Ortograficzny potwór – czy jest rada na ortograficzną nudę

0

Z cyklu: Nasze dwujęzyczne dzieci

Siedzimy z Młodszą w ulubionej śniadaniodajni Panera Bread. Za oknem pyszni się czystą bielą zima, słońce przydaje wszystkim elementom krajobrazu połyskliwości, jakby pokryte były szczodrą warstwą srebra. Niebo czyste jak łza, lekuchny tylko wietrzyk, temperatura w sam raz jak na tę porę roku: 0 stopni C. Hej! – jaki to będzie piękny dzień!

 

Atmosfera przy naszym stoliku w niczym jednak nie odzwierciedla aury za oknem. Piętrzą się przed nami smakowite bułeczki z czekoladą i aromatyczna herbatka, a my patrzymy na siebie z Młodszą wzrokiem ściętym, zaciętym, nieprzejednanym. Powód? – polska ortografia. Ten gad, ten zwierz, to monstrum okropne, które nam mąci relacje, a czasami przyprawia nawet o łezki w oczach (Młodsza) i poczucie totalnej rodzicielskiej porażki (ja).

Eliza Wiktoria czytaNiedawno Młodsza obdarowała mnie wspaniałą laurką z kwiatkami i szlaczkami, dedykacją w środku i podpisem “Twoja curka”. Opisując wczoraj w kajeciku wydarzenia ostatniego weekendu, wspomniała o “śniegu w ogrudku” i kiełbaskach, które “mamusia smarzyła” na kolację. Ponieważ przy okazji śniadań w “Panera Bread” urządzamy sobie lekcje polskiego (oto przykład przekupstwa, jakie bezwstydnie uprawiam: Młodsza ma opcję dojazdu do szkoły w aucie taty, śniadanie je wtedy w domu i jedzie prosto do placówki, albo wyjeżdża ze mną i po odstawieniu do szkoły starszej siostry, idziemy raczyć się smakołykami i uczyć się polskiego we wspomnianej jadłodajni), była to dobra pora na niedobre pytania.

– I co my zrobimy z tą twoją ortografią?

– A musimy coś z nią robić? – dziwi się dziecko.

– Raczej musimy. Za dużo byków grasuje po twoim pastwisku.

Młodsza wie do czego piję. Z rzadka udaje jej się napisać jedno zdanie bez błędu. Cieszymy się, jeśli chodzi jedynie o “przeoczone” ogonki u dołu lub z góry literek.

– Nie mam byków i nie mam żadnego pastwiska! – obraża się, odpycha od siebie talerz, herbatkę, w jej szmaragdowych oczach pojawia się lśnienie, tak podobne do tego, którym słońce natarło elementy krajobrazu za oknem. Tylko, że to lśnienie zwiastuje mrok, nie światło.

Mrok dziecięcej duszyczki czującej, że zbliża się jakiś potrzask, który będzie wymagał pracy, by się z niego wydostać.

Praca! – jakie to straszne. Wysiłek – a ja nie chcę, nie chcę!

Jak zachęcić dziecko do pracy, przekonać, że warto, a zasadzone w dzięki tej pracy drzewo będzie owocować do końca życia? Odpowiedź na to pytanie być może zna sfinks, ale uparty z niego milczek, stąd wśród rodziców na całym świecie panuje w tym temacie uniwersalna niewiedza.

Jako rodzice dzieci dwujęzycznych niezaprzeczalnie mamy pod górkę o wiele bardziej niż rodzice pociech monolingiwalnych. Primo – bo już i tak wymagamy od dzieci więcej pracy, niż monolingwialny świat wymaga od ich monolingwialnych rówieśników. Secundo – bo czepiamy się o rzeczy tak drugorzędne jak poprawne pisanie w tym drugim, nadprogramowym języku, no naprawdę, czy my już nie mamy żadnych innych zmartwień?

Wreszcie – bo nauka ortografii w jakimkolwiek języku to najnudniejsza rzecz na świecie!

Sprawdzonym sposobem na “bezbolesną” ortografię jest czytanie. Wiecie Państwo o czym mówię – im więcej czytamy, tym więcej razy “widzimy” dany wyraz w formie pisanej, nasz mózg “koduje” go jak obrazek i gdy pojawia się niepewność, wystarczy, że sobie takie słowo napiszemy, a już wiemy, co jest poprawne. Ale jako rodzicom i tutaj wiatr dmie nam w oczy. Gdy nasze dwujęzyczne dzieci czytają na tyle biegle, że mogą czytać swobodnie także po polsku, to jest to zwykle ten moment, że o wiele chętniej zaczynają sięgać po lektury anglojęzyczne i trzeba podchodów, by książki po polsku też im do rąk wpadały oraz wytrwale nie wypadały aż do ostatniej strony.

Co robić?

Niwa edukacyjna u Młodszej i tak przysparza nam ostatnio wystarczająco kłopotów. 9 lat, czwarta klasa podstawówki, nikomu nie wystarczy już tylko ładny uśmiech i wrodzona elokwencja. Trzeba się uczciwie pouczyć do klasówki, wypracowanie napisać, zadania odrobić. Młodsza jest z gatunku dzieci, które lubią o sobie myśleć w kategoriach “a ja to już wiem”, więc fakt, że czegoś jednak nie wie nie wzbudza w niej euforii, nie dodaje skrzydeł. Nie odnalazła w moich “bykach i pastwisku” żadnego humoru – to wymowny dowód na to, z jaką skonfliktowaną postawą mam do czynienia.

Co robić?

Stare przysłowie pszczół, szczególnie z ula Hillary Clinton, brzmi: “It takes a village” (pol: potrzeba nam wielu rąk – tytuł pewnej mądrej książki, którą szczerze polecam). Starsza jest pierwszą osobą, którą spotykam po południu więc na nią pada. Nie spodziewam się cudów, tymczasem…

– Porozmawiam z nią, mamo – deklaruje moje nagle-dorosłestarsze- dziecko, a by zszokować mnie jeszcze bardziej, dodaje: – Powiem jej, które książki mi się najbardziej podobały, gdy byłam w jej wieku. A w ogóle to poszukam tych książek na półkach i je jej oddam. Myślę, że mnie posłucha. Wiesz jak ona zawsze usiłuje być taka jak ja. Nie martw się. Pomogę ci.

Nie spadam z fotela tylko dlatego, że jest samochodowy i jestem do niego przypięta pasami. Na co dzień często odnoszę wrażenie, że “kult starszej siostry” jest dla Starszej bezapelacyjnie najbardziej wkurzającym aspektem życia pod jednych dachem z Młodszą i gdyby mogła, wyplewiłaby go stamtąd do ostatniego słowa i spojrzenia, by tylko mieć święty spokój. Święty spokój w życiu nastolatki: priceless.

– Czytałaś po polsku więcej ode mnie jak byłaś w moim wieku? – kilkanaście minut później Młodsza mruży oczka lustrując siostrę podejrzliwym spojrzeniem. Troska w oczach siostry wydaje się jednak być szczera. – Ale co, działało? – mimo wszystko woli się upewnić, bo prócz Nasze dwujęzyczne dzieci DWUJĘZYCZNOŚĆ Ortograficzny potwór – czy jest rada na ortograficzną nudę genu “a ja to już wiem” posiada też gen “nie lubię marnować czasu na niesprawdzone receptury”.

– Przecież wiesz, że piszę bez błędów – przypomina autorytatywnie Starsza. Zanim Młodsza ma czas ustosunkować się do tego ewidentnie zbyt chełpliwego komentarza, dodaje: – I mam jeszcze jeden pomysł! I to jaki!

Pomysł jest wyborny. Wcielamy go w życie natychmiast, to jest już dzisiejszego poranka przy śniadaniu w Panera Bread.

… kałuże w różowym murze … podróże po czarnej dziurze … nóż przy krzaku róż (oho, powiało Halloweenem… do herbaty pieprzu włóż … smaruje Młodsza w kajeciku chrupiąc kanapkę z jajkiem i nieźle przy tym chichocząc.

Pomysł Starszej bazuje na wiedzy starej jak świat: o wiele szybciej złapiesz dziecko na wędkę, jeśli przynęta będzie śmieszna i będzie się rymować. Starsza poszła nawet dalej, uważa, że powinniśmy zrobić z tego całą grę. Śmieszne wyrażenia będziemy układać w drodze do szkoły (pod przewodnictwem Starszej – sic!), przy okazji poćwiczymy pamięć starając się je zapamiętać, potem Młodsza będzie miała zadanie przenieść je na papier.

It takes a village. Do pracy więc – wspólnymi siłami stawimy czoła ortograficznemu potworowi.

Eliza Sarnacka-Mahoney

Artykuły Elizy Sarnackiej-Mahoney i wywiady z nią o tej tematyce ukazują się co dwa tygodnie. Osoby chętne do zgłoszenia swoich pytań lub uwag prosimy o kontakt: redakcja@gazetagazeta.com lub 416-262-0610.

Poleć:

O Autorze:

Eliza Sarnacka Mahoney

Eliza Sarnacka-Mahoney- publicystka i pisarka, mieszka w Kolorado. Od wielu lat współpracuje z mediami w Polsce i Ameryce. Mama Natalii i Wiktorii, ich dwujęzyczne wychowanie opisuje w cyklu artykułów dla Gazety.

Comments are closed.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.