Nie na miejscu

0
Czy ktoś jeszcze pamięta określenie “nie na miejscu”? Schamienie świata wokoło nas, skrótowość i uproszczenie wszystkiego do minimum powodują, że na pewne sprawy, a nawet pewne wyrażenia nie ma już dzisiaj miejsca. Władysław Pomarański pisał ostatnio o wymarłym już prawie gatunku, jakim jest dżentelmen. Takich znamy już prawie wyłącznie z literatury (której nikt nie czyta) czy ze starych filmów. Dlaczego? Bo komu by tam chciało się biec naokoło samochodu, aby otworzyć kobiecie drzwi? Nasze czasy to epoka skrótów i pośpiechu. Nikomu do głowy nie przychodzi już zabrać się za coś, co wymagałoby długotrwałego wysiłku. A dobre maniery i kindersztuba nie idą na skróty. Trzeba powiedzieć dużo więcej niż “pozdro”, trzeba umieć podtrzymać konwersację. Zanikła sztuka pisania listów, bo mamy przecież skrótowy z konieczności e-mail, a dla tych, dla których jest on jeszcze za mało oszczędny – twitter. Powróćmy do wyrażenia z pierwszego zdania tego felietonu “nie na miejscu”. Marzyłoby mi się przywrócenie go nie tylko do naszego codziennego języka, ale przede wszystkim do naszego życia. Ostatnio przyszło mi ono na myśl, kiedy z bólem serca słuchałam skandalicznego zachowania tłumu zebranego na uroczystościach obchodów kolejnej rocznicy Powstania Warszawskiego. Na widok premiera ta tłuszcza zaczęła gwizdać i buczeć. Na nic się zdały apele gen. Ścibora-Rylskiego, weterana, bohatera, jednego z niewielu z tamtej starej gwardii. Apelował o powagę, uszanowanie tych, którym to zgromadzenie było poświęcone. Na darmo. Jako warszawianka wychowałam się w cieniu Powstania 1944 roku. Mój ojciec był ranny, mój wuj AK-owiec walczył na Starówce, drugi, młodszy na Mokotowie. Nie ma rodowitej warszawskiej rodziny, dla której Powstanie nie jest wydarzeniem pamiętnym, ważnym, tragicznym, pięk- nym – różnie zapisało się w rodzinnych wspomnieniach i historiach, ale odcisnęło piętno na losach każdej warszawskiej rodziny. Wychowałam się w domu, gdzie śpiewało się “Marsz Mokotowa”, skąd dwa kroki było do pooranego jeszcze przez kule Powiśla i zrównanej z ziemią Starówki. Ba, w mojej własnej kamienicy mury miały dziury od kul niemieckich. To święte wspomnienia, a uczestnikom tych wydarzeń sprzed ponad 60 lat należy się hołd i podziw. Tym żyjącym, tym poległym i tym, którzy ocaleli, ale już odeszli. Wstyd, że można nie mieć na tyle wrażliwości, kultury i wyczucia, aby takie uroczystości – które powinny być wspólne dla wszystkich Polaków – traktować jako okazje do manifestowania swoich antypatii politycznych. To nie czas na takie zachowania. Są tam zupełnie nie na miejscu.
Poleć:

O Autorze:

Malgorzata P. Bonikowska

Dziennikarka, publicystka, anglistka (doktor językoznawstwa), nauczycielka, autorka książek, działaczka społeczna, współtwórca i redaktor naczelny www.gazetagazeta.com. Kocha pisanie, przyrodę i ludzi.

Comments are closed.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.