznę od samego początku. Mój ojciec, por. rez. Antoni Liliental, zmobilizowany w sierpniu 1939 roku, widnieje na liście katyńskiej pod numerem 1774. Ponieważ od 1981 roku mieszkam i pracuję na kontynencie północnoamerykańskim, nie miałem dotychczas okazji odwiedzić miejsca kaźni polskich oficerów, w tym mojego ojca. Potrzeba odwiedzenia chociaż raz w tym życiu miejsca kaźni mojego ojca dojrzewała we mnie od szeregu lat. Zdawałem sobie sprawę z faktu, że z każdym rokiem ta możliwość staje się coraz odleglejsza. Ale ciągle obiecywałem sobie, że jeszcze za tego życia pojadę tam uhonorować pamięć mojego ojca, którego los nie dał mi nawet zapamiętać, bowiem byłem zbyt mały w chwili, gdy on opuszczał dom z kartą mobilizacyjną. Wiedziałem, że tym roku w kwietniu przypada okrągła, 70 rocznica zbrodni katyńskiej i że z tej okazji odbędzie się na miejscu kaźni uroczystość z udziałem najwyższych władz rządowych i – jak zwykle – delegacji rodzin ofiar katyńskich. Chciałem znaleźć się w takiej delegacji. Dlatego zdecydowałem się wysłać e-mail do Sekretarza Generalnego Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, Andrzeja Przewoźnika, w którym napisałem dokładnie to samo, co tutaj mówię. E-mail wysłałem z kopią dla naszego Konsulatu Generalnego, który moją chęć uczestniczenia w uroczystościach w pełni popierał. Oczywiście, nie miałem żadnych gwarancji, że list ten zostanie przeczytany ani – tym bardziej – że moja prośba zostanie spełniona. Na początku marca, na moim biurku w pracy zadzwonił telefon. W słuchawce usłyszałem głos po polsku: “Mówi Andrzej Przewoźnik z Warszawy. Muszę do jutra rana podjąć decyzję. Mają być dwie uroczystości. W środę 7-go z Premierem oraz w sobotę 10-go z Prezydentem. Mogę Pana umieścić w samolocie w środę, ale może ma pan swoje preferencje co do daty i uroczystości”. Wybrałem środę z premierem. Jak się później dowiedziałem, zanim Andrzej Przewoźnik podjął decyzję umieszczenia mnie na liście, “sprawdził” mnie, zasięgając nawet opinii swojego dobrego znajomego i współpracownika, który mnie oczywiście musiał znać, czyli byłego konsula generalnego dr. Piotra Konowrockiego i widocznie usłyszał opinię pozytywną. Doniesiono mi nawet, że zapoznał się z internetową wersją naszej “Gazety”. Później niezwykle serdecznie zajęły się mną panie z Rady Ochrony Pamięci Walki i Męczeństwa (Monika Bodył) oraz z Kancelarii Prezydium Rady Ministrów (Lena Ostrowska, Emilia Surowska i Wiktoria Węcławek). Problemem była wiza rosyjska, której nie można było wbić w Kanadzie do polskiego paszportu. Te panie współpracowały ze sobą, żeby mi to załatwić w trybie ekspresowym po moim przylocie do Polski. Zanim stąd wyleciałem, otrzymałem jeszcze pocztą zaproszenie do udziału w oficjalnej delegacji polskiej, podpisane przez premiera Tuska.

M.P.B.: Opowiedz o samej wyprawie do Katynia – wyjeździe, ceremonii, powrocie.
W.L.: Ostatniej nocy przed dniem uroczystości ledwo mogłem zasnąć z podniecenia, że oto spełnia się to, o czym od lat myślę, co stało się moim moralnym obowiązkiem i duchową potrzebą. Kuzynka Jola odwiozła mnie na Wojskowy Port Lotniczy Okęcie, gdzie z daleka widać już było gotowy do lotu, podstawiony samolot Tu154 z czerwono białą szachownicą i napisem Rzeczpospolita Polska. Poczułem pewną dumę, że oto takim samolotem będę leciał z bardzo wysoko postawionymi osobistościami. Byłem jednym z pierwszych w recepcji. Stały już tam te “moje” dziewczyny z KPRM. Wręczyły mi kartę wstępu na pokład samolotu, identyfikator z napisem VIP, kokardkę biało-czerwoną z guzikiem od munduru wojskowego oraz książeczkę z programem dnia. Z książeczki tej dowiedziałem się, że znajduję się w grupie 20 gości Pana Premiera. Szybko sala odlotów zaczęła się zapełniać. Ujrzałem z bliska twarze znane mi z ekranu telewizyjnego: Andrzeja Wajdę, Normana Daviesa, ministrów rządu, duchownych różnych wyznań. Zwróciłem uwagę na to, że ci ostatni prowadzili między sobą przyjazne towarzyskie rozmowy. Zjawił się też Andrzej Przewoźnik, którego rozpoznałem. Przedstawiłem się mu i podziękowałem. Wkrótce zaproszono nas na pokład samolotu. Obok mnie miejsce zajął metropolita prawosławny Polski, Wielce Błogosławiony Sawa. Majstrowałem coś przy kamerze, kiedy usłyszałem gromkie oklaski wzdłuż całego pokładu. To ze swojej salonki wyszedł akurat premier Donald Tusk przywitać się z pasażerami samolotu. Podczas lotu kręciłem film wideo pożyczoną kamerą. Wspominam o tym, ponieważ o ten mój film ubiegały się, już po sobotniej katastrofie, różne stacje telewizyjne.Jest to prawdopodobnie ostatni film nakręcony wewnątrz Tupolewa podczas jego ostatniego bezpiecznego lotu do Smoleńska.

Sam lot trwał nieco ponad godzinę. Wylądowaliśmy w Smoleńsku bez żadnych przygód, przy dobrej pogodzie. Wskazano nam podstawione na płycie autobusy. Do “mojego” wsiedli m.in. Lech Wałęsa i Tadeusz Mazowiecki. Musieliśmy jeszcze czekać około 10 minut na wylądowanie samolotu Putina, który według protokołu musiał być pierwszy, by na miejscu przywitać naszego premiera. Wreszcie kawalkada samochodów i autobusów ruszyła w kierunku Katynia. Ktoś mi w autobusie mówił, że Rosjanie ponoć proponowali dojazd na stację kolejową Gniezdowo (gdzie dowożono polskich jeńców) i dopiero stamtąd jazdę do lasu katyńskiego, taką samą drogą, jaką odbywali oni w “czornych woronach”, ale – słusznie – strona polska uznała to za zbyt makabryczny pomysł.

Gdy dojechaliśmy do bramy kompleksu katyńskiego przeżyłem kilka minut niepewności i frustracji. Pomimo mojego identyfikatora VIP, zabrakło dla mnie przepustki na wejście przez bramę kompleksu. W sukurs pośpieszyła pani Emilia Surowska z KPRM, która mnie przeprowadziła na teren i doprowadziła aż do miejsca, w którym odbyć się miało nabożeństwo ekumeniczne. W miejscu tym, znanym z licznych reportaży telewizyjnych, stoi czerwonawa ściana, składająca się z dwóch oddzielonych od siebie segmentów, pokryta tysiącami nazwisk zamordowanych oraz stół liturgiczny z takiego samego czerwonego kamienia. Zza ściany poprzez przerwę między segmentami wyłania się krzyż. Wokół obiektu ustawili się kamerzyści stacji telewizyjnych. Miejsca siedzące zajęli goście: politycy, urzędnicy państwowi oraz rodziny katyńskie.

Kolejno przemawiali i modlili się przedstawiciele różnych wyznań. Przez cały czas przemówień i modlitwy starałem się pogodzić mój osobisty stan emocji z zimnym obowiązkiem reportera. Myślałem o swoim Ojcu, ale robiłem zdjęcia, nagrywałem kamerą. I nagle, podczas odmawiania Modlitwy Pańskiej poczułem, że mi się głos łamie, że nie potrafię normalnie wypowiedzieć jednego słowa. Opanowało mnie silne wzruszenie. Wielokrotnie słyszeliśmy z ust duchownych podkreślenie, że zginęli tu Polacy różnych wyznań i różnego pochodzenia etnicznego. Ta sama myśl wyrażona była w uroczystym Apelu Poległych, odczytanym przez polskiego pułkownika. Po każdym wezwaniu, chór wojskowych odpowiadał: “Zginęli śmiercią męczeńską”. Po Apelu nastąpiło złożenie wieńców przez obydwu premierów. Zauważyłem, że Władimir Putin, składając swój wieniec, na chwilę przyklęknął. Zwróciły na to uwagę w swoich doniesieniach także niektóre agencje zachodnie Czyżby gest Willi Brandta? Witold L z p. Leną Ostrowską – opiekunką z KPRM

M.P.B.: Z relacji w telewizji wiemy, że uroczystości odbywały się także na grobach zamordowanych tam Rosjan.
W.L.: Tak, po Apelu i złożeniu wieńców, obydwaj premierzy udali się na niedalekie miejsce spoczynku tysięcy rosyjskich ofiar stalinowskich czystek, gdzie miała nastąpić oddzielna uroczystość, tym razem już głównie prawosławna. Udali się tam jednak też nasi duchowni, łącznie z katolickimi biskupami. Natomiast pozostałych członków delegacji zaproszono do przejścia na miejsce, gdzie ustawione już były siedzenia przed namiotem, pod którym premier Tusk i premier Putin mieli wystąpić po powrocie z rosyjskiego nabożeństwa. I znów zaproponowano mi miejsce z bardzo dobrą widocznością. Bezpośrednio za nam siedzieli dwaj polscy generałowie, obydwaj bardzo sympatyczni i czekając na powrót premierów szybko nawiązaliśmy konwersację. Wymieniliśmy się wizytówkami. Jedna z nich dotychczas ciąży mi w portfelu. Widnieje na niej nazwisko: gen. bryg. Kazimierz Gilarski… Nie mógł wiedzieć ani on, ani ja, że jemu pozostały jeszcze tylko trzy dni życia.

Po pewnym czasie ujrzeliśmy powracających z rosyjskiej uroczystości. Szli popi, polscy biskupi, chórzystki ubrane na niebiesko z chustami na głowach i rosyjską orkiestrę wojskową. Wreszcie pojawili się obydwaj premierzy i zajęli swoje miejsca pod namiotem. Pierwszy przemawiał Władimir Putin. Kwintesencją jego przemówienia było to, że w lesie tym spoczywają ofiary okrutnego systemu totalitarnego. Te ofiary rosyjskie i polskie powinny nas zbliżyć, a nie dzielić.

Premier Tusk mówił o pamięci i o prawdzie, która potrafi porwać cały świat, więc powinna porwać za sobą te dwa ciężko doświadczone narody.

Natychmiast po zakończeniu przemówień, dziennikarze oblegli co ważniejsze i bardziej znane Przemawiają premierzy Dziennikarz rosyjski osoby, prosząc o wypowiedzi do kamery. Słuchałem z boku niektórych wypowiedzi. Większość rozmówców wyrażała się pozytywnie o “nowym klimacie”, czy o “wyraźnej zmianie tonu”. Natomiast prezes lokalnego związku Polaków w Rosji skwitował przemówienia premierów, jako “nic nowego”.

I właśnie wtedy wydarzyło się coś wyjątkowego. Młody rosyjski dziennikarz, skończywszy rozmowę z Tadeuszem Mazowieckim, zwrócił się do mnie. Ponieważ zaznaczyłem, że zbyt słabo znam rosyjski, on zadawał pytania po angielsku. Na koniec podał mi rękę i wypowiedział, rosyjskim akcentem, ale po polsku, znamienne słowa, które do dziś brzmią mi w uszach: “Przepraszam za Katyń”. Dla usłyszenia tych słów warto było przylecieć do Katynia, nawet gdybym nie był osobiście związany z żadną z ofiar tej zbrodni.

Witold_KatynNadszedł wreszcie czas na znalezienie płyty upamiętniającej mojego ojca. Już powiedziałem, że byłem cały czas pod naprawdę serdeczną opieką. Zgłosił się do mnie pan z KPRM i zaoferował, że zaprowadzi mnie do płyty mojego ojca. Już wcześniej sprawdził, jak tam trafić. Płyty te tworzą mur okalający teren polskiego cmentarz. Jak już pisałem w relacji bezpośrednio po powrocie do Warszawy, w szparkę pomiędzy płytami zatknąłem jedną białą różę.

M.P.B.: To musiało być dla Ciebie niezwykle silne przeżycie.
W.L.: O tak, ale powiem Ci, że największe wrażenie zrobił na mnie widok dołów śmierci. Dziś są one pokryte płytami metalowymi. To nad jedną z nich On stał w ostatniej chwili swojego życia. I moje oczy powędrowały wysoko, na korony drzew. Tam były tez drzewa stare, pamiętające ten podły czas. Pomyślałem sobie, że te drzewa, to był ostatni widok, jakie Jego oczy widziały na tym świecie w ostatnich sekundach życia… Musiałem jednak szybko wracać, bo już pan z KPRM dostał wiadomość przez komórkę, że czas opuścić las katyński. W sumie, tylko kilka minut miałem na swoją osobistą zadumę nad tym, co wydarzyło się w tym miejscu 70 lat wcześniej, co w jednej chwili przerwało życie 31-letniego Polaka i na zawsze zmieniło moje życie. Brak ojca w dzieciństwie odczuwałem bardzo boleśnie.

M.P.B.: Czy wracaliście na lotnisko od razu po uroczystościach?
W.L.: Po wypiciu kawy w kafeterii, powrocie autobusami do hotelu, gdzie był obiad, długo czekaliśmy na wiadomość, że premierzy zakończyli w innym miejscu obrady w ramach Komisji ds. Trudnych. Był to właśnie czas towarzyskiego poznawania się, czas rozmów z różnymi ważnymi i ciekawymi ludźmi, o czym pisałem już w swojej relacji, więc nie chciałbym tu się powtarzać. Było już ciemno, gdy autobus podwiózł nas pod schodki do samolotu. Około 21:30 wylądowaliśmy w Warszawie. Było to ostatnie lądowanie rządowego Tupolewa z numerem 101.

Kiedy schodziliśmy po schodkach na płytę lotniska, podszedłem ponownie do Andrzeja Przewoźnika, żeby mu podziękować za umożliwienie spełnienia mojej wielkiej życiowej potrzeby. Wręczyłem mu płytę DVD z naszym Kabaretem pod Bańką i powiedziałem, że jak będzie miał chwilkę czasu, naprawdę dobrze się zrelaksuje. Usłyszałem odpowiedź, że w najbliższych dniach tego czasu będzie miał bardzo mało… Trudno mi, wbrew faktom, przyjąć do wiadomości, że ten wspaniały człowiek nie żyje.

Poleć:

O Autorze:

Malgorzata P. Bonikowska

Dziennikarka, publicystka, anglistka (doktor językoznawstwa), nauczycielka, autorka książek, działaczka społeczna, współtwórca i redaktor naczelny www.gazetagazeta.com. Kocha pisanie, przyrodę i ludzi.

Comments are closed.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.