Coś dla turysty

0
Powoli nadchodząca wiosna ta prawdziwa, nie kalendarzowa, którą już mamy, nastraja do myślenia o wyjazdach turystycznych dla odpoczynku i dla zwiedzania. Kiedyś,jaksammieszkałemwPhoenix,wstanieArizona,miałem okazję poznać i podziwiać wiele. Choć dziś z licznych względów zdecydowanie wolę mieszkać w Ontario, miło jest czasem powspominać pustynne piękno miasta, które było moim domem przez dziesięć lat i coś niecoś opowiedzieć o nim tym, którzy zamierzają tam się wybrać. Północna i wschodnia część miasta jest zasobna, co widać po architekturze domów. Wyraźnie biedniejsza i miejscami slumsowata jest część południowa, zamieszkała głównie przez biedotę pochodzenia meksykańskiego. Przez tę dzielnicę należy przejechać, żeby się dostać do South Mountain Park i wjechać asfaltową szosą aż na sam szczyt góry. Jej charakterystyczny szczyt z antenami nadawczymi widać z odległości wielu kilometrówy. Z punktu widokowego położonego na wysokości ok. 700 metrów npm ma się całą dolinę, jak na dłoni. Stoki góry pokryte są kaktusami Saguaro, kształtem przypominającymi semafory kolejowe. Niżej, pola golfowe, parki i główne arterie ozdobione są rozłożystymi palmami kokosowymi i daktylowymi. W kierunku wschodnim, wielokilometrowe sady cytrusowe znaczą się gęstą, ciemną zielenią. Między Phoenix a miastem Tempe widoczne są czerwonawe skały z dziurami. To rezerwat przyrody Papago Park. Daleko na wschodnim horyzoncie zarysowują się wysokie góry Superstition. Nawet z odległości South Mountain Park wyraźnie widać wielokolorowe warstwy skalne, znaczące różne epoki geologiczne ich tworzenia. U podnóża góry widokowej przebiega koryto rzeki Salt River. Nie można użyć tu określenia “rzeka przepływa”. Jeśli się przypadkiem do tej rzeki wpadnie, trzeba po prostu otrzepać ubranie z kurzu. Salt River jest przez większą część roku całkowicie wyschnięta, a tylko czasami, kiedy woda ze zbiorników retencyjnych zapory Roosevelt Dam za górami Superstition zostanie spuszczona, rzeka zapełnia się i staje się na kilka dni głęboka i rwąca. Miasto Phoenix nie przypomina miasta europejskiego. Centrum, to kilka ulic na krzyż, z których jedna tylko wysyła ku niebu wieżowce. Cała reszta miasta i otaczających miast-satelitów, to parterowe, najwyżej dwukondygnacjowe budynki. Główne trakty handlowe, to nie ulice, po których się chodzi, tylko szosy, po których się jeździ. Każdy sklep, każdy targ, każda instytucja ma swój własny, bądź dzielony z innymi, parking. Dlatego Phoenix urósł wszerz i stał się jednym z najbardziej rozległych miast świata. Otoczony jest ze wszystkich stron pustynią i górami. Pustynia, to nie wydmy piaskowe, ale tysiące kilometrów kwadratowych skarłowaciałych roślin i kaktusów. Tętniącą życiem pustynię zamieszkują jaszczurki, węże, kojoty, szakale i kuguary. Nowoczesnym odkrywcą Phoenix w drugiej połowie 19. stulecia był angielski podróżnik i badacz o nazwisku brzmiącym miło nam, Polakom: lord Darrell Duppa. Przybył z Anglii i zamieszkał wśród kowboi. Podobno rodzice jego wyjątkowo nie lubili swojego syna, ale chętnie mu przesyłali wsparcie pieniężne, aby tylko nie wracał do domu. Otóż lord Duppa, dotarłszy do Doliny Słońca, stwierdził, że była tu niegdyś osada indiańska, która zginęła w tajemniczym pożarze ok. 700 lat wcześniej. Badacz doszedł do wniosku jednak, że dolina ta posiada walory mikroklimatyczne i ściągnie masy osadników, a życie tu odnowi się, jak egipski feniks z popiołów. Stąd nazwa. Również jego lordowskiej mości przypisuje się nazwę miasta uniwersyteckiego Tempe, którego położenie bezpośrednio pod niskim, ale stromym wzgórzem przywołało w lordowskiej wyobraźni skojarzenie z mitologiczną Doliną Tempe. Na stokach wzgórza, zwanego dziś Tempe Butte, wznoszącego się nad stadionem drużyny Sun Devils i widocznego z całego terenu uniwersytetu, wylana jest gigantycznych rozmiarów betonowa litera A, oznaczająca Arizonę. Z Phoenix wystarczy pojechać około dwóch godzin na północ, a krajobraz zmienia się nie do poznania. Kiedy samochód wdrapie się wygodną autostradą siedemnastką na wysokość naszych Tatr, znikają kaktusy, a ich miejsce zajmują lasy iglaste. Wszędzie dominują góry. Na wschód można dojechać do Gór Superstition, gdzie do dziś żywa jest legenda o zaginionym Holendrze, który poszedł w góry w poszukiwaniu kopalni złota i nigdy nie wrócił. Widziane z drogi, przejmują swym kształtem fantastyczne skały, wyrastające wprost z ziemi, u stóp gór. Jeżeli zjedziemy z głównej szosy w bok, wjeżdżamy w teren przepiękny widokowo. Mijamy wielkie jezioro Canyon Lake, całkowicie otoczone wysokimi skałami. W lecie jego plaża zapełnia się setkami biwakujących rodzin. Dalej stara osada Tortilla Flat, zagubiona w głębokiej dolinie. Na drzewcu wisi kukła wisielca. Przy drodze liczne rekwizyty dawnych poszukiwaczy złota i przybita na deskach do pali historia o zaginionym Holendrze. Nad nami wznosi się naga skała w kształcie amfiteatru. Dalej jeżdżą już tylko nieco odważniejsi, bowiem dwa kilometry za Tortilla Flat kończy się asfalt, zaczyna wąziutka żwirówka i karkołomny zjazd nad przepaścią, Szlakiem Apaczów, aż na sam dół kanionu. Szerokość żwirówki wystarczy na jeden samochód, ale co kilkaset metrów droga rozszerzasięnatyle,żebydwasamochodymogłysięwyminąć. Zlewejstrony nie ma żadnych barierek. Nad nami piętrzą się skały, jak zamczyska, z wysokości kilkuset metrów spływają wodospady. A na samym dnie kanionu stoi mostek nad przejrzystym, cichym strumykiem. Byłem tam niegdyś świadkiem sceny, gdzie kobieta wyszła z samochodu drżąc. Powiedziala, że jej chłopak prowadził, a ona leżała skulona ze strachu na tylnym siedzeniu z zamkniętymi oczyma… Na jej szczęście, powrót nie musiał się odbywać tą samą drogą. Od dna kanionu, żwirówką można dojechać już łagodnie, aż do samej zapory i powrócić do Phoenix inną autostradą. Nieco bardziej na północ od Phoenix, za eleganckim i zasobnym Scottsdale,mieściła się za moich czasów atrakcja dla turystów i stałych mieszkańców, zwłaszcza tych z małymi dziećmi. Na pustyni powstało filmowe miasteczko Rawhide, coś w rodzaju skansenu dzikiego Zachodu, z walkami kowbojskimi, przejażdżkami dyliżansem, licznymi sklepami pamiątkarskimi i restauracjami. Wszystko to w cieniu dzikich gór McDowell, z których najbardziej charakterystyczny kształt ma Pinnacle Peak stożek z “cyckiem” skalnym u samego wierzchołka. U jego zboczy rozciągają się pałace milionerów, ultraeleganckie restauracje i ekskluzywne kluby. Kiedy kilka lat temu byłem służbowo w Phoenix i chciałem koledze pokazać Rawhide, okazało się, że zostało przeniesione w zupełnie inne miejsce, na południe od miasta. Mam nadzieję, że zachęciłem niektórych do zwiedzania moich niegdyś “rodzinnych” stron.
Poleć:

O Autorze:

Witold Liliental

Urodzony w Polsce, dorastający w Południowej Afryce, inżynier metalurg z zawodu (dyplom z Polski) i dziennikarz, propagujący tolerancję rasową, szczególnie aktywny w obalaniu stereotypów i uogólnień, popularyzator historii Polski i osiągnięć Polaków w starym kraju i na świecie, recenzent wydarzeń kulturalnych i książek.

Comments are closed.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.