Katastrofa Smoleńska oczyma naukowca – lotnika (2)

32
Urszula Madej-Wojnarowicz i Witold Liliental rozmawiają z prof. Pawłem Artymowiczem Rozmawiamy z profesorem Pawłem Artymowiczem, fizykiem i astrofizykiem z University of Toronto, który dokonał symulacji ostatnich sekund zakończonego tragicznie lotu Tupolewa. Wyniki tej symulacji czyli trajektoria lotu, miejsce opadnięcia urwanego skrzydła, itp., zgadzają się z rzeczywistymi faktami stwierdzonymi na miejscu katastrofy. Dzisiaj dokończenie z poprzedniego tygodnia. W.L.: Mówimy tu o dwóch wybuchach, a oni, zdaje się, oparli to na zapisach ścieżki dźwiękowej czarnej skrzynki, które zarejestrowały dwa huki. Ale przecież nie trzeba być profesorem fizyki, żeby rozumieć, że wybuchom zawsze towarzyszy gwałtowny wzrost ciśnienia. Czy takie parametry zostały zarejestrowane? P.A.: Parametry zarejestrowane nie zgadzają się z teorią zamachową! Nie było żadnych skoków ciśnienia zarejestrowanych przez przyrządy. W.L.: A skoro nie było, to nie ma żadnych dowodów na wybuch? P.A.: Dokładnie tak bym to ujął i rozszerzył, nie ma takich dowodów w żadnych zapisanych parametrach ani śladach na ziemi. To, co widzą członkowie zespołu Macierewicza w zapisach parametrów nie zgadza się z tym, co widzą inni naukowcy. Bo oni dosłownie wszędzie widzą jakieś ślady zamachu albo fałszerstwa. U.M.W.: Czy wobec tego środowisko naukowe nie powinno reagować mocniej na tego typu teorie? P.A.: Powinno i coraz bardziej myślę, że będzie reagować, to znaczy, liczę na to, że w Polsce będą organizowane konferencje naukowe w tej sprawie, spokojnie i apolitycznie podchodzące fachowo do zagadnienia, merytorycznie rozpatrujące tę sprawę. Nie mam wątpliwości, że wówczas nareszcie ktoś kompetentnie zaprzeczy tym teoriom zamachowym, natomiast tak, jak jest teraz, naukowcy i inżynierowie wypowiadają się, ale wolą to robić anonimowo na portalach, na forach, obawiając się personalnych ataków.  

Symulacja lotu prof. Artymowicza

W.L.: Wracam znowu do feralnej brzozy: przecież w tym przełomie znaleziono elementy aluminiowe, pochodzące ze skrzydła. P.A.: Tak. Zaświadczają o tym nie tylko stwierdzenia w raportach, ale także potwierdzają to członkowie komisji Millera, na przykład na niedawnym spotkaniu w Kazimierzu Dolnym pokazywali zdjęcia z aluminium tkwiącym w drewnie. Były to zdjęcia zrobione przez polską komisję, przez polskich prokuratorów w dzień po katastrofie.
W.L.: I co na to mówi zespół Macierewicza? P.A.: Zespół Macierewicza oficjalnie stara się to ignorować, a w dyskusjach na Internecie jego eksperci poddają to w wątpliwość. Twierdzi się, niezgodnie zresztą z prawdą, że polska komisja przejęła wszelkie wnioski, jak i wyniki badań od komisji rosyjskiej i że nie prowadziła własnych badań. Niestety, przydałaby się tutaj lepsza polityka informacyjna, którą powinien się zająć rząd polski. Ale komisja Millera już dawno nie istnieje i właściwie nie ma mocy wypowiadania się, nie ma również już danych, które przekazała Naczelnej Prokuraturze Wojskowej, toczącej jeszcze śledztwo.

Rzeczywisty tor schodzenia i prawidłowa ścieżka

U.M.W.: Pan krytykował niektóre wnioski komisji Millera, podobnie jak i prof. Kleiber. P.A.: Krytykowałem kilka aspektów. Oczywiście, były niedociągnięcia. Jak inaczej można nazwać fakt, że w raporcie polskiej komisji znajdujemy zdjęcia robione nie przez nich, tylko przez rosyjskiego fotoamatora Siergieja Amielina. To był błąd, ale, jak tłumaczą członkowie komisji, spowodowany tym, że osobie, która montowała ten raport, scalała wszystkie przyczynki od wszystkich członków komisji, te zdjęcia wydały się wyraźniejsze. Polska komisja ma setki swoich zdjęć, natomiast rzeczywiście, nie powinno się stosować zdjęć ściągniętych z Internetu spoza komisji, jak się pisze własny raport. Również to, że nie zrobiono symulacji fizycznych jest pewnym niedociągnięciem, które ja widziałem jako błąd; może teraz już bym tego tak nie nazwał. Po sesji w Kazimierzu Dolnym rozumiem bowiem, jak podchodziła do tego komisja. Dla nich to, co się zdarzyło za brzozą, także wszystkie szczegóły zderzenia skrzydła z brzozą, nie były zasadniczą częścią wypadku. Dla nich zasadniczym celem było sprawdzenie, czy samolot był sprawny przed uderzeniem w brzozę, co doprowadziło do tego, że zbliżył się tak bardzo do ziemi i zaczął ścinać wierzchołki drzew jeszcze setki metrów przed feralną brzozą, dlaczego zszedł poniżej minimalnego poziomu 100 metrów. To należało do ich zadań i oni te zadania wykonali poprawnie. W ogóle nie zajmowali się takimi szczegółami, jak symulacja naukowa tego, co się stało za brzozą. Ale jeżeli można taką symulację zrobić, to myślę, że to teraz należy właśnie do naukowców takich jak ja, by te uzupełniającą analizę wykonać.
U.M.W.: Czego jeszcze nie zrobiono w kwestii wyjaśnienia przyczyn katastrofy? P.A.: Otóż następnym błędem było to, że nie oddano natychmiast próbek drewna brzozy do analizy i potwierdzenia chemicznego, że materiał, który w niej tkwi, to aluminium i farba naszego Tupolewa. Również można było przebadać urwaną końcówkę skrzydła. Skrzydło urwało się i poleciało za brzozę i ta część została znaleziona w całkiem dobrym stanie jakieś 100 m dalej. Członkowie komisji Milera znaleźli miejsce przełomu, a w nim dużo trocin brzozy. Oczywiście, wszystko się pokrywa, tylko że przewidując teorie spiskowe, gdyby oni mieli trochę więcej wyobraźni,zwłaszczabiorącpod uwagę możliwe upolitycznienie sprawy, jakie nastąpiło, powinni byli natychmiast wykazać w sposób jeszcze bardziej oczywisty, że to jest drewno z tej brzozy, a to szczątki polskiego samolotu.

Komputerowa symulacja półobrotu po zderzeniu z brzozą wg prof. Artymowicza

U.M.W.: Czy po zderzeniu z brzozą piloci byli jeszcze w stanie poderwać maszynę do góry, czy już nie? P.A.: Brzozę nazywa się feralną całkiem słusznie. Gdyby do zderzenia z terenem doszło albo wcześniej, przed brzozą, albo gdyby samolot leciał 5 m wyżej, być może byłaby katastrofa, ale samolot nie spadłby odwrócony do góry podwoziem i wówczas byłaby pewna szansa, że niektórzy pasażerowie przeżyliby. Kiedy samolot uderzył w brzozę i oderwała się jedna trzecia długości skrzydła lewego, piloci nie mieli najmniejszych szans, żeby skontrować to, by zapobiec obrotowi, mimo że usilnie próbowali. Wszystko to, co robili po uderzeniu w brzozę, a analizowałem te parametry bardzo dokładnie z punktu widzenia pilota, robili wszystko idealnie, ale sytuacja już była wtedy beznadziejna, ten samolot był skazany na półobrót i w związku z tym na zderzenie się z ziemią z prędkością pionową 80 km/h i poziomą 250 km/h, co powodowało, że dach samolotu został błyskawicznie zmiażdżony, a pasażerowie zostali to drastyczne sformułowanie roztarci o grunt i drzewa.
W.L.: Powiedział Pan “gdyby komisja Millera miała więcej wyobraźni…”. Ja byłem wtedy w Warszawie i wiem, że teorie spiskowe powstawały już w kilka godzin po katastrofie. Oni musieli chyba zdawać sobie z tego sprawę, a jednak nie interesowali się tym, co stało się od momentu uderzenia w brzozę. Ale Pan przedstawił Naczelnej Prokuraturze Wojskowej swoje wyniki symulacji. Czy one w jakiś sposób wpłyną na zainteresowanie się tym, co było za brzozą, chociażby po to, by odrzucić te wszystkie oskarżenia? P.A.: Ja przedstawiłem najpierw swoje wnioski inżynierom lotniczym i oni się z nimi ogólnie zgadzają. Zostało to dobrze przez nich przyjęte. Oczywiście nie wiemy, jak Prokuratura wykorzysta moje informacje, które za parę dni przekażę w całości. Korzystają tam z opinii swoich biegłych, w sumie 17, z tego, co słyszałem, którzy są w stanie przeprowadzić analizę techniczną; część z nich robi obliczenia podobne do moich. Będzie bardzo dobrze, kiedy oni zestawią swoje wyniki z moimi, zobaczą, czy to się zgadza i sformułują wnioski. Nie wiemy, kiedy zakończy się śledztwo, ale nie mam najmniejszych wątpliwości, że te dwa zbiory wyników, czyli biegłych i moje, będą zasadniczo takie same, ponieważ fizyka jest jedna. Nie można proponować, że samolot po urwaniu jednej trzeciej skrzydła jest sterowny, odlatuje sobie bezpiecznie z pasażerami, lub jakieś takie absurdalne wnioski, które czasami słyszymy. Porządna analiza naukowa, którą się zestawia z faktami na ziemi, musi potwierdzić wszystko. Było dużo różnych wersji spiskowych, było “obezwładnienie samolotu” na wysokości 15 m, żeby posłużyć się słowami posła Macierewicza. Są to rzeczy, które się pojawiają, później są obalane przez naukowców i inżynierów i wówczas one tak, jakby schodziły na drugi plan, a po miesiącu pojawia się następna hipoteza zamachowa.

Ostatnie sekundy lotu z zaznaczeniem pozycji, sygnałów i komend. Linia 0 oznacza poziom pasa startowego.

W.L.: Czy po przedstawieniu Prokuraturze swoich wyników może Pan być pociągany do zeznawania, jako ekspert przed jakimś trybunałem? P.A.: Nie, dostałem oficjalny list z Prokuratury, że nie jestem świadkiem, od którego można wymagać zaprzysiężonych zeznań. Ja jestem autorem prywatnej ekspertyzy i mam inny status. W.L.: Niektóre ośrodki w Polsce oskarżały Pana o uchylanie się od rozmowy z zespołem posła Macierewicza. Czy może Pan to skomentować? P.A.: Poseł Macierewicz zwrócił się do mnie w bardzo dziwny sposób. Po pierwsze, nie bezpośrednio, tylko zorganizował konferencję prasową, na której oświadczył, że ja jakoby uchylam się od dyskusji merytorycznej z jego ekspertami, w związku z czym on zaprasza, jako tę osobę uciekającą od dyskusji, na zebranie jego zespołu. Ja podziękowałem za zaproszenie i odpowiedziałem, że nie przyjdę dlatego, że w tym dniu byłem zajęty rozmowami w Prokuraturze, a ponadto, że ja kwestionuję fachowość zespołu Macierewicza. Jest to zespół 180 ludzi, z których żaden nie jest inżynierem lotniczym, żaden nie jest pilotem, i jest to właściwie klub dyskusyjny, bardzo polityczny, w dodatku jednej tylko partii. Uważam, że w takim gronie dyskusja w sposób nieunikniony będzie tylko i wyłącznie o polityce, a nie merytoryczna. Więc oprócz tego, że w tym czasie miałem już inne spotkanie, uznałem, że nie jest to dobre forum do dyskusji fachowej. Lepszym forum do dyskusji merytorycznej jest forum niezależnych publicystów, czyli Salon24.pl, i tam, muszę powiedzieć, że miałem okazję nawet kilka dni temu dyskutować na tematy naukowe z dr. Nowaczykiem, który jest członkiem zespołu Macierewicza. Jednak te dyskusje zwykle, tak, jak ta sprzed kilku dni, urywają się dość szybko, ponieważ to właśnie dr Nowaczyk zniknął i unika odpowiedzi na pytania, a nie ja. Ja publicznie zadawałem pytania prof. Biniendzie już od 10 miesięcy i do tej pory nie mam odpowiedzi na moje pytania.
U.M.W.: Ale zespól Macierewicza twierdzi inaczej i zapowiada, że już niedługo opublikuje swoje końcowe wyniki. W.L.: A ja dodam do tego, że ten zespół również wyjątkowo “grzecznie” Pana zapraszał. P.A.: Tak, tak, to było dość dziwne zaproszenie (uśmiech). Jego forma obliczona była na to, żebym tylko broń Boże nie przyszedł. To było coś w rodzaju: “Prosimy bardzo profesora Artymowicza, żeby już więcej nie uciekał, nie bał się, nie tchórzył” itd. Stwierdzono tam, że wielokrotnie sam poseł Macierewicz jak i prof. Binienda zapraszali mnie do dyskusji z nimi. To było kłamstwem. U.M.W.: A potem wzywali? P.A.: Użyli słów: “wzywamy do stawienia się”, czyli jakby wcielili się jakoś za bardzo w rolę prokuratorów, albo zapomnieli o tym, że ich zespół jest klubem poselskim i nie ma żadnych takich uprawnień. W.L.: W pewnych ośrodkach Polonii amerykańskiej rozpoczęła się ostatnio kampania zbierania podpisów pod petycją do prez. B. Obamy o umiędzynarodowienie śledztwa dotyczącego Smoleńska. Jak zauważyli obserwatorzy, w petycji tej roi się od żenujących błędów językowych, ale mniejsza z tym. Czy sądzi Pan, że istnieje potrzeba powoływania międzynarodowej komisji do weryfikowania ustaleń polskiej komisji i czy strona amerykańska przejmie się taką petycją? P.A.: Tam jest jeszcze jeden szczegół techniczny, że prawdopodobnie petycje do prezydenta USA mogą pisać tylko obywatele amerykańscy, natomiast w większości podpisali ją obywatele polscy, więc w ogóle nie jest jasne, czy ta petycja nie zostanie wyrzucona do kosza. Uważam, że Amerykanie pominą ją, dlatego, że oficjalnie już wypowiadali się na temat tej katastrofy i nie ma powodów, żeby nagle zmienili zdanie. Jeśli chodzi o to, czy dobrze byłoby powoływać jakąś międzynarodową komisję, która będzie poza organami polskimi badać przyczyny katastrofy, to jest to ze względów prawnych niemożliwe (m.in. wymagałoby zgody Rosjan), a również byłoby policzkiem wymierzonym polskiemu środowisku naukowo-technicznemu. Byłyby zignorowane instytucje państwa, którego obowiązkiem jest badać ten problem. Gdyby obcy rząd zaangażowałby się w wyjaśnianie sprawy, w chwili kiedy prokuratorskie śledztwo polskie, zresztą i rosyjskie też, nie są zakończone, byłoby to pogwałceniem prawa międzynarodowego. I żaden prezydent na takie coś nie zdecyduje się. Zwracać się do obcego państwa o zaprzeczenie raportom instytucji swojego państwa jest w ogóle dość powiedziałbym ekstremalnym zachowaniem.
W.L.: Powtarzany jest zarzut, że Rosjanie mają wrak Tupolewa i naszą czarną skrzynkę i my nie mamy dostępu do oryginalnych zapisów. Czy może Pan to skomentować? P.A.: Rzeczywiście nie mamy wraku, ale słyszałem, że Rosjanie już zapraszają polską stronę do rozmów na temat jego przekazania, więc zapewne za kilka miesięcy ten wrak będzie w Polsce i myślę, że to jest przewidziane przez Prokuraturę Wojskową, która obecnie toczy postępowanie. Jeżeli chodzi o rejestratory, o czarne skrzynki, to były one wydobyte z błota smoleńskiego z udziałem polskich prokuratorów wojskowych, którzy przybyli do Smoleńska po południu 10 kwietnia i one pozostawały niedotykane, niewyciągane, nikt w nie nie ingerował aż do przybycia polskich śledczych, w obecności których wyciągnięto je z błota. Zostały wzięte do Moskwy, przy czym przez cały czas obecni byli Polacy. Jest standardową procedurą w przypadku wypadków lotniczych, że nigdy nie odczytuje się w kółko oryginału, ponieważ można by go uszkodzić. Więc po skopiowaniu, oryginały zapisów rejestratorów zostały zamknięte w sejfie i opieczętowane polskimi pieczęciami. Okazuje się, że zapisy polskich i rosyjskich rejestratorów (ponieważ były osobne skrzynki zapisów parametrycznych, z których jedna były możliwa do odczytania tylko w Rosji, a druga tylko w Polsce) są zgodne. Więc nie ma tu wątpliwości, co do ich zawartości. Również ścieżka dźwiękowa z kokpitu była wielokrotnie analizowana przez 5 różnych zespołów biegłych, ostatnio Instytut Audiologii im. Sehna, który potwierdził autentyczność zapisów. Dlatego i tu nie ma najmniejszego rzeczowego dowodu na jakiekolwiek fałszerstwo lub tezy wysuwane często przez zwolenników teorii zamachowych. U.M.W.: Czyli należy sądzić, że katastrofa była spowodowana głównie błędem człowieka? P.A.: Tak, to były głównie błędy ludzkie, natomiast to nie był jeden człowiek. Złożyło się na to m.in. złe szkolenie pilotów, czego przyczyn można szukać wiele lat przed katastrofą, jak już mówiłem. Podobne błędy wyszkolenia spowodowały katastrofę w Mirosławcu dwa lata wcześniej. Dołożyły się do tego błędy w organizacji całej tej wyprawy. Wiemy, że Rosjanie starali się przekonać, żeby nie lecieć do Smoleńska, tylko na inne, bardziej według nich odpowiednie lotnisko. Polskie MSZ zrezygnowało z obecności rosyjskiego nawigatora w samolocie. Liczne drobne błędy złożyły się na cały łańcuch przyczynowy. Doszły też oczywiście grube błędy w podejmowaniu decyzji przez pilotów. Piloci, jak stwierdziły komisje techniczne, lecieli sprawnym samolotem i tylko od nich zależało, czy będą się zniżać poniżej ustalonej minimalnej wysokości, czy nie. Oni podjęli decyzję, żeby z takich, czy innych względów zniżyć się, a zatem jest to głównie błąd ludzi, nie maszyny. Zabrakło też załodze wiedzy o tym, że lecieli bez szans na sprawne odejście od lądowania, w razie takiej potrzeby, która naturalnie zaszła na małej wysokości, a to dlatego, że obrano za duży kąt zniżania przy którym silniki pracowały na za małych, nieprzepisowo małych obrotach. Takich niepoprawnych działań komisje udokumentowały niestety bardzo wiele.
U.M.W.: Czy według Pana z ta załoga, która leciała, była zgrana? P.A.: Z pewnością nie. Wiem o tym, że była kompletowana w ostatniej chwili, a na przykład nawigator, który mógł odegrać bardzo ważną rolę w korygowaniu błędów swoich kolegów, miał bardzo małe doświadczenie. W tym locie był praktycznie uczniem. Jego osobiście zarekomendował do lotu dowódca statku, ale on praktycznie nie pomagał tej załodze. Nie było w załodze takiej współpracy, którą nazywa się po angielsku “crew resource management”, a jest podstawą, wpajaną pilotom cywilnych linii lotniczych. Chodzi o rodzaj współpracy. Ponieważ lecenie Tupolewem jest to praca dla kilku osób, które muszą umieć ze sobą bardzo sprawnie współpracować. Natomiast według mnie, na kpt. Protasiuka, który jak na pilota wiozącego prezydenta i generalicję miał według mnie znacznie za małe doświadczenie w dowodzeniu załogą TU-154M, spadło za dużo obowiązków. Tzn. on jakby sam na siebie je przejął, a to po prostu przekroczyło jego możliwości kontrolowania sytuacji i to na pewno przeszkodziło mu w poprawnym podejmowaniu decyzji.
U.M.W.: Czy naziemna załoga rosyjska kontroli lotniska też mogła popełnić błędy?
P.A.: Mogło tak być. Być może zgodnie z ich procedurą zareagowali zbyt późno. Nie wiemy tego, bo Rosjanie nie udostępniają nam wszystkich szczegółów procedur, jakie obowiązują ich wojsko na tym na wpół czynnym lotnisku wojskowym. Jednak nawet jeśli tak się stało, że pewne komunikaty i ostrzeżenia wydali nieco za późno, musimy jednocześnie pamiętać o kilku rzeczach. Cała komunikacja głosowa pomiędzy punktem dowodzenia a Tupolewem była złamana już dużo wcześniej przez załogę polską, która nie odpowiadała na komunikaty z ziemi, po prostu ignorując je. Były co najmniej dwa powody. Po pierwsze, piloci nie podchodzili wobec standardowego na tym lotnisku podejścia na dwie radiolatarnie, tylko używali swojego wlasnego schematu podejścia i jego technik takich, jak utrzymywanie nisko nad ziemią automatyki zarówno kierunku lotu jak i ciągu silników (to jest eksplicite zabronione w podejściu na dwie radiolatarnie). Po drugie, jedynym człowiekiem, który znał język rosyjski, był dowóda statku, który nie powinien rozmawiać z kontrolą lotów, tylko inny członek załogi. Natomiast dowódca statku przejął na siebie rozmowy. Był jednak tak przeciążony, że może z tego względu nie chciał już z nimi rozmawiać, nie odpowiadał więc, nie “kwitował wysokości”, czyli łamiąc procedurę nie podawał, jaka jest wysokość samolotu. Wysokość ta była zresztą źle znana i załodze i obsłudze naziemnej (np. polski nawigator niepoprawnie używał radiowysokościomierza, zamiast wysokościomierza ciśnieniowego). Na lotnisku był niedokładny radar, mogący powiedzieć, z jakiego kierunku nadlatuje samolot znacznie lepiej, niż wyznaczyć jego wysokość. To były wszystko okoliczności, które sprzyjały zajściu katastrofy. U.M.W.: Czy Pan profesor uważa, że strona rosyjska jest trudnym partnerem w rozmowach dotyczących wyjaśnienia przyczyn tej katastrofy? P.A.: Opieram się na niedawno wydanej książce Edmunda Klicha. Opublikował on wspomnienia z dni po katastrofie. Podkreśla, że do pewnego momentu współpraca była bardzo dobra. Natomiast później się załamała. Było to spowodowane wieloma rzeczami. Między innymi decyzją polskiego rządu, żeby zbyt wcześnie opublikować zapis ścieżki dźwiękowej, co było niezgodne z załącznikiem 13 Konwencji Chicagowskiej. Rosjanie wówczas przyjęli twardszą dużo linię, dawali tylko to, co muszą i nic poza tym. Nie byli już tak otwarci, ponieważ według nich doszło do jakiegoś tam złamania procedury przez Polaków i zaczęły się trudności. Współpraca komisji polskiej z rosyjską na pewno nie była łatwa. U.M.W.: A na pewno sytuację pogarszał zespół Macierewicza i zachowanie pewnej grupy politycznej w Polsce. P.A.: Niewątpliwie tak, jeśli chodzi o rząd Rosji. Ale podejrzewam, że w Rosji jest frakcja, której polskie rozłamy i kłótnie polityczne bardzo odpowiadają. Oni muszą być z działań komisji Macierewicza bardzo zadowoleni. W.L.: Czy fakt, że na całym świecie wysokość lotu określa się w stopach, a tylko w Rosji w metrach mogła mieć jakiś wpływ na pomylenie parametrów?
P.A.: Z pewnością nie. Oprócz Rosji, również używa się metrów także w polskim lotnictwie wojskowym, a w samolocie rządowym były wysokościomierze obu rodzajów. Kwestia mylenia stóp i metrów wypłynęła w inny sposób. Mianowicie, w pewnym momencie członkowie załogi mówią nawigatorowi, który powinien najlepiej wiedzieć o tym wszystkim: “tylko pamiętaj, że mówimy w metrach, nie w stopach”. To wskazuje na to, że nawigator był słabo wyszkolony i załoga nie mogła na nim polegać. Ale pomyłki metrów i stóp na podejściu nie było. W.L.: No, ale jeśli jemu ktoś z załogi tak mówił, to sugeruje, że on miał styczność z mierzeniem wysokości w stopach. P.A.: Tak, bo oni zwykle latali na lotniska zachodnie, z systemem lądowania instrumentalnego i tam się absolutnie używa stóp. Dlatego nawigator bardziej myślał o stopach i nawet raz pomylił się podając wysokość w stopach, zamiast w metrach. Ale to nie było bezpośrednią przyczyną katastrofy. Wysokości podawano na ostatniej prostej bez wyjątku w metrach. W.L.: Pan profesor wspomniał o Konwencji Chicagowskiej. I tu znów mamy kontrowersje, ponieważ jedna strona powtarza, że to właśnie była zdrada, bo można było przyjąć inną umowę, która miała Polsce lepiej służyć.. P.A.: Nie mogę tego autorytatywnie skomentować. Słyszałem, że była dwustronna umowa z Rosją z 1993 r., jednak ona dotyczyła wyprowadzania się wojsk rosyjskich z Polski, wojskowych transportów lotniczych przez Polskę, to nie była taka pełnoprawna konwencja. Ona na pewno nie zastępowała chicagowskiej i chyba do takiego samego wniosku doszli specjaliści rządu polskiego i to zostało przyjęte. Od momentu, w którym to zostało przyjęte, można pytać tych, którzy podjęli taką decyzję, ale już nie można kwestionować postanowień aneksu 13. W.L.: Czy chciałby się Pan spotkać z prof. Biniendą? P.A.: Zależałoby mi na dyskusji merytorycznej w kwestiach techniczno-lotniczych, mówię oczywiście o kontaktach publicznych, na konferencjach. Oczywiście, moglibyśmy porozmawiać też na zasadzie publicystyki, czyli spotkać się w jakimś studio. Natomiast nie interesuje mnie prywatna wymiana zdań, ponieważ ta sprawa stała się już bardzo dawno sprawą publiczną, a nie prywatną. Prof. Biniendę spotkanie interesuje chyba mniej, ponieważ nigdy się ze mną nie kontaktował ani nie zadawał mi publicznie pytań tak, jak ja jemu. UMW i W.L.: Serdecznie dziękujemy za rozmowę. Czytelników pragnących dowiedzieć się więcej szczegółów zachęcamy do odwiedzenia strony internetowej http://pl.wikipedia.org/wiki/Pawe%C5%82_Artymowicz

Zdjęcia i wykresy: “Ostatni lot” Osiecki, Białoszewski, Latkowski, Prószynski (2011, Prószynski i S-ka), oraz Paweł Artymowicz

Poleć:

O Autorze:

Witold Liliental

Urodzony w Polsce, dorastający w Południowej Afryce, inżynier metalurg z zawodu (dyplom z Polski) i dziennikarz, propagujący tolerancję rasową, szczególnie aktywny w obalaniu stereotypów i uogólnień, popularyzator historii Polski i osiągnięć Polaków w starym kraju i na świecie, recenzent wydarzeń kulturalnych i książek.

32 Comments

  1. Pingback: Artymowicz w liście do Biniendy | Gazeta GAZETA dziennik Polonii w Kanadzie

  2. Malwina Krol on

    Do tej pani “hockey mom”
    Prosze Pani, chyba niewiele Pani wie o tym jak dzialaja renomowane uczelnie takie jak UofT – tam zaden powazny naukowiec nie moze sobie pozwolic na wypowiadanie glupot bo to moze zaszkodzic jego karierze naukowej, a jest ona bardzo kompetytywna. Kadzy profesor na uczelniach tego kalibru bardzo uwaza, gdzie i na jaki temat sie wypowiada bo nie moze sobie pozwolic na wykazanie sie niewiedza. Dobrze znac takie szczegolly zanim sie Pani zacznie wypowiadac. Jak widac z innych Pani komentarzy, jest Pani z tych nawiedzonych i niesluchajacych opinii innych, Opinie przeciwne to objawy “ZLA”. Przeciez to paranoja…

  3. Najświersze dane uzyskane z pomiarów na obecność materiałów wybuchowych.Wyskalowane przyrządy wykazały obecność TNT + nitrogliceryny,którą uzywa sie w materiałach wybuchowych jako przyśpieszacza reakcji.Material wybuchowy sklasyfikowany jako Cerazyt-4 wojskowego pochodzenia i stosowany w armii.”Substancje wysokoenergetyczne i podobne bzdury oklamujace społeczeństwo.Przyrządy tego typu są niesamowiciwe precyzyjne ,stosowane na bramkach w lotniskach i natychmiast wykazują materiały chemiczne-wybuchowe.W Smoleńsku był precyzyjnie zaplanowany zamach terrorystyczny,!

    • Andrzej Wierus on

      http://vod.gazetapolska.pl/2617-naukowcy-potwierdzaja-przyczyna-byla-eksplozja

      Prosze posluchac…
      Takie bylo i moje zdanie, ze brzoza nie mogla zniszczyc (oderwac) czesci skrzydla, mogla tylko zniszczyc tzw. slats czy nawet leading edges ale nie mogla w tym miejscu pokonac front i rear spars. Teraz po tej prezentacji gdzie moglem obejrzec szczatkowy wykradziony material z miejsca upadku Tu-134 jestem pewien, ze byl to wybuch. Uwage moja rowniez przykul fakt z ta naprawa poszycia i zwyklym kartonem pomiedzy laczonymi czesciami. To wskazuje, ze ktos nie mial pojecia o laczeniu roznych lub tych samych materialow w lotnictwie lub tez bylo to zrobione specjalnie w celu latwiejszej penetracji materialu wybuchowego miedzy laczonymi elementami.

    • Artymow powyzej sie osmiesza i sowja uczelnie. Jestem ciekawa czy UofT ma wglad w jego nie astronomiczne udzielanie sie polityczne? Ja powyzej.

    • Rafał Wodzicki on

      Jak zwykle parę ogólników i szum informacyjny – żadnych argumentów. Każdy może tak napisać.

  4. Andrzej Wierus on

    Dla ludzi z otwartymi glowami do wyciagniecia wnioskow i konkluzji. Ktos wlozyl w to opracowanie chronologiczne duzo pracy (nie jest ono moje) wiec dziele sie z czytelnikami tym co zostalo juz napisane i sprawdzone by nie bladzic we mgle (sztucznej mgle).

    Prawda zawsze zwycięża – NARRACJA ZAMACHOWCÓW

    Od 10 kwietnia 2010 r. rząd PO, sprzyjające mu media i wybrani eksperci wmawiają Polakom, że przyczyną katastrofy smoleńskiej był zbiór zbiegów okoliczności – nieodpowiedzialni piloci, naciski gen. Andrzeja Błasika, zły nadzór dowódców. Katastrofy często są wynikiem zbiegu kilku okoliczności. W przypadku tragedii smoleńskiej było ich jednak zdecydo
    wanie zbyt dużo.

    Przygotowania

    1. 9 kwietnia 2009 r. – MON podpisuje umowę dotyczącą remontu dwóch Tu-154. Przetarg wart jest ponad 69 mln zł, wygrywa go konsorcjum firm MAW Telecom i Polit Elektronik. Ta druga spółka nie jest nawet zarejestrowana w KRS.
    Z niewyjaśnionych przyczyn odrzucono ofertę poważnych kontrkandydatów, wśród nich Metalexportu-S i państwowego Bumaru. Jak informowała agencja lotnicza Altair, MON wybrało wykonawcę remontu bez analizy propozycji cenowych innych oferentów.
    Właścicielem zakładów w Samarze, które wybrało konsorcjum, jest Oleg Deripaska, który był przesłuchiwany przez zachodnich prokuratorów w związku z podejrzeniami o pranie brudnych pieniędzy i kontakty z mafią. Z kolei silniki tupolewa remontowane są w zakładach kontrolowanych przez Siergieja Czemiezowa – byłego agenta KGB, który od 1983 do 1988 r. pracował pod przykrywką w Dreźnie, mieszkając po sąsiedzku z obecnym premierem Rosji – Władimirem Putinem. Przy naprawie silników nie był obecny żaden przedstawiciel polskich służb.
    2. Kwiecień 2009 r. – w wypowiedzi dla telewizji Gazeta.pl Janusz Palikot, wówczas poseł PO, stwierdza: „Na wypadek, gdyby Lech Kaczyński nie był w stanie wypełniać swej roli do końca swojej kadencji, musi być ktoś, kto jest poza tą bieżącą grą, (…) w związku z rolą konstytucyjną marszałka Komorowskiego, który jest wskazywany jako ta osoba, która na wypadek śmierci musi zastąpić prezydenta Polski, to wskazane byłoby, by ludzie nie odebrali tego jako element gry, tylko autentyczne, konstytucyjne uprawnienie marszałka”.
    3. 3 maja 2009 r. – Bronisław Komorowski w rozmowie z RMF FM mówi: „Nie pretenduję do roli wieszcza czy proroka (…). Przyjdą wybory prezydenckie albo prezydent będzie gdzieś leciał i to się wszystko zmieni”. Bronisław Komorowski nie wyjaśnił, co miał na myśli, choć pytał go o to po katastrofie Jarosław Kaczyński.
    4. Lato 2009 r. – ABW opracowuje szczegółową analizę opisującą sytuację jednoczesnej śmierci najwyższych dowódców Wojska Polskiego i prezydenta RP, a także innych ważnych osobistości państwowych i sposób przejęcia władzy.
    5. 1 września 2009 r. – w Sopocie spotykają się premierzy Donald Tusk i Władimira Putin. Niespodziewanie udają się na półgodzinną rozmowę w cztery oczy na słynne sopockie molo (choć oficjalny plan przewidywał spotkanie w hotelu Sheraton). Według rzecznika polskiego rządu Pawła Grasia mówiono m.in. o wspólnych polsko-rosyjskich uroczystościach katyńskich.
    6. Wrzesień 2009 r. – dochodzi do zorganizowanego ataku cybernetycznego na serwery polskich instytucji państwowych. Jak pisze „Rzeczpospolita”, atak na polskie ośrodki rządowe został przeprowadzony z terytorium Federacji Rosyjskiej.
    7. Koniec grudnia 2009 r. – biuro ówczesnego marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego rozsyła parlamentarzystom foldery reklamowe MAW Telecom – firmy wchodzącej w skład konsorcjum, które wygrało przetarg na remont polskich tupolewów.
    8. 23 grudnia 2009 r. – w Warszawie ląduje po remoncie w Samarze rządowy Tu-154M 101. Tego samego dnia znaleziono ciało Grzegorza Michniewicza, dyrektora generalnego w kancelarii premiera Tuska. Michniewicz miał najwyższe poświadczenia bezpieczeństwa, zarówno krajowe, jak i NATO oraz Unii Europejskiej. Przez jego ręce przechodziły niemal wszystkie dokumenty kancelarii premiera, także tajne. Michniewicz, który według prokuratury popełnił samobójstwo, nie zostawił żadnego listu pożegnalnego. Ostatnią osobą, z którą rozmawiał w cztery oczy przed śmiercią, był Tomasz Arabski, szef kancelarii premiera. W aktach prokuratorskich, do których dotarła „GP”, czytamy: „Z zeznań szeregu świadków jednoznacznie wynika, iż Grzegorz Michniewicz miał najbliższe dni dokładnie zaplanowane. W dniu 23 grudnia 2009 r. planował bowiem pojechać do Białogardu, aby z żoną i jej rodziną spędzić święta. Wszystkie jego zachowania podejmowane nie tylko w ostatnich dniach, ale także i godzinach życia, wskazywały, iż plan ten chce wypełnić. Wskazuje na to choćby sporządzony przez niego wniosek urlopowy, zakup prezentów czy też podejmowanie jeszcze późnym wieczorem 22 grudnia przygotowania do wyjazdu. Niewątpliwie więc decyzja o popełnieniu samobójstwa podjęta została nagle pod wpływem impulsu”.
    9. Styczeń 2010 r. – Donald Tusk, murowany faworyt zbliżających się wyborów prezydenckich, niespodziewanie rezygnuje z kandydowania. Tłumaczy to zamiarem utrzymania władzy premiera i niewielkimi uprawnieniami prezydenta. 31 marca 2010 r. Zyta Gilowska, komentując decyzję Tuska, stwierdziła: „Taka wolta, na dokładkę niezbyt serio objaśniana żyrandolami, ma skrywany komponent, jakąś tajemnicę”.
    10. 3 lutego 2010 r. – rosyjska agencja Interfax podaje, że „premier Federacji Rosyjskiej Władimir Putin zaprosił prezesa Rady Ministrów Donalda Tuska do wspólnego uczczenia pamięci ofiar Katynia”. Kancelaria premiera Tuska poinformowała, że zaproszenie zostało przekazane w czasie rozmowy telefonicznej, do której doszło z inicjatywy strony rosyjskiej i że uroczystości odbędą się w pierwszej połowie kwietnia 2010 r. Putin pominął w zaproszeniu prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego.
    11. 14 lutego 2010 r. – do pracy w Ministerstwie Spraw Zagranicznych zostaje przywrócony Tomasz Turowski; od razu mianowany ministrem pełnomocnym w ambasadzie RP w Moskwie. Turowskiemu zostaje powierzone zadanie przygotowania wizyt w Katyniu premiera Tuska i prezydenta Kaczyńskiego. Z doniesień IPN wynika, że w latach 1976–1985 Turowski był w PRL agentem najbardziej elitarnej, zakonspirowanej komórki wywiadu: Wydziału XIV w Departamencie I. Dostęp do danych tej agentury miały służby sowieckie. Jak ujawnił „Nasz Dziennik”, Turowski w latach 90 rozpracowywany był przez Urząd Ochrony Państwa, który sprawdzał jego kontakty z oficerem rosyjskiego wywiadu Grigorijem Jakimiszynem.
    12. 20 lutego 2010 r. – Władimir Grinin, ambasador rosyjski w Polsce, kłamie, że nie dostał pisma, wysłanego do niego 27 stycznia 2010 r. przez Mariusza Handzlika podsekretarza stanu w Kancelarii Prezydenta z informacją, że w kwietniu Lech Kaczyński planuje w Katyniu oddanie hołdu pomordowanym polskim oficerom.
    Można sądzić, że Grinin wykonuje rozkazy bezpośrednio otrzymane od Władimira Putina. Obaj znają się jeszcze z drugiej połowy lat 80. Gdy Putin był agentem KGB we wschodnioniemieckim Dreźnie, Grinin stał na czele sowieckiej ambasady w NRD.
    Tuż po katastrofie – w czerwcu 2010 r. – Grinin „awansuje”. Zostaje ambasadorem Rosji w Niemczech.
    13. 17 marca 2010 r. – szef Kancelarii Premiera, minister Tomasz Arabski udaje się do Moskwy (to druga z kolei wizyta Arabskiego w Moskwie – pierwsza, według informacji „GP”, odbyła w styczniu 2010 r.). Celem drugiego pobytu w Rosji są ustalenia dotyczące przebiegu wizyty premiera i prezydenta w Katyniu – wynika z relacji towarzyszącego mu funkcjonariusza Biura Ochrony Rządu. Spotkanie z Rosjanami odbywa się… w jednej z moskiewskich restauracji; co jeszcze bardziej dziwne, nie uczestniczy w nim nikt z resortu spraw zagranicznych ani z Ambasady RP w Moskwie. Tego samego dnia Arabski spotyka się też z Jurijem Uszakowem, wiceszefem kancelarii Władimira Putina. Nie wiadomo jednak, czy do rozmowy doszło właśnie w moskiewskiej restauracji, czy wcześniej lub później w jakimś innym miejscu.
    14. Marzec 2010 r. – przedstawiciele Kancelarii Prezydenta nie mogą skontrolować stanu lotniska w Smoleńsku.
    Wizyta przygotowawcza, która miała się odbyć w Katyniu i Moskwie między 3 a 5 marca 2010 r., zostaje w ostatniej chwili odwołana, a zaplanowany na 10 marca wyjazd grupy roboczej do Smoleńska zostaje uznany przez stronę rosyjską za nieaktualny. 19 marca do Moskwy ma się udać minister w Kancelarii Prezydenta Mariusz Handzlik, ale 16 marca ambasador Jerzy Bahr przekazuje mu informację, że w związku ze zorganizowaną 17–18 marca wizytą delegacji rządowej z ministrem Tomaszem Arabskim w Moskwie nie jest to możliwe.
    Przez cały ten czas Kancelaria Prezydenta sygnalizuje swoje wątpliwości dotyczące stanu lotniska w Smoleńsku.
    15. 5 kwietnia 2010 r. – następuje przerwanie pracy serwerów MSZ. Praca resortu kierowanego przez Radosława Sikorskiego zostaje na wiele godzin sparaliżowana.
    Jak się okazuje, w najnowocześniejszym budynku Ministerstwa Spraw Zagranicznych, tzw. szpiegowcu, mieszczącym m.in. serwery z tajnymi danymi, doszło do przerwania zasilania zewnętrznego. „Jestem w MSZ od wielu lat, ale czegoś takiego nie pamiętam” – opowiada 6 kwietnia 2010 r. tygodnikowi „Polityka” jeden z dyplomatów.
    16. 7 kwietnia 2010 r. – na stronach internetowych Rządowego Zespołu Reagowania na Incydenty Komputerowe CERT. GOV. PL pojawia się komunikat o możliwych atakach ukierunkowanych na pracowników instytucji administracji publicznej w Polsce. 9 kwietnia „gigantyczna” (jak informowała wówczas telewizja TVN) awaria teleinformatyczna paraliżuje pracę największego polskiego banku PKO BP.
    17. Minister Klich zezwala na uczestnictwo w locie do Smoleńska najwyższych dowódców polskiej armii; zapewnia jednocześnie na piśmie, że on sam „też się tam wybiera”. Kilka dni później rezygnuje jednak z uczestnictwa w delegacji.
    18. MON nie zapewnia generałom WP na czas delegacji prezydenckiej ochrony Żandarmerii Wojskowej – do Katynia nie poleciał ani jeden żołnierz ŻW, choć taka ochrona przysługiwała generałom ustawowo.
    19. Dzień przed wylotem do Smoleńska Rosjanie cofają zgodę, by funkcjonariusze BOR, którzy mieli zabezpieczać wizytę prezydenckiej delegacji na miejscu, posiadali ze sobą broń.

    Przed tragedią

    20. Organizatorzy lotu w Polsce nie wyznaczają przed wylotem lotnisk zapasowych, jak również rezerwowego samolotu, choć nakazuje to instrukcja HEAD.
    21. Polska załoga Tu-154M 101 otrzymuje od Rosjan karty podejścia lotniska Smoleńsk-Siewiernyj, zawierające błędne dane. Była to prawdopodobnie jedna z przyczyn katastrofy.
    22. Tu-154M 101 musi lądować z kierunku wschodniego, gdzie są jary i drzewa, których nie ma od strony zachodniej. Jak się okazało, jesienią 2009 r. zdemontowano na lotnisku Smoleńsk-Siewiernyj system nawigacyjnego naprowadzania samolotów od strony zachodniej.
    23. Niespodziewanie, wbrew prognozom meteorologicznym, w okolicy lotniska Smoleńsk-Siewiernyj pojawia się mgła, która nasila się przed katastrofą, a po niej zaczyna ustępować, by po godzinie niemal całkowicie się rozproszyć.
    24. Kontrolerzy wieży w Smoleńsku, wbrew rosyjskim minimom (gęsta mgła), nie wydają zakazu podejścia do lądowania i nie zamykają lotniska ze względu na warunki atmosferyczne, zagrażające bezpieczeństwu lotów statków powietrznych.
    25. Załoga samolotu jest błędnie informowana o położeniu na kursie i ścieżce, gdy w rzeczywistości samolot jest ponad ścieżką i zbacza z kursu.
    26. Płk Krasnokucki nakazuje kontrolerowi, który po raz kolejny sugeruje odesłanie samolotu na lotnisko zapasowe, by polecił załodze polskiego samolotu zejście do 100 m: „Doprowadzamy do 100 metrów, 100 metrów i koniec rozmowy”.
    27. Przed lądowaniem samolotu z prezydentem RP nad lotniskiem pojawia się i znika Ił-76, którego roli nikt do dziś nie wyjaśnił.
    28. Od czwartej minuty przed tragedią trwa niewyjaśniona cisza w eterze – milkną wówczas rozmowy między wieżą i Tu-154. Pada tylko komenda „na kursie i ścieżce” i „horyzont 101”. Polsce kontrolerzy twierdzą, że to absurdalne i niewiarygodne, gdyż określenia „na kursie i ścieżce” są niemożliwe bez uprzednich poprawek kursu. Wskazuje to na prawdopodobieństwo sfałszowania stenogramów.
    29. Gdy samolot znajduje się na wysokości 15 m nad ziemią, zanika zasilanie głównego komputera pokładowego FMS i rejestratorów lotu. Polski Tu-154M znajduje się wówczas ok. 60–70 m przed miejscem pierwszego zderzenia z gruntem.
    30. Gdy samolot z delegacją prezydencką zbliża się do lotniska w Smoleńsku, na płycie nie ma ani jednego funkcjonariusza BOR, nie ma też podstawionej kolumny samochodów ani oczekujących na polską delegację dziennikarzy.

    Po katastrofie
    31. Samolot, spadając na ziemię z wysokości kilkunastu metrów, ulega całkowitej zagładzie, wraz z 96 pasażerami. Maszyna zostaje rozbita na tysiące części.
    32. Rosjanie tuż po katastrofie rozpowszechniają oszczerstwa, że polscy piloci lądowali wbrew zaleceniom rosyjskich kontrolerów lotów w Smoleńsku.
    33. Rosyjscy wojskowi i milicjanci kilka godzin po tragedii wymieniają reflektory i żarówki w lampach wskazujących samolotom położenie pasa startowego.
    34. Rosjanie już kilka godzin po tragedii wykluczają zamach.
    35. Wkrótce po katastrofie niektóre polskie media przedstawiają opinie wybranych przez siebie ekspertów, którzy stwierdzili, że tragedia była spowodowana winą pilotów. Ta teza raportu zostaje potem powtórzona w raportach Tatiany Anodiny i Jerzego Millera. Według gen. Petelickiego czołowi politycy PO jeszcze 10 kwietnia otrzymują SMS wysłany przez najbliższe otoczenie Donalda Tuska. Brzmi on: „Katastrofę spowodowali piloci, którzy zeszli we mgle poniżej 100 metrów. Do ustalenia pozostaje, kto ich do tego skłonił”.
    36. Rząd Donalda Tuska i prokuratura rezygnują z pomocy najlepszych lekarzy sądowych różnych specjalności, w tym antropologów, genetyków sądowych, z prof. Barbarą Świątek, krajowym konsultantem w dziedzinie medycyny sądowej, na czele. Eksperci ci od południa 10 kwietnia 2010 r. czekają, gotowi w każdej chwili jechać do Smoleńska; wysyłają także pisma do rządu i prokuratury.
    37. Według Rosjan polski Tu-154 przed upadkiem przeciął linię wysokiego napięcia przed lotniskiem, choć nie zgadza się to z odtworzonym torem lotu i czasem (o godz. 8:39, gdy linia została zerwana, samolot był kilkaset metrów nad ziemią). Uszkodzona linia wysokiego napięcia koło lotniska smoleńskiego mogła zasilać system radiolatarni.
    38. Rosjanie po katastrofie wysypują teren przy miejscu tragedii piachem i wykładają betonowymi płytami, wycinają bez wiedzy Polaków okoliczne drzewa i krzaki, w tym podobno ścięte przez Tu-154, co uniemożliwia potem odtworzenie trajektorii lotu.
    39. Pojawiają się rozbieżności dotyczące czasu katastrofy. Najpierw – przez dwa tygodnie po tragedii – podawana jest godz. 8:56. Po przypadkowym opublikowaniu informacji o godzinie zerwania trakcji elektrycznej przed katastrofą Rosjanie zmieniają tę informację, podając, że samolot uległ katastrofie o godz. 8:41 czasu polskiego.
    40. Rosjanie już następnego dnia po katastrofie demolują wrak, tnąc go piłami i wybijając szyby w oknach.
    41. 29 kwietnia – podczas sejmowego wystąpienia minister zdrowia Ewa Kopacz mówi: „Z wielką uwagą obserwowałam pracę naszych patomorfologów przez pierwsze godziny. Pierwsze godziny nie były łatwe i to państwo musicie wiedzieć. Przez moment nasi polscy lekarze byli traktowani jako obserwatorzy tego, co się dzieje. To trwało może kilkanaście minut, a potem, kiedy założyli fartuchy i stanęli do pracy razem z lekarzami rosyjskimi, nie musieli do siebie nic mówić”.
    W lipcu 2010 r. płk Zbigniew Rzepa z prokuratury wojskowej ujawnia w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”, że było to kłamstwo, bo w sekcjach zwłok ofiar katastrofy nie uczestniczyli ani polscy śledczy, ani patomorfolodzy.
    42. Rosjanie zastrzegają, by przysłanych z Moskwy metalowych trumien z ciałami ofiar w żadnym wypadku nie otwierać.
    43. Rosjanie pozostawiają (na długie miesiące) wrak Tu-154M 101 bez żadnego zabezpieczenia.

    Śledztwo
    44. Pod naciskiem Rosjan premier Tusk rezygnuje ze stosowania korzystnej dla Polski umowy z 1993 r. i zawiera tajne, nigdzie dotychczas nieopublikowane porozumienie z premierem Władimirem Putinem.
    Na mocy tego porozumienia zaczyna obowiązywać rozporządzenie wydane 13 kwietnia 2010 r. przez premiera Władimira Putina, które badanie katastrofy i koordynowanie działań krajowych i międzynarodowych powierza Międzypaństwowemu Komitetowi Lotniczemu Tatiany Anodiny.
    Jako podstawę prawną wyjaśniania przyczyn katastrofy przyjęto – jak twierdzi rząd – konwencję chicagowską, mimo że dotyczy ona katastrof samolotów cywilnych.
    45. Na początku stycznia 2011 r. okazuje się, że nawet fatalne dla Polski ustalenia konwencji chicagowskiej nie są podstawą polsko-rosyjskiej współpracy przy badaniu katastrofy smoleńskiej. W końcowym raporcie MAK czytamy bowiem: „Na podstawie tegoż Zarządzenia określono, że badanie powinno być prowadzone zgodnie z Załącznikiem 13 do Konwencji o Międzynarodowym Lotnictwie Cywilnym (dalej Załącznik 13). Ta decyzja została zaaprobowana przez Rząd Rzeczpospolitej Polskiej”. A zatem współpraca opierała się nie na samej konwencji, lecz na załączniku 13. Oznacza to m.in., że Polska nie może stosować się do żadnych procedur odwoławczych przewidzianych w konwencji, a więc musi zaakceptować końcowy raport MAK.
    46. Rosjanie ukrywają fakt, że dowódca Tu-154 Arkadiusz Protasiuk podjął na przepisowej wysokości 100 m decyzję o przerwaniu podejścia do lądowania i odejściu na tzw. drugi krąg. Protasiuk powiedział: „Odchodzimy”, po czym komenda ta została potwierdzona przez II pilota – mjr. Roberta Grzywnę. Oznacza to, że załoga Tu-154 wcale nie próbowała lądować.
    Rosyjscy „specjaliści” błędnie odczytali także inne wypowiedzi nagrane w kokpicie. Według polskiej komisji badającej przyczyny katastrofy smoleńskiej, dotyczy to np. słów „wkurzy się, jeśli… (niezrozumiałe)… jedna mila od pasa” – które posłużyły MAK do obciążenia odpowiedzialnością za tragedię śp. Lecha Kaczyńskiego. W rzeczywistości w kabinie pilotów padło wówczas zdanie: „Powiedz, że jeszcze jedna mila od osi została”.
    47. Polska pozostawia w ręku Rosjan główne dowody w śledztwie (czarne skrzynki, wrak, badanie ciał ofiar, szczątków maszyny itp.).
    48. Polska prokuratura wojskowa przez ponad półtora roku od czasu katastrofy odmawia zgody na ekshumację bliskich rodzinom, które wystąpiły z takim wnioskiem.
    49. Z nieznanych powodów do dziś nie został odnaleziony rejestrator K3-63, rejestrujący parametry lotu: czas, wysokość barometryczną, prędkość przyrządową, przeciążenie (pionowe). Rejestrator ma większe rozmiary niż inne rejestratory i skrzynka ATM; powinien znajdować się w opancerzonym zasobniku pod podłogą w kabinie pasażerskiej.
    50. Podczas zgrywania kopii z czarnej skrzynki nagle zabrakło prądu i zniknęło 16 sekund nagrania, po które potem specjalnie pojechał do Moskwy minister Miller.
    51. Rosjanie odmawiają polskim prokuratorom oddania czarnych skrzynek polskiego samolotu, choć są one własnością polskiego rządu, a nawet udostępnienia oryginałów do badań w Polsce.
    52. Rosjanie odmawiają polskiej prokuratorze zwrotu, a także udostępnienia do badań w Polsce wraku samolotu.
    53. Rosjanie nie chcą wydać polskiej prokuraturze protokołów badania w Moskwie – przy udziale polskich specjalistów z Instytutu Ekspertyz Sądowych w Krakowie – oryginałów zapisu rozmów z czarnej skrzynki. Wcześniej przez 10 miesięcy przetrzymują protokoły sporządzone w Smoleńsku przez polskich archeologów.
    54. Rosjanie informują, że nie zachował się zapis wideo wieży w Smoleńsku z taśmą, na której zarejestrowano pracę kontrolerów i płk Krasnokuckiego.
    55. Latem 2010 r. Rosjanie, tłumacząc się względami formalnymi, jeszcze raz przesłuchali pracowników wieży. Nowe zeznania okazują się znacznie korzystniejsze dla strony rosyjskiej. Polska prokuratura akceptuje nowe zeznania kontrolerów lotu ze Smoleńska i unieważnia zeznania otrzymane wcześniej. „To szokujące” – komentuje w „Rzeczpospolitej” znany karnista, prof. Piotr Kruszyński.
    56. W materiałach przekazanych Polsce przez Rosjan brak dokumentacji fotograficznej miejsca zdarzenia zaraz po katastrofie i po przemieszczeniu części wraku, a także dokumentacji z oblotu terenu lotniska – przed 10 kwietnia i po katastrofie.
    57. Komisja Jerzego Millera nie zleca badań, które udowodniłyby, że skrzydło Tu-154 mogło urwać się po zderzeniu z brzozą. Mimo to w swoim raporcie formułuje taką tezę. We wrześniu 2011 r. ekspert NASA prof. Wiesław Binienda przygotowuje fachową ekspertyzę obalającą teorię specjalistów Millera.
    58. Polskie agendy rządowe, w tym służby specjalne RP, od półtora roku ukrywają zdjęcia satelitarne miejsca katastrofy, wykonane 10 kwietnia 2010 r., przekazane Polsce niedługo po katastrofie przez służby USA.
    59. Polska komisja pod przewodnictwem ministra Millera opracowuje raport końcowy dotyczący przyczyn katastrofy, bez dostępu do kluczowych dowodów przerzuca winę na polskie wojsko, w tym pilotów, którzy siedzieli za sterami Tu-154M 101.
    60. Rosjanie nie przekazali dotychczas Polsce ekspertyz balistycznych i pirotechnicznych.
    61. Rosjanie nie wyjaśnili polskim ekspertom tożsamości tajemniczego gen. Władimira Iwanowicza, któremu niedługo przed katastrofą płk Krasnokucki meldował o sytuacji na lotnisku.

    Awanse, odznaczenia i dymisje
    62. 11 listopada 2010 r., z okazji Święta Niepodległości na stopień generała brygady zostaje awansowany płk Krzysztof Bondaryk. 10 kwietnia 2010 r. szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
    63. 11 listopada 2010 r. – na stopień generała brygady zostaje awansowany płk Janusz Nosek. 10 kwietnia 2010 r. szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego.
    64. 11 listopada 2010 r. – na stopień generała brygady zostaje awansowany płk Krzysztof Parulski. 10 kwietnia 2010 r. naczelny prokurator wojskowy i zastępca prokuratora generalnego.
    65. 16 listopada 2010 r. z okazji Dnia Służby Zagranicznej Jerzy Bahr – 10 kwietnia 2010 r. ambasador RP w Moskwie – zostaje odznaczony Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.
    66. 16 listopada 2010 r. szef MSZ, Radosław Sikorski, odznacza szefa BOR, gen. Mariana Janickiego, Odznaką Honorową „Bene Merito” (Dobrej Zasługi) – zaszczytnym, honorowym wyróżnieniem przyznawanym przez MSZ za „działalność wzmacniającą pozycję Polski na arenie międzynarodowej”.
    67. 10 czerwca 2011 r. naczelny prokurator wojskowy gen. Krzysztof Parulski zawiesza Marka Pasionka, jednego z dwóch prokuratorów prowadzących śledztwo smoleńskie, i wszczyna wobec niego postępowanie dyscyplinarne. Pasionek zawinił, bo miał zwracać się do przedstawicieli USA o pomoc w uzyskaniu materiałów przydatnych w śledztwie i był zwolennikiem postawienia zarzutów ministrowi Bogdanowi Klichowi i szefowi Kancelarii Premiera Tomaszowi Arabskiemu.
    68. 16 czerwca 2011 r. po Święcie Biura Ochrony Rządu na stopień generała dywizji zostaje awansowany gen. bryg. Marian Janicki, szef BOR. zwiń
    18 KŁAMSTW SMOLEŃSKICH
    1. Tu-154 cztery razy podchodził do lądowania, mimo że kontrolerzy nalegali, by odleciał na zapasowe lotnisko (powtarzały to wszystkie główne media 10.04.2010 r.). W rzeczywistości samolot wykonywał jedno próbne podejście do lądowania uzgodnione, a nawet wręcz zalecone przez wieżę.

    2. Prezydent Lech Kaczyński miał naciskać na załogę, by lądowała niezależnie od warunków. „Pilot nie mógł podjąć sam decyzji o czterokrotnym podchodzeniu do lądowania w tak trudnych warunkach z takimi osobami na pokładzie” – napisał 10 kwietnia Roman Kuźniar, insynuując naciski Prezydenta („Kultura Liberalna”, 10.04.2010 r.). Jak pokazały stenogramy, nie ma nawet śladu jakiejkolwiek ingerencji ze strony Prezydenta w pracę załogi. Obecny doradca B. Komorowskiego był jedną z pierwszych osób, które mówiły o rzekomych naciskach na pilotów – ulubionym wątku rosyjskiej propagandy.

    3. Gen. Błasik był w kokpicie tupolewa w ostatnich minutach lotu – tej wrzutki dokonał osobiście Edmund Klich (program TVN „Teraz My”, 24.05.2010 r.). „Polski akredytowany” nadal broni tego kłamstwa (radio TOK FM, 13.01.2012 r.), nawet po obaleniu go przez krakowskich biegłych sądowych dzięki analizie nagrań. Głos, przypisywany wcześniej generałowi, należał do II pilota, majora Roberta Grzywny.

    4. „Śmiertelnym lądowaniem dowodził dowódca Sił Powietrznych Polski” – twórczo rozwinął tezę Klicha już następnego dnia dziennik „Izwiestia” (25.05.2010 r.). „Komsomolskaja Prawda” poszła jeszcze dalej i twierdziła, że gen. Błasik siedział za sterami samolotu. W Polsce rosyjskie kłamstwa upowszechnił TVN24 (26.05.2010 r.).

    5. „Gen. Błasik miał zwyczaj wchodzenia do kabiny pilotów i zajmowania ich miejsca za sterami” – kłamstwa, mające udowodnić i podtrzymać tezę o winie gen. Błasika, były powtarzane w mediach jeszcze przez wiele miesięcy (TVN24, „Dziennik”, „Polska-The Times” – 14.10.2010 r.).

    6. „Przekopywano z całą starannością ziemię na miejscu tego wypadku na głębokości ponad 1 m i przesiewano ją w sposób szczególnie staranny” – minister Ewa Kopacz w Sejmie (28.04.2010 r.). Prawda była inna. Nie tylko nie dbano o szczątki poległych, ale wręcz niszczono wrak i miejsce katastrofy ciężkim sprzętem oraz zacierano ślady.

    7. Załoga nie znała rosyjskiego i nie rozumiała komend wieży. Przeciwnie – piloci znali ten język doskonale, ponieważ do niedawna był obowiązkowy w polskim lotnictwie wojskowym. Kpt. Protasiuk miał za sobą 30 lotów do Rosji i na Ukrainę.

    8. „Jak nie wyląduję, to mnie zabije” – TVN24 twierdziło, że „takie słowa kilkadziesiąt sekund przed katastrofą prezydenckiego Tu-154 pod Smoleńskiem miał wypowiedzieć kpt. Protasiuk” (14.07.2010). News pojawił się na czerwonym pasku i powtórzono go w Faktach TVN. To kłamstwo. Niczego takiego nikt z załogi nie mówił.

    9. „To patrzcie, jak lądują debeściaki” – miał powiedzieć I pilot Tu-154, gdy dowiedział się o fatalnej pogodzie („Polska – The Times”, 17.07.2010 r.). Kpt. Protasiuk w ogóle tych słów nie wypowiedział.

    10. Rozczłonkowanie samolotu na tysiące kawałków wynika z tego, że maszyna uderzyła w ziemię grzbietem (m.in. „Gazeta Wyborcza”, 2.11.2011 r.). Parametry lotu nie wskazują, żeby Tu-154 obrócił się do góry kołami. Ale co istotniejsze, nieprawdą jest, jakoby dach samolotu znacząco różnił się wytrzymałością od jego spodu. Łatwo znaleźć w internecie zdjęcia katastrof, w których uderzające o twarde podłoże w pozycji obróconej samoloty ulegały tylko wgnieceniom lub pęknięciom na kilka części, ale nie rozpadały się na kilkucentymetrowe kawałki. Wynika to z faktu, że konstrukcja samolotu opiera się na eliptycznych, grubych, duraluminiowych wręgach, które są jednakowo wytrzymałe na całym obwodzie. Kadłub samolotu, w odróżnieniu od samochodu, zapewnia osłonę przed ciśnieniem lub uderzeniem ze wszystkich stron.

    11. „Wkurzy się, jeśli…” – rzekomy fragment rozmowy załogi Tu-154 miał być dowodem na presję, jakiej poddani byli piloci („Gazeta Wyborcza”, 12.01.2011). Tych słów w ogóle nie ma w stenogramie.

    12. „Jezu, Jezu!!!” – tak miały brzmieć ostatnie słowa pilotów. „Te wstrząsające informacje ujawnił »Faktowi« rosyjski prokurator” – pisał ten tabloid 15.05.2010 r. – „Nasz rozmówca to jeden z bliskich współpracowników szefa komitetu śledczego. (…) Słyszał zapis z czarnej skrzynki. (…) To, co opowiedział, potwierdza wstępne ustalenia śledczych, że załoga prezydenckiego tupolewa nie miała żadnych kłopotów technicznych i nie orientowała się, że leci za nisko, aż do chwili, gdy z kabiny zobaczyła las i ziemię”.
    Takich słów nie ma w nagraniach, a ostanie chwile lotu wyglądały zupełnie inaczej.

    13. „Pijany generał Błasik zmusił pilotów do lądowania” – opublikowanie raportu MAK to było apogeum smoleńskiego kłamstwa (12.01.2011 r.). Niestety, sformułowanie „podpity generał” pojawiło się też w polskojęzycznych mediach („Gazeta Wyborcza”, RMF24.pl, Interia.pl). Gen. Anodina powołała się na rzekomą obecność 0,6 promila alkoholu we krwi gen. Błasika, niepotwierdzoną przez żadne niezależne badania. Mógł to zresztą być tzw. alkohol endogenny, który wytwarza się w organizmie samoistnie po śmierci. Moskwa wykorzystała to do haniebnego oskarżenia nieżyjącego generała. Kłamstwo obaliła jego żona: – Mąż nie mógł pić, bo miał w Katyniu przyjąć komunię św. – powiedziała Ewa Błasik (13.01.2011 r.). Słowa o komunii św. wycięła w swojej relacji telewizja TVN.
    O całkowitym fałszu raportu MAK nic chyba nie świadczy lepiej niż to, że jest oparty na stenogramach, w których pominięto w ogóle komendę „Odchodzimy”, wydaną na prawidłowej wysokości przez dowódcę samolotu.

    14. Przed startem Tu-154 miało dojść do kłótni między gen. Błasikiem a kpt. Protasiukiem – tę wiadomość podał TVN24 (25.02.2011 r.), a potem żyła nim przez wiele dni większość mediów. Kapitan Protasiuk rzekomo nie chciał 10 kwietnia zasiąść za sterami rządowego tupolewa i na płycie lotniska Okęcie kłócił się o to ze swoim przełożonym. Nagranie z kamery przemysłowej, na którym widać sprzeczkę oficerów, miała rzekomo Prokuratura Wojskowa. Jej rzecznik, płk Zbigniew Rzepa, potwierdził, że prokuratorzy mają nagranie z kamery przemysłowej z lotniska Okęcie z 10 kwietnia. Jego słowa, celowo niejednoznaczne, zdawały się potwierdzać tezę o „kłótni”. TVN podał, że dowódca Tu-154 miał się sprzeciwiać wylotowi, ponieważ obawiał się o stan pogody na lotnisku w Smoleńsku. Telewizje grupy ITI donosiły, że gen. Błasik miał udzielić podwładnemu reprymendy, używając wulgarnych słów. Potem informowano, jakoby kłótnię miał potwierdzić jej świadek – oficer BOR.
    Wszystko to okazało się kłamstwem. Po trzech tygodniach codziennego medialnego roztrząsania kolejnej „winy” gen. Błasika, prokuratura w końcu musiała przyznać, że na filmie z Okęcia nie ma żadnej kłótni. Zaprzeczyli jej też świadkowie odlotu Tu-154.

    15. Raport przygotowany przez polską komisję ministra Jerzego Millera (29.07.2011) był równie fałszywy jak dokument MAK. Zawierał wprawdzie krytykę pod adresem kontrolerów lotu w Smoleńsku, ale winą obciążał głównie stronę polską. Komisja Millera zajęła się przede wszystkim rzekomymi nieprawidłowościami w 36. Specjalnym Pułku Lotnictwa i zarzuciła elitarnej załodze Tu-154 popełnienie bardzo wielu elementarnych błędów, które trudno byłoby przypisać nawet początkującym pilotom.
    Fałsz raportu Millera był prostą konsekwencją decyzji premiera Tuska o oddaniu śledztwa Moskwie. Polska komisja opierała się więc niemal wyłącznie na informacjach dostarczonych przez stronę rosyjską. Nie dysponowała nawet podstawowymi dowodami niezbędnymi do rzetelnego przeprowadzenia śledztwa (np. wrakiem i czarnymi skrzynkami). Miała jedynie wybrane przez Rosjan kopie niektórych dowodów.
    Rozdmuchano nieistotne, dotyczące biurokratycznych formalności nieprawidłowości w pracy 36. specpułku i uczyniono je źródłem katastrofy smoleńskiej. Skandalem było zaś postawienie załodze samolotu zarzutu bezpośredniego spowodowania tragedii. Komisja uczyniła to bez dostatecznych dowodów, naginając fakty pod założoną tezę i interpretując wszystkie dane na niekorzyść pilotów, często stające w sprzeczności ze zdrowym rozsądkiem.

    16. „Był dowódcą Sił Powietrznych przez kilka lat i jest odpowiedzialny za opisany w raporcie nieprawdopodobny bałagan, który doprowadził do katastrofy smoleńskiej” – twierdził „ekspert” Tomasz Hypki, promowany w większości polskich mediów (Wirtualna Polska wp.pl, 4.09.2011 r.).
    Raport komisji Millera nie usatysfakcjonował Rosjan. Występujący w ich imieniu inny „ekspert” uznał raport Millera za… „wybielanie gen. Błasika”. Rzekomy bałagan został sztucznie rozdmuchany na wątłych podstawach, np. braku pieczątek w odpowiednich rubrykach.

    17. „Piloci świadomie lądowali przy fatalnej pogodzie” – tak zatytułowali swój wyjątkowo nierzetelny tekst Paweł Reszka i Michał Majewski („Rzeczpospolita”, 1.06.2010 r.). Autorzy skoncentrowali się też na tezie o rzekomym bałaganie w lotnictwie wojskowym, a szczególnie w elitarnym 36. specpułku, którą usiłowali uzasadnić w całym cyklu artykułów w tym dzienniku. „Zwierzchnicy armii odpowiedzialni za lotnictwo zapewniali, że szkolenie jest na wysokim poziomie. (…) Dziś wiadomo, że normalnych szkoleń właściwie nie było” – twierdzili („Rzeczpospolita”, 5.08.2011 r.) . Wyolbrzymiając drobne, papierkowe niezgodności z często nierealistycznymi, nieżyciowymi i przestarzałymi regulaminami wpisali się tym samym w plan ataku na gen. Błasika – dowodzącego lotnictwem.
    Jak wykazali Grzegorz Wierzchołowski i Leszek Misiak w „Gazecie Polskiej”, tendencyjne, pisane pod z góry założoną tezę teksty „dziennikarzy śledczych” „Rzeczpospolitej” w rzeczywistości opierały się na sfałszowanych stenogramach rosyjskich i na niewiarygodnym raporcie Millera.

    18. Piloci byli „niedouczeni” – to jedna z podstawowych tez pisanej jakby na rosyjskie zamówienie książki Ostatni lot Latkowskiego, Białoszewskiego i Osieckiego.
    „Podczas przygotowań do lotu i podczas jego trwania popełniano błąd za błędem. Mam na myśli choćby przypadkowo dobraną załogę.(…) To tak, jakby dziecko posadzić za sterami. Zdecydowanie, to my bardziej przyczyniliśmy się do tej katastrofy” – mówił Wojciech Łuczak, „ekspert” lotniczy („Superekspres”, 13.01.2011 r.). Załoga nie popełniła żadnych błędów i do ostatnich chwil działała w najwyższym stopniu profesjonalnie, a kpt. Protasiuk wykazał się wręcz mistrzostwem, gdy uniknął uderzenia w zbocze doliny przed lotniskiem, na które naprowadziła samolot wieża w Smoleńsku. Kpt. Protasiuk i mjr Grzywna należeli do najlepszych z najlepszych. Wystarczy powiedzieć, że dowódca miał wylatane ponad 3,5 tys. godzin (!), a II pilot niemal 2 tys. Byli zgrani i doskonale się rozumieli – odbyli wcześniej wspólnie kilkadziesiąt lotów, w tym wyczynowy powrót z Haiti nad Atlantykiem z uszkodzonym autopilotem, kiedy przez 14 godzin, z trzema międzylądowaniami, prowadzili samolot ręcznie.

    • Jest jeden fakt, którego autor nie uwzględnia. Spotkanie prezydenta L. Kaczyńskiego z prezydentem USA G. Bushem, też na molo w Sopocie. Pani Kaczyńska tłumaczyła. Pewnie omawiano kontrzamach. No ale ten Tuska był szybciej 🙂
      Na poważnie: L. Kaczyński miał przegrane wybory, był marnym prezydentem, sterowanym przez brata. Żadna z inicjatyw mu nie wyszła. Litwa, Łotwą, Estonia i Ukraina wycofały się z antyrosyjskiej hecy. Zamach byłby głupotą czego dowodem jest to, że J. Kaczyński, na fali tragedii, omal nie został prezydentem. Motyw, szanowny Panie? Na tej tragedii zyskał tylko PiS bo bez niej PiSu już by nie było.

  5. Robert D Bastien on

    Zwracając uwagę na ostatnie konferencje dotyczące zamachu Smolęńskiego, praktycznie niema żadnych danych dotyczacych inspekcji technologi IT i jej udział w tym morderstwie. Zwykle takie perfekcyjne mordowanie ma w swoim planie wariant A, wariant B, wariant C, ….aby efekt był definitywnie wypełniajacym zamierzone efekty bez pudła w 100% w sposób doskonały. Konferencje naukowców dowiodły jedynie dzaiłaniom destrukcyjnym MECHANICZNYM wariant A: dwie explozje wewnątrz samolotu, które były powodem zaistnienia zamachu. Oraz działania wariant D: zarekwirowanie całego sprzetu, wraku, i jakichkolwiek dowodów rzeczowych łącznie z procedurą zwłok i badań w tym względzie, co potwierdza o dzialaniach zamachowców. Ze względów oczywistych i pewności zaplanowanego morderstwa, napewno był zaplanowany jeszcze dodatkowo i jednoczesnie wariant B i być może nawet C, w celu skutecznosci tej operacji.
    Z dokumentów wynika, że ten samolot przechodził wiele razy, serwisy napraw systemu komputerów pokładowych, instrumentów pokładowych, komunikacji i telekomunikacji staelitarnej co do ktorej ma powiazanie bezposrednie Gazprom jak i firmy należące do Przyjaciół Putina z KGB. Wszystkie te serwisy były dokonane bez udziału nadzoru i bezpieczeństwa polskich służb soecialnych. Co by wskazywało na możliwość, zastosowania systemów elektronicznych komputerów pokładowych z możliwoscią kontrolowania ich przy pomocy systemu łaczności satelitarnej wyłaczając całkowicie ingerencję w podejmowaniu decyzji przez pilotów wewnatrz samolotu. Uczyniono zdalnie sterowanym ten samolot z zewnątrz, łacznie z przeprogramowaniem komputerów pokładowych jak i zapisu “czarownych skrzynek” na który to nie miała wpływu załoga tego samolotu, a samolotu innego lub symulatora – symulujacego ten samolot fizycznie, w sprzeżeniu komunikacyjnym. Te metody, zdalnego czy bezzałogowego sterowania samolotem, są stosowane od prawie 20 lat. W tej przestrzeni, satelitów produkcji rosyjskiej mogą byc setki, a wiec łatwość grania na własnym sprzęcie, dostosowanie do własnych potrzeb. Nagrane rozmowy, które też można zmanipulować, potwierdzają, że wariant B: zdalnego sterowania z zewnatrz był w zastosowaniu.
    1. Zejscie ze scieżki do lądowania bez wiedzy załogi.
    2. Interferencja zakluceń – jezeli w pobliżu lub konfiguracji prcują dwie lub wiecej stacji o podobnych parametrach odbioru i nadawania częstotliwości.
    3. Alert “terrain ahead” – brak reakcji załogi / wgrane /.
    4. Odgłosy jakichś rozmów, nierozszyfrowanie niewyrażne, niezliczona ilość włączeń i wyłączeń przełaczników – pochodzaca z innej kabiny lub kabin. /skrzypienie oparć i poreczy foteli, oraz inne odgłosy/
    5. I w końcu, nie spowodowany i nie zamierzony przez załogę, manewr obrotu na plecy samolotu po włączeniu “odejcia” na automacie. obrót ten w osi samolotu i kierunku lotu o 180 stopni, zawsze spowoduje błyskawiczne dobicie samolotu ze zwiększona siłą i prędkością w kierunku do ziemi. Uważam że to był dodatkowy wariant B, w skuteczności zamachu w Smoleńsku

  6. Robert D Bastien on

    Panie pilot?, komentuje pan pracę dobrowolnych naukowców jako profesor P. Artymowicz, fizyk astrofizyk z uni. W Toronto, którzy zechcieli przedstawić swoje opinnie.Czy ma Pan ku temu jakieś uprawnienia, posiadana wiedzę zbliżona chociaż do wieloletnuch studiów i prac codziennych zwiazanych właśnie z tymi problemami.
    Niestety przechlapał pan własny wizerunek etyki zawodowej w napasci personalnej na Profesora Biniendę, który jednak zbudował model zupełnie poprawnie i aparat obliczeniowy. Wynik rożbieżności pomiędzy rzeczywistością a symulacją, świadczy o spostrzegalnosci problemu przez badajacego, bez dostępu do dowodów rzeczowych i badań laboratoryjnych.
    Stwierdzam że nie posiada pan wystarczajacych kwalifikacji do oceny naukowców. Panski wywód – to osobista wycieczka polityczna a nie dązenie obiektywne do prawdy absolutnej takiej jaka ona jest, do której to jest Pan zobligowany.
    Rozpatrywanie zagadnienia Zamachu – jest jak najbardziej priorytetowe w tego typu “wypadkach” co się czyni w normalnym swiecie i powszechnego terroru globalnego. Pierwszym etapem, jest wyeliminowanie lub uwzglednienie dokonanego PRZESTEPSTWA, dopiero ta ocena w pewien sposób zadecyduje o kierunku pracy komiscji powypadkowej.
    Panie pilot?, nie było żadnej komisji do ustaleń przyczyn wypadku w Smoleńsku, to co było i sie kontynuuje to jedno wielkie oszustwo, łacznie z symulowanymi filmami. Pańska teoria prezentowanego obliczenia trajektorii lotu TU-154M101, jest obarczona poważnymi błedami, podstawowymi.
    Niema komisji i dopuszczenia do badań expertów – to jest bardzo interesujący kraj. Starania o powołanie miedzynarodowej niezaleznej komisji bezstronej, o które to występowały i występuje cała POLSKA POLSTĘPOWA łącznie z petycjami – dziwnie uchodzi to pańskiej uwadze – ciagle czekamy na powołanie takiej komisji, miedzyczasie otwarte konferencje są jaknajbardziej wskazane – wiele spraw w postepowaniu powypadkowym mają charakter kryminalny, kamuflowania prawdy oszukiwania dokonane przez MAK i Millera. Na takich expertyzach, nie można opierać i uznawać danych które prowadzą do nikąd tzn. do politycznego szczekania, zamiast prawdy naukowego poprawnego myślenia i udowodnień, które częsciow się dokonały i sprawdziły.

  7. Rafał Wodzicki on

    W sprawie katastrofy powstało wiele rzekomych rekonstrukcji, gdzie samolot spada dziobem w ziemię na przykład, co jest wierutną nieprawdą. Ja z chęcią podjąłbym współpracę z kimś kto zrobi animację wg moich wskazań. Niektórym (nie mającym dość wyobraźni) to może wyjaśnić jak przebiegała katastrofa, a szczególnie niszczenie samolotu na pewno odwróconego na plecy. Wielu też by zrozumiało dlaczego rozważania wokół brzozy powinny być raczej uzupełnieniem głównego wątku. Jeśli samolot się odwrócił to trzeba ustalić: 1. dlaczego się odwrócił, 2. dlaczego brzoza jest załamana (może tam łamali na co dzień, albo Putin złamał)?, 3. dlaczego trajektoria im. Macierewicza wykazuje to co wykazuje ( błąd systematyczny ?).

  8. Rafał Wodzicki on

    Jednak jak ktoś myśli kategoriami kto się komu ma przysłużyć, to wmawia to każdemu, kto tak nie myśli i lekceważy każdego kto wg niego jest “ekspertem rządowym”, “gnoi Polaków”, a najbardziej lubi doktora mechaniki tworzącego pod dyktando. Kogoś kto nie myśli jak on, uważa za “zwolennika MAK”. Więc jeszcze raz: dobre dochodzenie mogą zrobić dobrzy dochodzeniowcy, którzy wcale nie muszą być naukowcami, a jedynie wiedzieć, gdzie się posługiwać analizami robionymi przez naukowców. Naukowiec, który jest dobrym dochodzeniowcem to najlepiej. Natomiast manipulacje programami ze strony biniendowców naprawdę są jedynie szumem informacyjnym. Tytuły tu nic nie znaczą, bo mogą je mieć osoby ich nadużywające w dziedzinach, której nie dotyczą. Brzoza nie jest tu głównym elementem, bo dochodzenia zaczyna się od opisu miejsca katastrofy i związanych z tym faktów. Brzoza, której samolot nie dotknął jest tu wymysłem Macierewicza i tylko dlatego się nią trzeba zajmować. Dokładnie wiadomo jaki był kierunek nalotu i jaki był kierunek niszczenia samolotu oraz, że między tymi dwoma torami nastąpiło odwrócenie się samolotu na plecy, co spowodowało określony sposób jego rozpadu. Każde, nawet najdłuższe rozważania to ignorujące, jest jedynie czynieniem piany.

    • Andrzej Wierus on

      Panie Rafale – wyglada, ze nikt nie moze miec innych pogladow bo pana reakcja jest natychmiastowa. Pan jako inzynier “dochodzeniowy” czuje sie w obwiazku dolozyc kazdemu kto nie zgadza sie z linia analiz prof. Artymowicza. Kiedys bedzie musialo dojsc do spotkania ekspertow roznych opcji (im wczesniej tym lepiej) i wyjasnia sobie jak rowniez nam swoj punkt widzenia i zalozenia poczatkowe od ktorych zalezy wszystko. Teraz natomiast to wyglada na to, ze to pan bije piane i nie dosypia z tego powodu co moze miec fatalny wplyw na jakosc panskich licznych wpisow.

    • Rafał Wodzicki on

      Cały pis w tym, że poglądów fachowych tu nie ma żadnych. Jest za to manipulacja (mająca udawać prawdę) i pokpiwanie jeśli ktoś się z manipulacją nie zgadza. {…} (fragment komentarza skasowany przez Redakcje – TK).

    • Andrzej Wierus on

      Czy Ty nazwales mnie {…} (fragment komentarza skasowany przez Redakcje – TK)?

  9. No i znowu widzimy o bezpardonową walkę o prawdę. Prawda jest pojęciem utylitarnym:”Prawdziwe jest to co jest użyteczne”. Działało to tak w PRL jak i w tzw. III RP, będącej, de facto, czwartym w historii państwem polskim o dość miernych parametrach.
    Jest oczywiste, że dla obozu rządzącego (Platforma, dawniej UW, UD, KLD itd.) wersja MAK-u i Min. Millera jest bardzo użyteczna. Gdyby uznali prawdziwość analiz Prof. Biniendy, Prof. Nowaczyka czy wnioski Zespołu Parlamentarnego Macierewicza to byłoby to skrajnie niekorzystne dla obozu znajdującego się u władzy. Mogłoby nawet potencjalnie doprowadzić do zmiany konfiguracji politycznej nad Wisłą pomimo niedojrzałości politycznej współczesnego polskiego społeczeństwa, które nie chodzi do wyborów. W sposób zdyscyplinowany chodzi do wyborów klientela Platformy Obywatelskiej i dlatego nie należy się spodziewać żeby cokolwiek zagrażało hegemonii obecnej ekipy zwłaszcza, że PiS to fatalni politycy nie majacy pojęcia jak zdobyć popularność swojego potencjalnego elektoratu, w sumie znacznie liczniejszego niż elektoratu Platformy Obywatelskiej. Tak, że nic się w polskiej polityce nie zmieni i te osoby, które strasznie sie boją powrotu do władzy PiS-u czy radykalnych pogromców korupcji typu Zbigniewa Ziobro mogą spać spokojnie. Jest dostatecznie dużo dyspozycyjnych urzędników typu Dworaka, którzy za odpowiednim wynagrodzeniem zamkną usta niewygodnej propagandzie, takiej jak TV Trwam, Radio Maryja itd. „Wolnej Europy”, która monopol nadawczy władz warszawskich łamała, dzięki Bogu już nie ma ponad 20 lat. Jest dobrze i bedzie jeszcze lepiej, no sweat!

    Zastanawia mnie po co został przeprowadzony ten wywiad z p. Artymowiczem skoro oboje dziennikarzy są niekwestionowanymi zwolennikami oficjalnej wersji, że wszystko było w porządku tylko nie piloci. To nie jest wymiana różnych opinii; pytania sugerują odpowiedź i Pan Artymowicz ich udziela „as expected”. Tych, których może nie sam fakt katastrofy, ale jej wynik polityczny cieszy przekonywać nie trzeba. Natomiast tych, którzy uważali od momentu katastrofy, że zamach był co najmniej prawdopodobny wywiad typu „Katastrofa Smoleńska oczyma naukowca” przecież nie przekona. Poddawanie w wątpliwość fachowości Prof. Prof. Biniendy i Nowaczyka w stosunku do atrybutów Prof. Artymowicza i twierdzenie, że „nie byli do niedawna znani” jest w sprzeczności z danymi, które można łatwo znaleźć w Internecie, choćby w Wikipedii i na stronach kilku amerykańskich uniwersytetów. Pomijam już blogi z dość humorystycznym ‘resume’ gdzie ktoś przyznaje się do obywatelstwa w „United Federation of Planets”. Jako fellow-Trekkie odbieram zresztą takie resume jako ‘cute’… Nie wiadomo jednak czy dziennikarze „Gazety” rozmawiają z naukowcem, pilotem czy z politologiem. Na temat pilotażu jest bardzo wiele powiedziane więc zasadne byłoby zapytać czy Prof. Artymowicz pilotuje awionetkę, kukuruźnika, Boeinga 747 czy też statek kosmiczny „Enterprise”…
    Jeśli dobrze rozumiem, to analizy Prof. Biniendy i Prof. Nowaczyka opierają się przede wszystkim na obserwacji, że ostatni punkt zanotowany przez system TAWS (Terrain Awarness and Warning System) leży powyżej wierzchołka brzozy i znacznie dalej w kierunku lotu Tu-154M w kierunku lądowiska. Punkt ten na animacjach i wykresach MAK-u i Millera przykryty jest jakąś grafiką. Wg. danych Millera (załącznik 4.11) samolot nigdy nie zszedł poniżej 18. metrow od pow. gruntu. Nie mógł w związku z tym uderzyć w brzozę. Ubolewam, że w sążnistym wywiadzie z pilotem-naukowcem nie było ani słowa na ten temat.

    Jeśli chodzi o tytuł wywiadu, to przestarzałej formy „oczyma” już się dawno nie używa, mówimy „oczami”. Prawidłowo sformulowany tytuł powinien brzmieć „Katastrofa smoleńska w opinii naukowca”, a jeśli musi być o oczach to „Katastrofa smoleńska w oczach naukowca”.
    Podsumowując, ponieważ oboje dziennikarzy „Gazety” potrafią pisać naprawdę dobrze, należy potraktować „Katastrofę Smoleńską oczyma naukowca” za przejsciową aberrację.

  10. Rafał Wodzicki on

    Zalewski Adrew używa niewłaściwego słownictwa, typu “gnoicie Polaków” sugerując, że najważniejsze, żeby było tak jak chcemy. Ja Sikorskim (może mówić co chce) się wcale nie interesowałem i sam doszedłem do tego jak było. Pierwotnie nie miałem zamiaru się tym zajmować, ale awantury wokół tego tematu spowodowały, że wykorzystałem swoje umiejętności. Nie wszystko wymaga analiz komputerowych. To co mówi prof. Artymowicz stanowi resztę tematu, bo przecież jest fachowcem tam gdzie ja nie jestem, a do tego jeszcze pilotem. Jako dochodzeniowiec mogę zrozumieć jednak kto robi dobrymi metodami, a kto złymi. Przede wszystkim prawdziwy ekspert się nie babrze w sprawach politycznych, jak Binienda, który udowadnia tezy Macierewicza, a nie szuka prawdy. Więc zalecałbym przede wszystkim zachowanie spokoju i nie posługiwanie się zupełnie bezsensownymi argumentami o gnojeniu. Takie słowa od razu pokazują, że nie chodzi o prawdę tylko żeby nasi byli lepsi od Ruskich…

  11. Andrzej Wierus on

    Widze, ze pan Witold Liliental chce sie przysluzyc do frontalnego ataku na garstke ludzi tzw. sekte smolenska ktora pragnie w imieniu narodu a nie politycznych przepychanek wyjasnic co sie stalo w Smolensku 10 tego kwietnia 2010 roku. To wszystko nie byloby potrzebne gdyby rzad premiera Tuska nie stosowal wszystkich form kamuflowania, zaniechania i zaniedbywan przy wyjasnieniu tej katastrofy.
    Jest tyle nie wyjasnionych watkow, ze nie bede ich tutaj wymienial (kto chociaz troche sledzi rozwoj wypadkow w tej sprawie to je zna) a one wlasnie maja ogromny wplyw na tworzenie sie roznorakich teori spiskowych. To wlasnie brak woli rzadu w rzetelnym doprowadzeniu sledztwa do konca jest glowna przyczyna, ze rodziny ofiar i spoleczenstwo ciagle czeka na odpowiedz w cierpieniu.
    Wracajac do modelu pana profesora Artymowicza tez mozna zapytac o kilka detali, np: jaki byl przekroj nieszczesnej brzozy w miejscu jej zlamania bo przyjeta jest srednica 40cm a przeciez ze zdjec to nie wynika. Poza tym brzoza nie zostala przecieta a raczej przelamana w dwoch miejscach (szarpana) co swiadczy, ze zostala przegieta i ten jej wspolczynnik elastycznosci trzeba bylo wziac pod uwage. Nie jestem naukowcem ale buduje i budowalem samoloty od 20 stu lat wiec znajac dokladnie budowe skrzydla np. DC-9 czy serii MD-80 wiem, ze o ile slats czy leading edges bylyby zniszczone to front spar i rear spar z bulkheads zostalyby nie tkniete. Brzoza to nie zelbeton a skrzydlo samolotu Tu-134 w 1/3 swej dlugosci to nie skrzydlo awionetki, ktora pan profesor jako pilot ma okazje latac.
    Szczerze jesli mam wybierac miedzy opracowaniami powyzszego tematu przez profesora astronomi a doktorem z mechaniki struktur wybiore tego drugiego.
    Dla mnie ten artykul to kolejny watek dezinformacji wprowadzany celowo nastawiony na zagmatwanie i wprowadzenie Poloni w blad przez Salon24. Nieprawda powtorzona wystarczajaco duzo razy staje sie prawda… i na to licza PO-plecznicy obecnego rzadu. A rodziny ciagle czekaja na odpowiedz – trzeba bylo przyjsc na spotkanie z pania Magdalena Myrta czy Zuzanna Kurtyka.

    • Rafał Wodzicki on

      Jak widzę – wielu ludzi nie obchodzi tu prawda, tylko mielenie coraz to nowych manipulacji. Nie obchodzi poziom fachowy ludzi, a umiejscowienie polityczne tego co mówią. Do mnie piszą np. jakbym był człowiekiem z ulicy, który nie rozumie doniosłości prezentowanych bajek. Bardzo to ponure świadectwo… A więc warto pokazać, co napisałem swego czasu i do czego widać niektórzy nie dotarli: http://www.progressforpoland.com/artykul/naukowe-falszowanie-dowodow-w-sprawie-smolenskiej . W poniedziałek minęła 20 rocznica katastrofy promu Jan Heweliusz: mało kto się interesuje tym jakie działania podjął ekspert eksploatacji kpt. ż. w. Marek Błuś – wybitny specjalista. On to o powyższym rzekł, że jest to jeden z najlepszych moich tekstów. Prof. Artymowicz powiedział o tej konferencji grzecznie (ja nazywam to po imieniu!), że około połowy wypowiedzi tam było prawdziwych. Czyżby wszystkim nam się przyśniło? Niezależność od niezaleznej.pl nie jest wg takich ludzi niezależnością. Niezależnością dla wielu ludzi jest głupia wiara w manipulacje pseudodochodzeniowców-lepszych Polaków. Także w dziś rozpowszechniany film w tym stylu – autorstwa Anity Gargas – znanej z takich bajek. Jak długo jeszcze tego obłędu?

    • Andrzej Wierus on

      .” Do mnie piszą np. jakbym był człowiekiem z ulicy, który nie rozumie doniosłości prezentowanych bajek”. W rzeczy samej nie rozumiesz, chcialbys ale nie rozumiesz. Przyczyn moze byc wiele, ale jedna z nich jest potrzeba “selfpromotion”… Nikt Cie lepiej nie rozumie tak jak Ty sam, wiec zrob sobie przyjemnosc i zacznij rozmawiac z soba samym.

    • Rafał Wodzicki on

      I ten tekst Andrzeja Wierusa pokazuje jaki jest poziom dyskusji wielu osób: po prostu argumentum ad personam załatwia wszystko. Naubliżać i już. Nawet profesorom. Selfpromotion może robić tylko zespół o właściwych poglądach politycznych, a inni niech się zamkną. Jeszcze więc raz: eksploatacja jak najdalej od polityki i oszołomów, nawet utytułowanych. Dlatego wielu ludzi na poziomie nie jest wykorzystywanych przez społeczeństwa, tym bardziej gdy nie dają się wciągnąć w układy. Warto zwrócić uwagę, że NIKT nie poddał profesjonalnej krytyce ani jednego mojego dania. ANI JEDNEGO! Po prostu próbuje się zastraszyć i stworzyć wrażenie, że naprawdę biniendowcy nic takiego nie robią. Ależ robią: sprzeniewierzają się zasadom nauki i profesjonalizmu oszukując ludzi, którzy nie zawsze mają możność to zweryfikować i stają się swoistymi kamikadze atakującymi każdego kto to wykaże. Prof. Artymowicz powiedział, że dokonał dokładnej analizy tej konferencji i była tam mniej więcej połowa prawdy. Niewątpliwie też uprawia selfpromotion.

  12. Tak o błedzie pilotów mówił już minister Sikorski 15 minut po katastrofie.Dobrze gnoicie Polaków.Świetnie.!Jeszcze raz.Dlaczego nie komentujecie strzałów/potwierdzonych przez prokuraturę/ okrzyków i w obliczu tej tragedii rubasznego śmiechu i krzyków ludzkich .Mamy analizy audialne dokonane przez ekspertów w studio.Kapitan Protasiuk lądowal jako drugi pilot w Gruzji w czasie działań wojennych.Był tupolewem na Haiti.Dlaczego Lech Kaczyński nie pojechał pociągiem? Trzy dni wcześniej zmiana decyzji.

  13. Rafał Wodzicki on

    Macierewicz wystąpił dwa dni temu z twierdzeniem, że “eksperci światowej sławy” ustalili trajektorię co pół sekundy (niebywale dokładną!), z czego ma wynikać udowodnienie tezy jego samego, że w brzozę nie uderzył, a więc na plecy się nie odwrócił!!! Przecież telewizja kłamie… Udowadnianie przez ekspertów światowej sławy tezy stworzonej ad hoc przez przypadkowego człowieka z powodów politycznych, rzeczywiście da im światową sławę. Ci co ustalają prawdę bez światowej sławy w tej sprawie się obędą. Eksperci mają służyć prawdzie, do czego teatr jest niepotrzebny.

  14. Zgadzam sie z p. Rafalem!

    Zgodnosc rekonstrukcji “po sladach” w ksiazce “Ostatni Lot”, skad pochodza rysunki, z fizyczna symulacja tak jak na pierwszej ilustracji swiadczy, ze rekonstrukcja dziennikarzy sledczych (w tym autora pierwszej czesci trylogii Amielina) byla calkowicie sluszna.

    YKW (P.A.)

  15. Rafał Wodzicki on

    Jako inżynier mechanik muszę podkreślić, że znaczną rolę w niszczeniu kadłuba miało ukośne położenie samolotu w chwili zaczepienia o ziemię kikutem skrzydła oraz ogonem. Spowodowało to przełamanie centropłata i rozerwanie kadłuba, co wraz z prędkościami pionową i poziomą spowodowało efekt podobny trochę do wybuchu. Czemu tego nie rozumieli niektórzy podający się za fachowców i wpierali wybuchy? Czemu pomijali np. położenie części podwozia? Ano, czemu….

    • Panie Wodzicki – wrzuc swoja teorie na nowoczesny symulator, oczywiscie z doskonale wprowadzonymi parametrami wlasciwosci gleby w danym czasie (bylo mulisto) i potem poswiec oczami, bo cos tam pan kojarzy, ale chyba mierny z pana inzynier mechanik. Ja akurat tez jestem inz. mechanikiem o dwoch specjalizacjach i tak sobie mysle, ze prof. Bienenda przy innym ukladzie politycznym bylby noszony na rekach. Zycze odrodzenia panie Wodzicki.

    • Rafał Wodzicki on

      Jak zwykle parę ogólników i szum informacyjny – żadnych argumentów. Każdy może tak napisać.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.