Moje skromne początki

0
O obchodach rocznicy Powstania niech napiszą inni tym razem. Mnie po głowie chodzą wspomnienia sprzed dokładnie 31 lat, kiedy znalazłem się po tej stronie Atlantyku, z początku nie zdając sobie sprawy z tego, że kilkumiesięczny bezpłatny urlop zamieni się w nowe życie, a ja stanę się powtórnie emigrantem, miotanym przez wielkie historyczne wydarzenia w kraju. Zanim do tego doszło, musiałem żyć, nie obciążając nikogo, a to oznaczało znalezienie pracy. Telefonuję do Immigration Service. Czekam wieki i drażni mnie skoczna muzyka z taśmy podłączonej do linii wyczekiwania. W końcu, kobieta pyta, o co chodzi. Mówię, że jestem z Polski, mam wizę typu J-2, ważną do lutego następnego roku i pytam, jak długo musiałbym czekać na zezwolenie na pracę. Urzędniczka mówi, że istnieje możliwość ubiegania się o tymczasowe zezwolenie, na czas ważności wizy, w szczególnych przypadkach możliwe do formalnego załatwienia w przeciągu kilku dni, bowiem decyzja pozostaje w gestii lokalnego urzędu. Skaczę z radości i natychmiast jadę do Urzędu. Trafiam na rozmowę z samym kierownikiem. Jest oficjalny, bez zbędnych kurtuazji, ale ludzki. Pyta, dlaczego chcę pracować. Tłumaczę mu swoje racje. Kierownik wysłuchał cierpliwie, nie odrywając oczu od kartek foliału prawniczego i odparł, że właśnie stara się mi pomóc. Składam podanie. Nazajutrz jadę tam ponownie. Urzędniczka każe mi podnieść rękę i przysiąc, że informacje przeze mnie podane są prawdziwe. Wreszcie oświadcza, że przy moich kwalifikacjach byłoby nie fair ani wobec mnie, ani wobec przemysłu w Arizonie odmawiać mi prawa do pracy. Bierze mój paszport i na wpiętej karcie kontrolnej I-94 przystawia stempelek: “Employment Authorized”. W ratuszu miasta Tempe, przypominającym piramidę stojącą na wierzchołku, jest mały pokoik, w którym trzy razy w tygodniu starszy pan przyjmuje druczki na numery Social Security. Mam szczęście, bo akurat trafiam na przyjęcia i to bez kolejki. Dziadek przyjmuje ode mnie wypełniony króciutki, prosty druczek, ogląda w paszporcie stempelek uprawniający do pracy. Nie interesuje go nawet to, że uprawnienie to ważne jest tylko tak długo, jak ważna jest wiza. Z jego rąk otrzymuję pokwitowanie, że zgłoszenie zostało przyjęte. Zapewnia mnie, że to pokwitowanie jest już równoznaczne z posiadaniem numery Social Security i wystarczy je pokazać przy staraniu się o pracę. Sama kartka z numerkiem ma przyjść pocztą na adres domowy za kilka tygodni. Szukałem fabryk, które mogły mieć wydział obróbki cieplnej i znalazłem w książce telefonicznej trzy firmy. W pierwszych dwóch usłyszałem, że nic z tego. W trzeciej, mężczyzna z drugiego końca linii wysłuchawszy mojej wypowiedzi odrzekł, że mógłbym przyjechać, porozmawiać. W wyznaczonym dniu elegancko odstrojony, pojechałem. Dzielnica robiła wrażenie zakazanej i slumsowatej. Zakład okazał się być usługową hartownią, zatrudniającą kilkudziesięciu pracowników. U nas zawsze były wielkie fabryki, zatrudniające po kilka tysięcy ludzi, z wydziałami obróbki cieplnej. Kantorek dyrekcji mieścił się w obskurnym barakowozie na zewnątrz fabryczki, z połączeniem telefonicznym do wewnątrz. U nas kierownicy mieli eleganckie gabinety i sekretarki. Coś mi nie pasowało do mojego wyobrażenia o Ameryce. Ale kierownik przyjął mnie w gabineciku wewnątrz budynku, nazwanym szumnie “laboratorium”. Kierownik był sympatyczny i znający swój fach. Przeczytał CV uważnie i wyraził uznanie. Do kantorka poprosił właściciela zakładu, który przedstawił mi się, jako Chuck. Chuck również przeczytał CV i zapytał, na jak długo jestem w Arizonie. Odpowiedziałem uczciwie, że mam tymczasową wizę do końca lutego, ale będzie przedłużona. Dodałem, że trudno mi powiedzieć, jak mi się losy ułożą, bo nie wiadomo jeszcze, co się może wydarzyć w Polsce. Dałem więc do zrozumienia, że moje ewentualne zatrudnienie mogłoby mieć charakter bardziej trwały. Ostrzegano mnie, że pracodawcy nie chcą sobie zawracać głowy z nikim na parę miesięcy. Zarówno Chuck, jak i kierownik Herb nie wychodzili z podziwu dla mojej płynnej angielszczyzny. Moje lata nauki i wieloletnie doświadczenie, jako “nadworny” tłumacz w Instytucie mogły mi teraz zjednać przychylność ewentualnego chlebodawcy. Wszedł kierownik kontroli jakości, niejaki Bob, w podartej koszulce i dziurze w spodniach na całe kolano, ale z twarzą intelektualisty. Bob szybko przeszedł do swojej sprawy. Koła zębate do silniczków pomp paliwowych łuszczą się na powierzchni, a to przecież części lotnicze. Wyczułem swój moment. Zacząłem tłumaczyć, że mogą się łuszczyć, jeżeli na powierzchni będą naprężenia rozciągające, co może się zdarzyć, jeśli materiał jest odwęglony. Poradziłem sprawdzić szybko twardość na powierzchni i nieco głębiej na przekroju. Zrobiłem wrażenie. Chuck odezwał się „Widać, że jest pan fachowcem i być może mógłby pan się nam tutaj przydać. Tylko że my jesteśmy małym warsztacikiem i obawiam się, że cokolwiek Panu zaproponujemy pod względem zarobków, będzie dla pana obelgą.” Nie od razu przyjęli. Dali nadzieję, że sprawę przemyślą i zastanowią się, na jakich warunkach mogliby mnie zatrudnić i żebym zadzwonił za kilka dni. Wróciłem mocno podniecony i cały wieczór liczyłem warianty przypuszczalnych zarobków: Widziałem siebie wprowadzającego najnowsze technologie w małym zakładzie, śniła mi się nowa, przyszła praca i to wszystko, na co mnie będzie stać za zaoszczędzone pieniądze po powrocie do Polski. Kiedy zjawiłem się tam ponownie, dowiedziałem się, że mogą dać mi niecałe piętnaście tysięcy rocznie przed potrąceniem podatków. Zapewniają mnie, że po okresie próbnym, za dwa, trzy miesiące, dostanę podwyżkę. Zostałem wykorzystany. Ale trudno. Wrócę do Polski z małymi oszczędnościami, ale w Polsce każdy dolar wart jest fortuną. W poniedziałek rano zjawiam się w nowej pracy. Kierownik zakomunikował mi, że wpierw kolejno przejdę przez różne działy i wtedy zobaczy się, gdzie jestem najbardziej przydatny. Oprowadził mnie po zakładzie, wreszcie zawiódł do działu badań nieniszczących i zapoznał z jego kierownikiem. Kierownik, starszy człowiek, jedną nogą na emeryturze, potrzebował, kogoś niegłupiego, żeby po nim przejął dział. Liczył na to, że tym kimś będę ja. Zadanie było łatwiejsze, niż mogło się wydawać. Badanie części na pęknięcia po hartowaniu polegało na oglądaniu ich, po zanurzeniu w płynach fluorescencyjnych, w świetle lampy ultrafioletowej. Płyny wsiąkały w pęknięcia i w świetle lampy były wyraźnie widoczne, jako jaskrawo żółte kreski. Po piętnastu minutach byłem już fachowcem w nowej branży. Bez pęknięć na lewo, z pęknięciami na prawo. Zostałem… brakarzem. Ciąg dalszy: “Moje skromne początki (2)
Poleć:

O Autorze:

Witold Liliental

Urodzony w Polsce, dorastający w Południowej Afryce, inżynier metalurg z zawodu (dyplom z Polski) i dziennikarz, propagujący tolerancję rasową, szczególnie aktywny w obalaniu stereotypów i uogólnień, popularyzator historii Polski i osiągnięć Polaków w starym kraju i na świecie, recenzent wydarzeń kulturalnych i książek.

Comments are closed.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.