Wyspa piratów, czyli jak uczyłam moje dzieci czytać i pisać po polsku (1)

0
Z cyklu: Nasze dwujęzyczne dzieci  Przyznaję, byłam matką-ryzykantką i jeśli chodzi o naukę czytania po polsku, zachowywałam się wobec moich córek trochę jak piraci wobec cherlawego rozbitka znalezionego na bezludnej wyspie wraz ze skarbem. Zabiera się go na pokład, ale tylko po to, by na środku oceanu wyrzucić za burtę. Wypłynie, znaczy radzi sobie i można go wyrzucić ponownie. A potem jeszcze raz, i jeszcze, i tak w kółko, aż nabierze siły i mięśni, i dopiero wtedy można zacząć go uczyć na dobre… Starsza nauczyła się alfabetu właściwie-nie-wiem-kiedy, pamiętam tylko, że było to jeszcze w przedszkolu. Panie wychowawczynie miały plan, by do końca edukacji dzieciaki przyswoiły sobie pisownię własnego imienia i nazwiska. U mojego dziecka to prawie połowa alfabetu, stąd reszta nie była wielkim wyzwaniem. Pod koniec czterolatków zacierałam z radości ręce, bo córka śpiewała po polsku piosenkę o alfabecie (*dla zainteresowanych słowa na końcu tekstu) i potrafiła przeczytać pierwsze słowa: kot, lot, ja, mama, tata itp. Eliza Wiktoria czytaPodobnie jak w mowie, tak i w piśmie rozsądną wydawała mi się zasada, by zacząć od polskiego, zanim do akcji wkroczy angielski i przejmie pałeczkę. W wakacje przed zerówką zakasałam więc rękawy i okleiłam w domu wszystkie meble, sprzęty oraz co większe zabawki kartonikami z polskimi nazwami. Kupiłam dodatkowe pudełko gry w memorki i podpisałam każdy obrazek. Woda, którą wlałam do oceanu była wystarczająco głęboka przy niektórych słowach jąkał się nawet mój mąż, np. “odkurzacz” (oduziać!) oraz “kuchenka” (kukenka!). Chwyt z nazwami sprawdził się, ale tylko do pewnego stopnia, bo nie wszystkie słowa wzbudzały w córce jednakowe zainteresowanie (zaintrygowanie) co w sumie jest naturalne! “Anioł” jako podpis makatki, którą miała nad łóżeczkiem, wzbudzał euforię, natomiast “ekspres do kawy” nie przyciągał jej wzroku wcale. Przy młodszej córce podpisy ograniczyłam więc tylko do zabawek i przyborów do prac ręcznych. Głębinowa metoda kartonikowa mimo wszystko przyniosła nam duże korzyści. Córki oswoiły się z faktem, że w języku polskim, w odróżnieniu od angielskiego, literki często mają do towarzystwa ogonki, kropki i kreski, a słowa są dłuuuższe (dlaczego one są zawsze takie dłuższe, mamusiu?).
Następne w kolejce były książeczki do nauki czytania. Z racji tego, że żyjemy zanurzeni w kulturze anglojęzycznej córki zawsze z entuzjazmem reagowały na polskie wersje znanych im książeczek po angielsku. Na początku zerówki Starszej przeprowadziłam więc mały wywiad z nauczycielką pod kątem konkretnych tytułów i pomocy naukowych, z którymi dziecko będzie miało styczność w szkole. Zakupiłam ich stosik (materiały te nie są w USA drogie, 3-4 dolary za książeczkę) i znów, używając, niezawodnych kartoników, pozaklejałam tekst angielski polskim (pracy niewiele książeczki mają po kilka stron i po jednym zdaniu na stronie). Oczywiście potrzebne były modyfikacje, bo prosta angielska fraza: “A cat sat” w tłumaczeniu dosłownym musiałoby zawierać słowo “usiadł”, odrobinę za trudne jak na pierwsze przeczytane po polsku zdanie. Mieliśmy więc: “To jest kot” oraz “To jest kot w domu” pod obrazkiem podpisanym w oryginale jako “A cat sat on a mat”. Ewentualne nieścisłości między treścią, a ilustracjami wyjaśniałyśmy sobie na bieżąco w trakcie czytania. Obu córkom bardzo podobała się seria książeczek pt. “Now I’m reading” (Nory Gaydos) oraz prześmieszna oldskulowa seria do nauki czytania popularna w Ameryce pół wieku temu pt. “Dick and Jane”. Ponieważ przy “Dick and Jane” angielszczyzna była odrobinę bardziej skomplikowana (używana w książeczkach metoda zakłada wzrokowe zapamiętywanie trudniejszych, lecz najczęściej występujących w angielskim słów) nastąpiło kolejne “wyrzucenie za burtę” w tłumaczeniu już w trzecim rozdziale pierwszej książeczki z serii zostawiłam i “chodź”, i “przytul”, i chyba nawet “roześmiany”. A jednak i tym razem córki (najpierw jedna, a potem druga) radziły sobie i “wypływały” na powierzchnię. Nieoceniona okazała się motywacja … ze strony ich amerykańskiej szkoły! Te same książeczki miały na półce w klasie. Możliwość pochwalenia się przed rówieśnikami, że potrafią je przeczytać także w innym języku była że pozwolę sobie sięgnąć do sloganu z reklamy priceless.. Samego procesu czytania uczyłam córki tradycyjną metodą sylabizowania. Wiem, że nie jest dziś ona najpopularniejsza wśród psycholingwistów, ale na wyborze znów zaważył fakt, że w ten sposób dziewczynki uczono w szkole amerykańskiej. Konsekwentnie, w miarę jak nabierały biegłości w czytaniu moje prognozy, że biegłość w angielskim szybko dogoni tę w polskim sprawdziły się w przeciągu kilku miesięcy starałam się im podsuwać pod nos polskie tłumaczenia znanych im serii po angielsku. W tej roli w naszej rodzinie dobrze sprawdziły się pozycje o Kubusiu Puchatku i inne, proste disnejowskie opowiastki, a nieco później seria “Magiczny domek na drzewie” (Mary Pope Osborne) oraz “Tęczowa magia” o wróżkach-elfinkach (Daisy Meadows).
Gdy Starsza była w trzeciej klasie odkryłam (nieco późno) popularną w szkołach w Polsce serię podręczników “Wesoła szkoła”. Podręcznik się “sprawdził” córce podobał się wybór tekstów i ćwiczenia (w pakiecie są zeszyty do nauki pisania oraz gramatyki mając coś takiego do dyspozycji zaczęłam się czuć prawie jak na wakacjach!), stąd kilka lat później, gdy przyszła pora na jej siostrę, “Wesoła szkoła” od początku stała się i jest do dzisiaj podstawą naszych domowych lekcji. Choć materiału i tekstów jest w tych podręcznikach wystarczająco nie zrezygnowałam jednak z angielskich książeczek po polsku, nawet jeśli ich tłumaczenia nie zawsze rzucają na kolana. Dlaczego? Nie żyjemy w Polsce żyjemy w Ameryce. Moje dzieci, żebym nie wiem jak się starała i jak często woziła je na wakacje za ocean funkcjonują przede wszystkim w angielskim i to tutejsza kultura jest dla nich najważniejszym punktem odniesienia w okresie dzieciństwa. Obserwowałam u Starszej, a obecnie obserwuję u Młodszej, że angielskie książeczki po polsku są jak pomost między dwoma światami, przez który moje polonijne dzieci nawigują. Co ważniejsze są dobrym narzędziem pokazującym córkom, że nauka czytania po polsku nie jest czymś zupełnie obcym i oderwanym i od realiów, z którymi stykają się na co dzień w szkole i poza domem
Jest raczej tylko wersją pewnego procesu polegającego na przyswojeniu sobie umiejętności odcyfrowywania znaczenia zadrukowanych linijek na papierze i ekranie.

Eliza Sarnacka-Mahoney

Artykuły Elizy Sarnackiej-Mahoney i wywiady z nią o tej tematyce ukazują się co dwa tygodnie. Osoby chętne do zgłoszenia swoich pytań lub uwag prosimy o kontakt: redakcja@gazetagazeta.com lub 416-262-0610.
Poleć:

O Autorze:

Eliza Sarnacka Mahoney

Eliza Sarnacka-Mahoney- publicystka i pisarka, mieszka w Kolorado. Od wielu lat współpracuje z mediami w Polsce i Ameryce. Mama Natalii i Wiktorii, ich dwujęzyczne wychowanie opisuje w cyklu artykułów dla Gazety.

Comments are closed.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.