Niebezpieczne zabawki

0
Z cyklu: Przemyślane pod prysznicem Kiedy w grudniu 1981 r. Polska pogrążyła się w mroku stanu wojennego, jedna z chicagowskich gazet zamieściła całostronicową reklamę, opłaconą przez National Rifle Association (NRA): “Tak dzieje się w kraju, którego obywatele nie mają prawa posiadania broni”. Można by gorzko zaśmiać się z tej bredni, wyobrażając sobie Polaków broniących siebie i Polski z ręcznymi pistoletami i może nawet karabinami przed (własnym) wojskiem, wyposażonym w czołgi i transportery opancerzone. Ale przecież reklamodawca nie interesował się prawdą, ani historią, a adresaci reklamy też nie orientowali się dostatecznie, by zrozumieć absurd. Po prostu sytuacja w Polsce stała się pretekstem do wzmożenia wysiłków w celu przekonania nie do końca przekonanych obywateli Stanów Zjednoczonych, że posiadanie broni, to nie tylko ich niezbywalne prawo, ale i konieczność. Bo handel bronią, to gigantyczny biznes. Już wiele lat temu czytałem statystyki dotyczące śmierci z broni palnej w kilku krajach europejskich i Stanach Zjednoczonych. Nie pamiętam już liczb, ale wówczas podzieliłem je przez populacje wszystkich tych krajów i wyszło, że śmiertelność spowodowana bronią palną jest w USA od 10 do 15 razy wyższa, niż gdziekolwiek w Europie. To chyba jednak nie przekona przeciętnego Amerykanina, który od dziecka ma wkładane do głowy, że prawo noszenia broni, przyznane przez drugą poprawkę do Konstytucji, stanowi gwarancję jego swobód obywatelskich. Do tego prawa przywiązany jest emocjonalnie i każde wezwanie do wprowadzenia kontroli posiadania broni traktuje jak zamach na swoją wolność. Przez dwieście lat nikt nie odważył się nałożyć jakiegokolwiek ograniczenia na swobodny dostęp do broni. Amerykanie mogli wejść do sklepu i wyjść z pistoletem. Nieśmiałe sugestie regulacji handlu bronią, przeważnie ze strony Demokratów, zagłuszane były natychmiast przez kręgi republikańskie, tradycyjnie popierające NRA, która jest jedną z najsilniejszych grup nacisku w Waszyngtonie. Dopiero gdy Bill Brady sekretarz prasowy Ronalda Reagana został ciężko raniony podczas próby zamachu na prezydenta i na resztę życia przykuty do wózka inwalidzkiego, jako pierwszy Republikanin zrozumiał i dokonał przełomu w sposobie myślenia ludzi i władz. Zaapelował on o zmiany w ustawodawstwie. Ustawa “Brady Law”, uchwalona w 1993 r., założyła, że każdy kupujący broń musi być prześwietlony środowiskowo w przeciągu pięciu dni, zanim dostanie do ręki broń, która też będzie rejestrowana. Prawo prawem, a życie życiem. W większości stanów można praktycznie załatwić kupno broni palnej w przeciągu jednego dnia, a na giełdach pistoletowych, tzw. “gun shows”, prześwietlenie środowiskowe potencjalnego nabywcy może trwać nawet mniej niż godzinę. W ubiegłym tygodniu red. Małgorzata Bonikowska słusznie zastanawiała się, po co zwykłym obywatelom broń palna. Mogę tylko przyklasnąć, bowiem widzę ten problem w całej swej jaskrawości tak samo. Usiłowano mnie kiedyś przekonać następującym argumentem: Wprowadzamy prawo nakazujące wszystkim obywatelom oddać władzom posiadaną broń. Wszyscy uczciwi obywatele oddadzą, ale bandziory, rzecz jasna, nie. I czym wtedy będziemy się przed nimi bronić? Mnie to jakoś nie przekonuje. Bandyta włamywacz jest bardziej opanowany, przygotowany, właściciel domu przeważnie zaskoczony, więc trudno mi uwierzyć w dużą skuteczność obrony. Policjanci amerykańscy, zabierający głos w dyskusjach publicznych, przyznają jednak,że przytłaczająca większość zabójstw z broni palnej,tonie zbrodnie planowane, ale tzw. zabójstwa w afekcie. Popełniane często przez spokojnych, do danej chwili obywateli, którzy czymś zostali doprowadzeni do szału i w zapamiętaniu sięgnęli po ostateczny “argument”. Zdarza się to nawet w rodzinach, w wyniku awantur. W Ameryce ukuto kilka lat temu wyrażenie “to go postal” określające serię zamachów z bronią palną na urzędy pocztowe i byłych kolegów przez pracowników zwolnionych z pracy, uważających siebie za pokrzywdzonych. Kto by ich wcześniej uważał za kryminalistów? Do chwili, kiedy szczyt frustracji doprowadził ich do popełnienia masakry, byli spokojnymi obywatelami. Gdyby nie mieli łatwego dostępu do broni wiele ludzkich istnień byłoby uratowanych. Wreszcie, są ludzie chorzy psychicznie, którzy planują zbrodnię. Nie tak, jak Breivik w Norwegii, z pobudek chorej politycznej ideologii, ale chcący zaistnieć medialnie, przeżyć dreszcz emocji patrząc, jak z ich ręki giną ludzie całkiem im nieznani, przypadkowi. Za każdym razem, kiedy masakra taka ma gdzieś miejsce i odzywają się głosy, żeby wreszcie ograniczyć dostęp do broni palnej, presja i propaganda NRA jest tak silna, że zagłusza te wołania. A co jakiś czas świat dowiaduje się o kolejnej masakrze. Po tym, jak szereg lat temu młodociany morderca zabił kilkunastu uczniów amerykańskiej szkoły Columbine, reżyser Peter Moore stworzył wybitny film dokumentalny “Bowling for Columbine” (polski tytuł: “Zabawy z bronią”), traktujący o amerykańskiej kulturze strzelania. Jednak i on nie spowodował zmian w kwestii dostępu do broni. Co jakiś czas dowiadujemy się o kolejnych zamachach dokonanych na studentach uczelni, w szkołach i na publicznych zgromadzeniach. W Tucson, w stanie Arizona, na wiecu politycznym szaleniec zabił szereg niewinnych osób i ciężko ranił w głowę kongresmenkę, która cudem uszła z życiem, ale wymagała wielomiesięcznej rehabilitacji. W ostatnim tygodniu cały świat z przerażeniem przyjął wieść o kolejnej masakrze. Sprawca, ponoć świetnie zapowiadający się młody naukowiec, zabił dwanaście osób i ciężko ranił pięćdziesiąt, strzelając na oślep w kierunku widowni w kinie w Aurorze koło Denver, podczas premierowej projekcji filmu o Batmanie. W chwili, gdy to piszę, nieznana jest jeszcze motywacja zbrodni. Wygląda na to, że sprawca w swojej chorej wyobraźni utożsamił się z postacią Jokera. Jakakolwiek nie byłaby przyczyna, popychająca go do tak okrutnej zbrodni, jego ofiary żyłyby nadal spokojnie, gdyby on nie mógł z taką łatwością zaopatrzyć się w kilka sztuk broni. Przecież nikomu by do głowy nie przyszło odmówić obywatelowi sprzedaży. Szczytem głupoty moim zdaniem wykazał się pewien republikański kongresmen, który wyraził ubolewanie, że w kinie nikt nie miał przy sobie jakiejś spluwki, żeby móc się bronić. Lepiej sobie nie wyobrażać, co byłoby, gdyby tak widzowie zaczęli “w obronie” strzelać po ciemku. A może, gdyby dzieciaki w szkole Columbine miały broń, to by się obroniły przez zamachowcem? Przecież ona ma być narzędziem obrony! Idąc śladem absurdu, może każdy pasażer samolotu powinien obowiązkowo nosić w kieszeni pistolet, żeby móc się bronić przed terrorystą? Ile jeszcze trzeba śmierci niewinnych ludzi, żeby zmienić mentalność w tym skądinąd wspaniałym kraju?
Poleć:

O Autorze:

Witold Liliental

Urodzony w Polsce, dorastający w Południowej Afryce, inżynier metalurg z zawodu (dyplom z Polski) i dziennikarz, propagujący tolerancję rasową, szczególnie aktywny w obalaniu stereotypów i uogólnień, popularyzator historii Polski i osiągnięć Polaków w starym kraju i na świecie, recenzent wydarzeń kulturalnych i książek.

Comments are closed.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.