W służbie polonijnych truckerów

0

15-lecie pisma “Truck ‘N’ Roll Magazine”

15 lat na rynku to okazja do celebrowania. Najdłużej ukazujące się specjalistyczne pismo polonijne “Truck “N” Roll Magazine” właśnie tej jesieni obchodzi swoją rocznicę. Specjalistyczne, bo przeznaczone dla konkretnej grupy zawodowej – licznego i ciekawego środowiska truckerów, czyli kierowców wielkich ciężarówek.

Jego twórcy i redaktorzy promują Polskę i polskość. Współpracują z burmistrzem Madawaska Valley (ontaryjskie Kaszuby) panem Davidem Shulistem, współdziałają w sprawach dotyczących handlu i inwestycji z WPHI (Wydział Promocji Handlu i Inwestycji), którego przedstawiciele prowadzą w magazynie stałą rubrykę, z ZHR w Kanadzie, z wieloma politykami i najbardziej znaczącymi organizacjami truckerskimi. Są członkami Canada-Poland Chamber of Commerce.

Z okazji jubileuszu 3 września odbyła się sympatyczna uroczystość w Konsulacie RP w Toronto, na którą przyszli twórcy i współpracownicy kwartalnika, a także sympatycy i duża grupa przedstawicieli kanadyjskich organizacji truckerskich. Licznie reprezentowana była także polska dyplomacja i to nie tylko torontońska, bo przyjechał specjalny gość – Michał Korczak, Radca Handlowy WPHI przy Konsulacie RP w Montrealu. Aż miło było popatrzeć i posłuchać o dobrej robocie i o tym, że “Truck ‘N’ Roll” działa prężnie i jest wysoko ceniony.

Trzon pisma to wydawcy Marzena i Roman Wiktorowicz, a także redaktor naczelny Marcin Baraniecki. Wszyscy troje z wielkim entuzjazmem opowiadali mi o pracy przy tworzeniu pisma, a także o sobie nawzajem (wywiad audio z Marcinem Baranieckim na końcu artykułu). 

Na ich ręce przysłano liczne listy gratulacyjne, m.in. z biura premiera RP, a redaktor naczelny Marcin Baraniecki otrzymał z rąk Konsula Generalnego RP w Toronto Grzegorza Morawskiego dyplom.

Małgorzata P. Bonikowska: Za wami 15 lat działalności – pismo zaczęło wychodzić w 1999 roku. Jak to się zaczęło?
Marzena Wiktorowicz: Nasza przygoda z truckingiem i publikacją truckerską zaczęła się od naszego przyjaciela Tadeusza Wielgolawskiego, który był dziennikarzem z Polski, redaktorem gazety na Śląsku i który po przyjeździe do Kanady, jak wielu emigrantów z Polski, zaczął pracować tako trucker. I on w pewnym momencie powiedział: czy wy sobie zdajecie sprawę z tego, jak ogromną grupę stanowią w Ontario polonijni truckerzy? Nie mieliśmy o tym pojęcia, wydawało nam się, że najliczniejszą grupą zawodową są agenci sprzedaży nieruchomości, ponieważ reklamy ich były w każdej gazecie, i to liczne. A o truckerach nie wiedzieliśmy nic. Okazało się, że w okolicy, w Golden Horsheshoe, GTA, w południowym Ontario, mieszka 10 tys. truckerów, zarówno właścicieli ciężarówek jak i kierowców kompanijnych, w korporacjach. Są też dyspozytorzy, mechanicy naprawiający trucki, brokerzy, którzy załatwiają ładunki, wszyscy, którzy w tym sektorze pracują. Więc dla mnie jako psychologa społecznego i socjologa było to ogromnym zaskoczeniem. Mój mąż jest polonistą i również nie miał do czynienia z truckami. Ale bardzo się zainteresowaliśmy tym, że truckerzy jako grupa zawodowa mają swój etos. Są to specyficzne miejsca spotkań tzw. truck stopy, specyficzny ubiór: kapelusze kowbojskie, buty, kamizelki itd., jest to muzyka country, która jest przypisywana truckingowi. Pewnie, są ludzie, którzy słuchają różnych gatunków muzyki, ale muzyka country i trucking stanowią w świadomości społecznej nierozerwalną parę. Jest też specyficzna gwara zawodowa określająca w jasny sposób różne rzeczy dotyczące zawodu. A wśród Polaków szczególnie ta gwara zawodowa była interesująca, dlatego że dochodził do tego język angielski, który był bardzo spolszczany. Mówi się, że miejsca sypialne w truckach to sleepery itd. To wszystko szalenie nas zainteresowało. Tadeusz Wielgolawski był tą osobą, która jakby zainspirowała nas do tego, żeby zająć się publikacją dla truckerów. On pierwszy odkrył potrzebę stworzenia prasy dla polonijnych truckerów, gdyż nie istniała żadna inna reprezentacja, chociażby medialna. No i tak jesienią 1999 roku doprowadziło nas to do wydania pierwszego numeru magazynu “Truck ‘N’ Roll”.

This slideshow requires JavaScript.

M.P.B.: Ukazuje się już 15 lat jako kwartalnik?
M.W.: Jest kwartalnikiem prawie od samego początku. Pierwsze 4 numery wychodziły w cyklu miesięcznym, ale ponieważ jest to magazyn kolorowy, na błyszczącym papierze, to koszt wydania takiego magazynu jest zupełnie inny niż form gazetowych. Z reklamami, z których utrzymuje się magazyn wykładany za darmo, nie był łatwo. Zresztą do tej pory nie jest łatwo, mimo że tyle lat minęło i jesteśmy już znani w środowisku. Więc zdecydowaliśmy, że z większym pożytkiem będzie wydawanie go w cyklu kwartalnym, co da nam więcej czasu na zbieranie reklam, a zarazem mniejsze płatności za druk. Wydawcami jestem ja i mój mąż Roman Wiktorowicz, natomiast redaktorem naczelnym – bardzo ciekawa postać, Marcin Baraniecki, który jest truckerem z ponad 30-letnim doświadczeniem tutaj w Kanadzie. Z Polski przyjechał na początku lat 1980., był ekonomistą po warszawskim SGPIS. Jest bardzo dobrym literatem, wydał kilka książek, z których najistotniejszą dla nas jest “Książęta highwayu”. Wydało ją polskie wydawnictwo z Poznania w bardzo szybkim tempie. Marcin jest na drodze codziennie, przeszedł “trucking highwayowy” na ogromnych dystansach jak i na krótszych, lokalnych – 200-300 km od domu, ma ogromne doświadczenie. Przez lata przewinęło się sporo współpracowników, ale główna załoga magazynu od kilku lat jest niemal stała. Z Polaków jest jeszcze Robert Nowakowski, który jest również truckerem i ma wiele uprawnień i licencji. Podpieramy się jego wiedzą, pisze czasami z trasy, porównując przepisy, których uczył jako instruktor w szkole na kursach, z praktyką. Jest jeszcze dział reklamy i tutaj od wielu lat współpracuje z nami Robert Pasiak, młody człowiek. Stałymi autorami, może jeszcze poza Kają Cyganik, która prowadzi dział turystycznego klubu truckera pisząc o wycieczkach, co spotyka się z dużym zainteresowaniem, współpracują z nami Kanadyjczycy. Jest to David Bradley, prezydent Ontario Trucking Association i CEO Canadian Trucking Alliance, która jest największą organizacją skupiającą ogromne firmy transportowe. David to człowiek, który jeśli chodzi o trucking jest na jednej z najwyższych pozycji. Oprócz tego Joanne Ritchie, dyrektor Owner-Operator’s Business Association of Canada, oraz Jim Park, dziennikarz kanadyjski, fachowiec od spraw technicznych i doradca Owner-Operator’s Business Association of Canada.

M.P.B.: Jaką funkcję pełni w środowisku wasz magazyn?
M.W.: Jego rola jest jasno określona jako reprezentacja medialna polonijnego środowiska truckerskiego i choć nas do tego nikt nie wybierał, staramy się pełnić tę funkcję godnie i zgodnie. Bardzo dbamy o jakość graficzną, nie rezygnujemy z papieru błyszczącego, full kolor, chcemy powiększać liczbę stron – choć już ma 32, chcielibyśmy, by był jeszcze grubszy i miał więcej treści. Na konferencjach, różnego typu truck shows, Kanadyjczycy się dziwią: to wy Polacy macie takie pismo? Teraz to zdarza się już o wiele rzadziej, bo znają już tę publikację. Dzięki temu, że otwieramy stanowiska na 2-3 truck shows w ciągu roku – jedyne polskie stanowiska – że jeździmy na konferencje, pokazy firm motoryzacyjnych takich jak Volvo, które wypuszczają nowy model ciężarówki, czy inne urządzenia. Ostatnio byliśmy zaproszeni na spotkanie z federalną minister transportu, która ma notabene polskie korzenie i bardzo się ucieszyła, że jest polskie pismo, o którego istnieniu nawet nie wiedziała. Teraz jedziemy wziąć udział w takim konwoju, jako kibice oczywiście tylko, który zbiera fundusze na Breast Cancer, jako że w konwoju będą jechali nasi autorzy. Robimy wiele różnych rzeczy, a sam fakt, że jesteśmy “Polish Canadian trucking magazine”, bardzo podnosi prestiż polonijnej grupy.

M.P.B.: Czy są inne etniczne grupy, które mają swoje media, które koncentrują się na tym środowisku, czy to tylko my, Polacy mamy Wasz kwartalnik?
M.W.: Poza Anglosasami, my jesteśmy najstarszą prasą w truckingu. Po nas pismo założyli Rosjanie, a od paru lat jest bardzo widoczna grupa hinduska i oni również mają swoje pismo. Jeśli chodzi o radio przez wiele lat prowadziłam na uniwersytecie w Hamilton polonijną audycję w niedziele. Później przeszłam do internetowego radia ABC na Roncesvalles i tam już mieliśmy dwugodzinną audycję truckerską co wtorek, więc o wiele więcej mogliśmy zrobić. Zapraszaliśmy gości: kierowców, kobiety, które są ciekawą grupą truckerów i innych. Radio się niestety zamknęło i już go nie ma.

M.P.B.: Jak to środowisko funkcjonuje, z jakimi problemami się boryka? Jesteś psychologiem – robicie pewnie dużo, aby tym ludziom poradzić, pomóc?
M.W.: Pismo ma służyć wszystkim truckerom, także tym, którzy przeżywają rozstania z rodzinami i problemy zdrowotne, mają specyficzny sposób spędzania czasu wolnego. Piszemy o stylu życia tego środowiska. Potrzebne są im czasami porady nie społeczne wchodzą w zakres naszego zainteresowania, nie tylko praca i technika. Środowisko jest niesłychanie zaskakujące, myślę, że jest to ewenement na skalę światową, zresztą dlatego nas to tak zainteresowało. Nigdzie chyba nie ma, może poza krajami emigracyjnymi typu Stany i Australia, takiej grupy kierowców zawodowych, którzy by mieli tak wysokie wykształcenie i tak szerokie spektrum zainteresowań i umiejętności wyniesionych ze swojego kraju. Bo w Polsce kierowcy ciężarówek byli dosyć nisko usytuowaną grupą społeczną. Natomiast tutaj przyjechali wykształceni ludzie – ja znam masę ludzi z wyższym wykształceniem, kilku z doktoratami, ale przyjechali bez znajomości języka angielskiego, bo w naszym pokoleniu ludzie dukali albo w ogóle nie znali tego języka, natomiast trzeba było szybko na rodzinę zarabiać. Więc zamiast nostryfikować dyplomy, co jest długim procesem i język jest do tego niezbędny, szli na kurs, co w latach 1980.-90. było niezbyt kosztowną i szybką drogą do zdobycia licencji. Zresztą my mamy w swojej polskiej duszy jakieś takie pragnienie wolności, dużych przestrzeni, więc ludzie woleli być sami sobie panem, nawet w dwuosobowych “teamach” przemierzać przestrzenie Ameryki (bo tutaj nawet państwa nie grają roli, to jest przemierzanie całego kontynentu) niż pójść o fabryki czy do biura. Zaczynali bardzo biednie, a potem wiele osób doszło do posiadania kilku czy nawet kilkunastu, a potem kilkudziesięciu trucków. Mamy bowiem i duże polonijne firmy. Kiedyś opowiadało mi małżeństwo, że w momencie, kiedy zdecydowali się jeździć na truckach i nie wiedzieli do jakiej firmy pójść i prosić o pracę, wyjechali na autostradę i on prowadził, a ona zapisywała nazwy firm na truckach. I postanowili pójść do firmy, której nazwy najczęściej powtarzały się na ciężarówkach. Albo ludzie jeździli non stop Toronto- Kalifornia – do tego stopnia, że rodzina wyjeżdżała na truck stop, by im przywieźć ubrania czy jakieś słoiki ze smalcem, bo kierowca jechał nie wstępując nawet do domu. W tej chwili Marcin Baraniecki, autor powieści “Książęta highwayu”, pisze powieść, którą zamieszcza codziennie na swojej stronie, a ja przerzucam na stronę Facebookową. Ma ona tytuł “Pretorianie” i opowiada między innymi o tym, jakie były początki, jak się jeździło, jakimi truckami, jakie były stawki w firmach itp.

M.P.B.: Jest takie przekonanie, że ta praca prowadzi do rozpadu rodzin, bo kobiety nie są w stanie żyć, kiedy są praktycznie ciągle same. Czy rzeczywiście tak jest, że wiele małżeństw truckerskich się rozpada z tego powodu?
M.W.: Tak jest, aczkolwiek ja bym tego nie demonizowała. Mówi się, że trucking prowadzi do rozpadu rodzin, że to pot, łzy i tak dalej, ale tak naprawdę to ja znam więcej szczęśliwych rodzin truckerskich, bo jednak ci ludzie żyli w sporej zamożności, kiedy nowoprzybyli Polacy ledwo przędli. Oni już wtedy mieli dosyć dobre warunki, dzieci kształcili, mieli jakieś cele, było się po co dorabiać. Poza tym łączyły ich trudne chwile – utrzymanie takiego trucka, który kosztuje tyle co dom, a remonty, a nie daj Boże jakieś wypadki, to cementuje związek. Jak potem trucker kupował drugi, trzeci truck, to często żona zajmowała się księgowością, biurowymi sprawami. W polonijnych firmach truckerskich, które znam, bardzo często pracuje cała rodzina. Pracują również dzieci, które są po studiach. Teraz na okładce naszego pisma będzie firma Multiline, która, jak widziałaś, postawiła trucka przed konsulatem w dniu naszej imprezy (na zdj.). To jest ojciec, matka i syn, który skończył bardzo ciekawe studia i zajmował się pracą w sztabach kryzysowych w różnych państwach, gdzie były wojny, trzęsienia ziemi, i kochał swoją pracę, ale jednak wraca do firmy, ojcu pomaga tę firmę prowadzić, bo w tym wyrósł od maleńkiego.

M.P.B.: Generalnie większość transportu na tym kontynencie odbywa się właśnie wielkimi ciężarówkami, tzw. truckami. Jak wygląda infrastruktura i wszystko to, co jest dla nich dostępne?
M.W.: Trucking to w zasadzie jedna z największych gałązi przemysłu narodowego. No i tych trucków są oczywiście setki tysięcy. Truckerzy mają do dyspozycji truck stopy, a zwłaszcza na tych nowoczesnych, dużych, jest wszystko. Są łazienki pięknie wyposażone, jest fryzjer, może być i masaż, są pokoje telewizyjne i pralki, często są jakieś hoteliki, jeżeli ktoś nie chciałby spać w sleeperze. Są sklepy, restauracje, internet. Ale tutaj na przykład między Toronto a Winsdor na naszym odcinku 401 do granicy amerykańskiej takie nowoczesne truck stopy są tylko dwa. Natomiast reszta to są takie małe, stare gdzie owszem zatankujesz, owszem zjesz czy coś kupisz, ale nieszczególnie dużo więcej. Umyjesz się, na pewno jest pralka, na pewno telefon, internet, pokój telewizyjny, no bo to jest na każdym truck stopie, ale tak poza tym nic więcej. Czasami zresztą stoi stacja benzynowa, przy niej jakiś tam “family restaurant” czy “diner”. W Stanach ponoć jest inaczej, mówię ponoć, bo ja nie znam za bardzo truck stopów w Stanach, ale tam ta sieć jest bardziej rozbudowana. Ontario Trucking Association ma hasło “If you got it, a truck brought it” – wszystko co masz, przyjechało truckiem. Wszystko, bo nawet jeżeli przyjechało koleją, to musiało być rozwiezione truckami.

M.P.B.: Czy to jest zawód rozwojowy? Czy coraz więcej młodych ludzi idzie do tego zawodu?
M.W.: Dokładnie wręcz przeciwnie. Jest to bardzo duży problem dla truckingu, że tych młodych jest coraz mniej, i teraz najważniejsze jest, żeby tych truckerów zatrzymywać w firmach i żeby powodować, by młodzi również chcieli przyjść. Polacy spełniają bardzo ważną funkcję w krwiobiegu Ameryki, a my staramy się po prostu być, towarzyszyć im, informować, pisać o ich problemach i dawać im troszeczkę tej wizytówki na zewnątrz. Bo przecież skąd wiadomo, że w trucku siedzi Polak? Niektórzy mają orły ponaklejane na truckach, ale oczywiście nie wszyscy. Widać Hindusów, ponieważ oni jeżdżą w turbanach. Widać mniejszości narodowe, ale my już wtopiliśmy się tutaj w społeczeństwo.

M.P.B.: Czym dla was personalnie, dla ciebie i dla twojego męża, jest ta 15-letnia przygoda z “Truck ‘N’ Roll”, bo przecież nie jest to jedyne, co robisz zawodowo?
M.W.: “Truck ‘N’ Rollem” rzeczywiście głównie zajmuje się Romek i to jest jego jedyne zajęcie. On robi zarówno grafikę jak i redakcję tekstów, pisze czy jeździ na konferencje i tak dalej. Głównie “Truck ‘N’ Roll” opiera się na nim, chociaż wiele osób ma wrażenie, że to ja jestem tą osobą prowadzącą. Ja zajmuję się właśnie PR-em, a tak naprawdę to mam inną dziedzinę zawodową. Dla nas “Truck ‘N’ Roll” jest bardzo ważną rzeczą dlatego, że nie musieliśmy w Kanadzie szukać pracy – myśmy ją sobie stworzyli. Po drugie, daje ogromną satysfakcję kiedy widzisz, jak to rośnie, kiedy się uczysz. Nikt z nas nie miał bladego pojęcia, jak się wydaje cokolwiek, więc uczyliśmy się od początku. Najpierw zatrudnialiśmy grafików, dosyć szybko trafiliśmy do drukarni Nova Printing, na szczęście, do Marka Kornasia, który nam bardzo ułatwił cały proces. Bardzo sobie cenimy tę współpracę. I tak “step by step” się wszystkiego uczyliśmy i uczymy się nadal, ale zostaliśmy jak gdyby zaaprobowani przez środowisko truckerskie. Jest tak, że Polacy pracują, zresztą tak jak cała reszta truckerów, w rozproszeniu, jednoosobowo czy w dwuosobowych zespołach i nie ma jakiegoś jednego miejsca spotkań. Ja przez lata prowadziłam raz w miesiącu takie spotkania klubu truckera w restauracji, w każdą pierwszą sobotę miesiąca, ale po wielu latach zrezygnowałam, bo przychodziło kilka czy kilkanaście osób, a ja nawet w święta leciałam na te spotkania. W końcu doszłam do przekonania, że zostaniemy tylko przy piśmie. Daje nam to dużo satysfakcji i dumy, bo Polonia w truckingu kanadyjskim czy północnoamerykańskim to silna grupa. Oczywiście 10 tys. ludzi w Ontario nie stanowi potęgi na jakieś tam miliony jeżdżących w Północnej Ameryce, ale jest to bardzo znaczna, zauważalna, liczna grupa, i bardzo pracowita – Polaków cenią wysoko. Kanadyjczycy często mówią, że Polacy chcą w parę lat zrobić tyle, co Kanadyjczycy w parę pokoleń.

M.P.B.: Życzymy Wam wielu wielu lat pracy, mnóstwa satysfakcji, stu stron w druku i bogatych sponsorów. I gratulujemy sukcesów!

Na przełomie października i listopada ukaże się jubileuszowy numer pisma “Truck ‘N’ Roll”. Warto go przeczytać, nawet jeśli nie jest się truckerem.

Małgorzata P. Bonikowska

Foto: “Gazeta” i “Truck ‘N’ Roll”

Wywiad z Marcinem Baranieckim:

This slideshow requires JavaScript.

Poleć:

O Autorze:

Dziennikarka, publicystka, anglistka (doktor językoznawstwa), nauczycielka, autorka książek, działaczka społeczna, współtwórca i redaktor naczelny www.gazetagazeta.com. Kocha pisanie, przyrodę i ludzi.

Comments are closed.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.