Kto się śmieje ostatni

0
Ogary poszły w las i wytropiły Kubę Wojewódzkiego i Michała Figurskiego. Oszczekały, zagnały w kąt, poszarpały łydki. Ponieważ już właściwie wszyscy ujawnili swoje emocje i opinie na temat kontrowersyjnych wypowiedzi obu dziennikarzy, spieszę dołączyć do grona dyskutantów, zanim temat się wypali, bo przecież wkrótce pojawi się nowy, jeszcze bardziej oburzający i skandaliczny powód do publicznego zgorszenia i obrazy. Wojewódzki z Figurskim sami zdziwili się, że aż tak bardzo udało im się namieszać. W obronie znieważonej Ukrainy i zhańbionych Ukrainek stanowczy protest zgłosiły oba Ministerstwa Spraw Zagranicznych, polskie i ukraińskie, nasze Ministerstwo Sprawiedliwości, a także Ambasada Ukrainy w Polsce. Rada Etyki Mediów wystąpiła w tej sprawie do KRRiT, wniebogłosy protestowały niektóre media i niektórzy politycy, unisono zawodził chórem kwiat polskich feministek, nawet profesorka Magdalena Sroda, osoba mądra i zazwyczaj rozsądna. Program zdjęto z anteny. Audycja przestała istnieć, mimo że chłopcy nie robili nic innego, jak to, czemu poświęcili ostatnie dziewięć lat czyli w programie prześmiewczym dźgali patykiem satyry mrowisko naszych wad narodowych. słabości i głupoty. No i klasyka – jak w przysłowiu – uderz w stół, a chór obrażonych tym, że zostali zdekonspirowani da głos. Nawet na myśl im przyjdzie, że ludzie roztropni nie obrażają się przecież na trefnisiów i wesołków! No i kto się śmieje ostatni? Wiadomo, ten kto najwolniej kapuje! Jeremi Przybora mawiał, że “Poczucie humoru jest jedyną godną odpowiedzią na pułapkę istnienia, na okrucieństwo losu, na upokorzenia”. Nasi ponurzy, malkontenccy uzdrawiacze Polski i świata wydają się nie rozumieć, że satyra ma swój własny byt, kodeks postępowania, posługuje się swoimi prawami, że celność satyry, żartu, dowcipu, parodii, pastiszu obnaża niedorzeczność i nonsens, pomaga nam otrząsnąć te wszystkie bzdury, którymi powoli obrastamy i nasiąkamy. Być może Wojewódzki i Figurski powinni ostrzegać na początku audycji: “Uwaga, szanowni słuchacze, proszę się przygotować, teraz będziemy smagać biczem satyry i piętnować kpinkami!” Zawsze lepiej nazwać rzecz po imieniu. Chociaż na przykład ksiądz Benedykt Chmielowski, redagując piewszą polską encyklopedię powszechną “Nowe Ateny”, nie widząc sensu rozwodzenia sie nad oczywistościami stworzył słynne hasło: “Koń jaki jest każdy widzi”. Ale skąd właściwie odbiorcy mieliby wiedzieć, że satyra to humorystyczne ujęcie fragmentu rzeczywistości? Grzegorz Dyndała też przecież nie wiedział, że mówi prozą! Nawet sam Jan Kobuszewski w kabarecie “Dudek” nie odważył się zaufać poczuciu humoru Polaków tylko pospiesznie ostrzegał; “Wężykiem, Jasiu, wężykiem!”. Gdyby nie ta przezorność, jego słynne: “A kto się teraz zacznie śmiać dostanie w ryj!” – mogłoby zostać odebrane jako groźba karalna i zaowocować tysiącem pozwów sądowych, a już co najmniej wzburzyć publikę jako straszne chamstwo. A chamstwu, wiadomo, w życiu należy się przeciwstawiać siłom i godnościom osobistom. Więc lepiej jednak na wszelki wypadek wężykiem. W “Figlarzu wielkomiejskim czyli milionie miłych żartów z przyrządami i bez” Julian Tuwim proponował, zeby w sklepie cukierniczym zamówić 10 liter “N” z czekolady i dwanaście liter” L”. Zastrzegając, że muszą być koniecznie drukowane literami łacińskiego alfabetu. Zadnych zakrętasów czy esów-floresów. Kiedy litery są już gotowe, składający zamówienie ogląda je uważnie. Trochę podgrymasza. W końcu akceptuje. – “Czy zapakować?” pyta ekspedientka. – “Ależ nie, ja to skonsumuję na miejscu!” Trudno nie docenić subtelnej ironii, wdzięku i klasy elegancji tego żartu. Chociaż poetycki i uduchowiony Tuwim potrafił również pokazać pazury. Uwielbiam jego cudną fraszkę, również uznaną za kontrowersyjną w swoim czasie pt.” Na pewnego endeka, co na mnie szczeka”. “Próżnoś repliki się spodziewał, Nie dam ci prztyczka ani klapsa. Nie powiem nawet: “Pies cię j….ł” – Bo to mezalians byłby dla psa.” Marian Załucki powiadał, że “Dowcip to jest myśl, która staje na głowie”. Ale żeby to mogło nastąpić, potrzebne są dwa elementy: myśl i głowa. A relacje między tymi dwoma elementami nie dość, że płynne, to jeszcze osadzone w ciągle zmieniającej się rzeczywistości. Satyra też podlegała ciagłym zmianom, ulegając modzie, normom postępowania, granicom akceptacji i poprawności politycznej, obowiązującym w danym okresie. W czasie zaborów, okupacji, w powojennym PRL-u Polacy figlowali z cenzurą, doprowadzając do perfekcji sztukę aluzji, dwuznaczności i metaforycznych przebieranek. Czytelnicy, widzowie i słuchacze bezbłędnie wychwytywali wszystkie te zakamuflowane przekazy, ciesząc się ogromnie, że tak sprytnie wykołowali durne służby. Ale podobno w pierwszych tygodniach wojny niemieccy cenzorzy jęczeli boleśnie, umęczeni do imentu tysiącami listów, a każdy z nich zawierał zaszyfrowaną informację, że wkrótce przyjadą z wizytą ciocie Ania i Frania…. Nadszedł rok 1989 i zachłysnęliśmy się wolnością. Objęła ona oczywiście i wolność wypowiedzi we wszystkich jej aspektach. No i zaczęło się hulaj dusza, piekła nie ma! Puryści językowi rwą włosy z głowy, bo język nam dziczeje, chamieje, brutalizuje się. A przykład idzie z góry. Kultura tabloidowa tworzona przez polityków i celebrytów spowodowała, że nawet satyrykom i zawodowym dowcipnisiom trudno za nimi nadążyć, przebijają ich bowiem stylem o lekkości łomu i ostrości pordzewiałej żyletki. Z dowcipami nowej generacji nie ma żartów: pamiętam, jak Lech Wałęsa zapowiedział, że chętnie przespaceruje się na pogrzeb  Urbana, albo poda nogę Aleksandrowi Kwaśniewskiemu. Ja lubię Lecha Wałęsę, szczególnie od kiedy przestał być prezydentem. Z przyjemnością więc dowiedziałam się, że dostał Europejską Nagrodę św. Ulryka za to, że “w duchu chrześcijańskim we wzorcowy sposób przyczynił się i zasłużył dla jedności europejskiej”. Od “Solidarności” z Torunia dostał natomiast internetową kartkę, na której roześmiane oblicze byłego prezydenta sąsiaduje z podobnie radosnym świńskim ryjem. No cóż, kto od miecza wojuje… Takie śmiałe igraszki słowne, ciosy na odlew, można by właściwie przebaczyć i zapomnieć, ale Polak ani nie jest Jezusem ani nie ma Alzheimera. Więc kółko się kręci.   Danuta Owczarz-Kowal
Poleć:

O Autorze:

Danuta Owczarz Kowal

Danuta Owczarz-Kowal-absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego (Filologia Orientalna, Wydział Prawa i Administracji). W Kanadzie od 1988 roku. Mieszka w Montrealu. Interesuje się polityką i literaturą, lubi zwierzęta i muzykę rosyjską.

Comments are closed.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.