Moje skromne początki (2)

0
Nawet i ja, piszący felietony o treści politycznej, mam już czasem polityki powyżej uszu, zwłaszcza jak widzę, co dzieje się wśród części klasy politycznej, jak robi wszystko, żeby młodą i niedoświadczoną demokrację, ale jednak państwo oparte na prawie, celowo niszczyć. Mógłbym pisać o kolejnej rocznicy Bitwy Warszawskiej, ale historycy zrobią to znacznie lepiej i ciekawiej ode mnie.Dla mnie sierpień zawsze będzie się kojarzył z moim opuszczeniem Polski w 1981 roku i znalezieniem się w Arizonie. Pisałem już o tym, jak zacząłem swoją karierę za oceanem od zostania brakarzem. Dziściągdalszy wspomnień i odpoczynek od polityki. Odwalałem swoją brakarską powinność do trzeciej. Pozostawało mi półtorej godziny do odbicia karty i niewiele miałem do roboty. Siedząc w ciemnym i dusznym pomieszczeniu, rozdzielając w świetle lampy ultrafioletowej części z pęknięciami i bez, wściekałem się w duchu na swój los. Po jaką cholerę trzeba mi było pokazywać CV, skoro do tej roboty wystarczy kilka klas szkoły podstawowej? Sam sobie tłumaczyłem jednak, że zarabiam w świętych zielonych, kiedy są tacy, którzy pracy w ogóle nie mają. Żadna praca nie hańbi, a mogłem przecież wylądować malując pasy na jezdni, bądź zamiatając chodniki. To, co robię, jest w końcu stokroć lepsze. Tu, jak się okazało, nikt nie martwi się marnowaniem kwalifikacji. A ja zarabiałem przecież z myślą o przyszłości. To wszystko miało być tylko przejściowe. Po powrocie do Polski będę znowu inżynierem, a za zaoszczędzone pieniądze będziemy mieli wygodniejsze życie. Przed końcem dnia snułem się po zakładzie, zaglądałem do hali hartowni, uczyłem się amerykańskich oznaczeń stali i chadzałem do biura, które nosiło szumną nazwę “laboratorium”. Stały tam polerki i praska do robienia próbek, stary mikrotwardościomierz oraz nakryty pokrowcem z folii, z pokaźną warstwą kurzu, mikroskop metalograficzny. Przyuczony do czynności chłopak wycinał próbkę z materiału obrabianej części, zalewał w prasce i polerował, żeby móc zmierzyć mikrotwardość na przekroju. Czynności te wykonywał całkowicie mechanicznie, bez jakiegokolwiek uświadomienia, o co tu chodzi. Aby tylko twardość zgadzała się z tą, którą miał na zamówieniu. Niczego więcej go nie nauczono, ani od niego nie wymagano. W niecałe dwa tygodnie po rozpoczęciu swojej brakarskiej kariery, zawędrowałem do “laboratorium” w ostatniej godzinie pracy. Od dwóch dni firma borykała się z problemem, o którym właśnie się dowiedziałem. Rury, kupowane przez jednego z naszych klientów, który wykonywał na nich jedyną operację gwintowania końcówek, przysyłane były do nas w celu zahartowania i odpuszczania. Wszystkie one miały pęknięcia powierzchniowe, biegnące równo wzdłuż osi. Już dawno w Polsce wiedziałem, że jeśli tylko coś „nie gra” w cyklu produkcyjnym, zawsze obwiniana jest wpierw obróbka cieplna. Oczywiście, w tym przypadku, kosztami już chcą obciążyć naszą firmę. Spojrzałem na pierwszą z brzegu rurę i zauważyłem, że wewnętrzne powierzchnie pęknięcia są ciemne. Wyraźnie dotarło do nich bez trudu utlenienie. A więc musiały już być nadpęknięte przed obróbką cieplną. Złapałem się za głowę. Czy oni naprawdę nie słyszeli o wzdłużnych wtrąceniach niemetalicznych w walcowanej stali, które powodują kruchość na gorąco? Materiał dostarczony przez klienta musi być wadliwy. To nie wina naszych hartowników. Łapię szefa, który jeszcze jest w zakładzie i tłumaczę, że trzeba zbadać próbkę pod mikroskopem. Owszem, słyszał o tych wtrąceniach, nazywają je tu w żargonie zawodowym “stringers”, ale jak to udowodnić? Jeszcze raz mówię, że muszę obejrzeć próbkę pod mikroskopem. Herb na to: A ty się na tym znasz? Umiesz tym operować? Bo ja metaloznawstwo miałem tylko przez jeden semestr i to bardzo dawno, a tym mikroskopem tutaj nikt się nie zajmuje. Zdziwiony, sam odpowiedziałem pytaniem, co ten mikroskop tutaj robi. No i otrzymałem swoją pierwszą lekcję poglądową na temat, co należy pokazywać inspektorom podczas wizytacji. Zostałem dłużej, zabrałem się do roboty. Chłopak wyciął dla mnie dwie próbki w przekroju wzdłużnym, zgodnie z moją instrukcją. Sam je wypolerowałem i wsadziłem pod mikroskop. Moje przewidywania sprawdziły się całkowicie. Długie pasemka złowrogich siarczków, wszystkie zorientowane osiowo, nie dawały rurom szans przy grzaniu. W materiale surowym musiały już być takie same mikropęknięcia, które tylko otwierały się bardziej w wysokiej temperaturze. Zawiadomiłem Herba, żeby natychmiast przestali obrabiać rury dla tego klienta. Wykonałem kilka zdjęć. Napisałem formalne sprawozdanie, tak, jak mnie uczono pisać ekspertyzy niegdyś w Instytucie. Przypomniało mi się, jak to samo sprawozdanie musiałem przerabiać po pięć razy, bo szef był wymagający i czytał tylko “do pierwszego błędu”, po czym zwracał do poprawki, dodając, że jeszcze ze mnie zrobi pisarza technicznego. Tu nikt mi nie kwestionował ani stylu, ani treści. Nazajutrz Herb zabrał mnie z tym ręcznie napisanym elaboratem do producenta rur, a zarazem naszego klienta. Lichy, brudny kantorek nie sprawiał najlepszego wrażenia. Właściciel w zabrudzonym kombinezonie, kiedy wreszcie się zjawił, z miejsca powiedział, że nie ma dużo czasu Zatłuszczoną olejem maszynowym ręką wziął sprawozdanie, zaczął czytać, ale szybko przerwał. Ja z tego nic nie rozumiem. To jakiś język z college’u. O co tu właściwie chodzi? Wtrąciłem tym razem ja sam, tłumacząc jak najprościej, że surowe rury przez nich kupowane mają wadę materiałową i że następne też mu popękają. Dodałem, że musi on zareklamować dostawę z walcowni. Jako dowód może załączyć moje sprawozdanie. Następnego dnia przysłali jednak nową partię rur do obróbki cieplnej, jak zwykle. Wzięliśmy te surowe rury na badanie. Całą partię zanurzyliśmy w płynie fluorescencyjnym. W świetle lampy ultrafioletowej, pęknięcia, prościutkie, jak linijka, wyszły wyraźnie na każdej sztuce. Dalszych dowodów nie potrzebowali. Klient zwrócił wadliwe rury do walcowni. Reklamacja została uznana, nasza firma uniknęła zapłacenia kilku tysięcy dolarów, a ja już do roboty brakarskiej nie powróciłem. W glorii zostałem nadwornym specjalistą od metaloznawstwa, z bliżej nieokreślonym zakresem obowiązków. Praktycznie przejąłem kilka starych przyrządów, tworzących “laboratorium”. Oprócz czysto rutynowych badań kontrolnych, moje zadania czasami obejmowały ustalanie przyczyn różnych problemów technologicznych, które, jak na całym świecie, co jakiś czas występowały na hartowni. Taka więc była Ameryka. Nie żądali papierka na udowodnienie kwalifikacji, ale zaufania pełnego też nie mieli, dopóki nie wykazałem się praktycznie. Pomyślałem, że może to i lepiej, przynajmniej teraz będę dla nich więcej wart. Pierwsza część: “Moje skromne początki
Poleć:

O Autorze:

Witold Liliental

Urodzony w Polsce, dorastający w Południowej Afryce, inżynier metalurg z zawodu (dyplom z Polski) i dziennikarz, propagujący tolerancję rasową, szczególnie aktywny w obalaniu stereotypów i uogólnień, popularyzator historii Polski i osiągnięć Polaków w starym kraju i na świecie, recenzent wydarzeń kulturalnych i książek.

Comments are closed.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.