Gdzie grizzly mówi dobranoc (18)

0

Po ostatniej podróży na zachód pojechaliśmy z Walerym jeszcze raz na wschód. Podstacje się powiększyły o kolejne unity, aż do Villeroy niedaleko Quebec City. Opisywałem już tę trasę więc nie będę do tego wracał. Było to na przełomie kwietnia i maja 2000. Lato mijało bez większych wypraw i dopiero na początku września wydarzyło się coś znowu. Awaria systemu na podstacji w Cazalet. Cazalet to mała wioska w Saskatchewan, niedaleko granicy z Albertą. Tak mała, że nie ma jej nawet na mapie.

Plan był taki, że polecę do Calgary samolotem rejsowym, tam wynajmę samochód i pojadę ok 550 km do podstacji, naprawię ją i wrócę z powrotem samolotem z Calgary. Było to tuż przed Labour Day na początku września. Wylatywałem w piątek, powrót samolotu miałem we wtorek, po “long weekendzie”.

Zakładaliśmy, że trzy dni powinno na tę naprawę wystarczyć. Myliliśmy się. Lot do Calgary minął bez przeszkód. Gdy wylądowałem było jeszcze rano. Samochód odebrałem z wypożyczalni AVIS. Był to nowy Intrepid. Zapakowałem bagaż i ruszyłem by najpierw zarezerwować hotel. Było już za późno na jazdę do Cazalet. Połaziłem trochę po mieście, wróciłem do hotelu i poszedłem dość wcześnie spać. Już o czwartej rano byłem na nogach i niedługo potem w drodze. Świetnie się jeździ po preriach. Zwłaszcza samochodem, który w miarę nabierania prędkości coraz lepiej trzyma się szosy, a taki jest właśnie Intrepid.

This slideshow requires JavaScript.

Karoseria wymodelowana jak kropla wody powodowała, że auto przy dużej prędkości (nie powiem, jakiej bo to już kryminał) trzyma się drogi jak przylepione. Gdy wjechałem do Saskatchewan zaczęła się ulewa i tak już trwało do samego Cazalet. Na podstacji problem okazał się niewielki. Usunąłem go w dwadzieścia minut. Niestety dotyczył zewnętrznego zamka i większość czasu musiałem spędzić na zewnątrz w ulewnym deszczu. Przemokłem tak, że nie było na mnie suchego miejsca. Nie było ciepło. Mimo że ciągle było lato, temperatura spadła do 11 stopni C. Zmieniłem bieliznę spodnie i koszulę. Nie miałem kurtki, nie myślałem, że będzie mi potrzebna. Dopiero wracając do Calgary kupiłem ją sobie i okazało się, że dobrze zrobiłem. W Calgary byłem późnym popołudniem w sobotę. Bilet na samolot był dopiero na wtorek rano i nie dało się tego zmienić. Musiałem weekend spędzić w Calgary. Przyjaciela, który tam mieszka, nie było. Pojechał z dziećmi w góry. W hotelu na stoliku leżały różne broszury reklamujące warte zobaczenia miejsca. Jedna z nich reklamowała “Rafter Six Ranch”. Miejsce u podnóża Gór Skalistych, ok 90 km od Calgary. Ranczo, na którym według broszury kręcono większość westernów, nawet tych z Johnem Wayne’m. 90 km to niewiele. Postanowiłem tam pojechać następnego dnia.

Teraz był już wieczór i musiałem koniecznie, ale to KONIECZNIE odwiedzić pewien bar, który znałem z poprzedniego pobytu. Jest to prawdziwy kowbojski saloon. Za barem stoi prawdziwy cowboy, mocno utykający, bo złamał biodro na rodeo. Ale nie on był najważniejszy, tylko śliczne Przekowbojki- kelnerki w czarnych kapeluszach, kamizelkach i bardzo krótkich spódniczkach. Niestety, nie był to czwartek, kiedy serwują tam żeberka w wiaderkach za jedyne $4,50. Wiaderka są spore, żeberka, a właściwie żebra są wołowe – wielkie i pyszne. No, ale jedzenie to nie wszystko. Widok kowbojek i piwo wynagradzało wszystko. Do tego stopnia, że nawet wziąłem się za naukę “square dance”. I było warto.

Rano, jak nigdy, wstałem późno. Chyba była już 11.00. Przypomniałem sobie o wyprawie do Six Raft Ranch. Była niedziela, piękne słońce i jazda była prawdziwą przyjemnością, zwłaszcza, gdy na horyzoncie ukazały się majestatyczne Góry Skaliste. Ze znalezieniem tego miejsca nie było kłopotu. Tablica przy zjeździe z autostrady, potem wąska asfaltowa droga, potem szuter i wreszcie wjazd na ranczo, tak znaną z filmów bramą. Warto było tu przyjechać. Majestatyczne góry, rzeka płynąca głęboko w dole, corral ze stadem mustangów.

Wszedłem do środka. Okazało się, że mimo odbywającego się właśnie ślubu i wesela mają jeszcze jeden wolny pokój. Cena jak w hotelu w Calgary, więc się nawet nie zastanawiałem. Co za różnica dla firmy, gdzie mieszkam tak długo jak nie kosztuje to wiele więcej. Jeszcze tylko zapisałem się na następny dzień na jazdę konną przez góry. 40 dolarów za trzy godziny jazdy to niezła cena. Było już późne popołudnie więc poszedłem na obiad. Nie mogłem się powstrzymać by nie zamówić steku z bizona. Był super. Six Raft Ranch. Miejsce u podnóża Gór Skalistych. Po zjedzeniu wspaniałego steku z bizona i wypiciu dobrego piwa poszedłem się rozpakować, a potem na małą włóczęgę po okolicy. Góry z tej strony są chyba piękniejsze niż od strony Vancouver i ich skaliste ostre szczyty dobrze prezentują ich nazwę.

Idąc sam przez rozległą przestrzeń, z dala od cywilizacji zastanawiałem się czy potrafiłbym tu mieszkać i żyć. Doszedłem do wniosku, że chyba nie. Komputery, samochody, kina, ludzie, wystawy, nowoczesność. Weszło to we mnie i pozostawienie tego na dłużej nie wydawało mi się możliwe. Robił się wieczór, wróciłem na ranczo. W restauracji odbywało się przyjęcie weselne. Zaproszono i mnie i dwie dziewczyny, Japonki, które zwiedzały Kanadę. Stałem z nimi przy automacie telefonicznym, próbując wyjaśnić zasadę działania “call collect”, o co pytały. Nie było to łatwe, bo ich znajomość angielskiego była prawie żadna. Nagle podszedł do mnie starszy pan, jak się okazało ojciec panny młodej i zaprosił nas na wesele. Siadłem z Japonkami przy jednym stoliku. Był to miły wieczór. Okazało się, że goście weselni są z całej Ameryki Północnej. Panna młoda, typowa Amerykanka z blond włosami, pan młody – wysoki Chińczyk. Stanowili dość nietypową parę, ale widać było, że się naprawdę kochają

Z Japonkami udało mi się porozumieć na tyle, że wiedziałem już skąd się tutaj wzięły i co robią. Były to studentki, które zgubiły swoją wycieczkę, a raczej spóźniły się na nią, i teraz próbowały ją dogonić mając opisaną trasę, którędy wycieczka podążała. Ciekawe czy im się uda – zastawialiśmy się nad tym razem przez resztę nocy. To był bardzo udany wieczór wśród nigdy przedtem niewidzianych ludzi z całego świata. Było naprawdę późno, gdy poszliśmy do pokoju. Budzik nastawiłem na piątą trzydzieści rano.

Uwielbiam wczesne poranki wygdy dzień się dopiero budzi, a wszyscy jeszcze śpią. Gdy wyszedłem z pokoju była 6.00. Słońce już świeciło na czystym niebie, rosa na trawie, śpiewające ptaki, piękny poranek. Gdy tak szedłem w stronę wąwozu by popatrzeć na burzącą się w dole rzekę, zauważyłem, że nie jestem sam. Od strony drewnianej kaplicy, gdzie poprzedniego dnia odbywał się ślub szła para młoda. Myślałem początkowo, że oni też lubią wczesne poranki, ale okazało się, że nie. Oni szukali… swojego certyfikatu ślubnego. Zgubili go. Pytali mnie czy gdzieś nie widziałem. No tak, ładnie im się zaczyna małżeństwo. Mam nadzieję, że znajdą, pomyślałem. Para młoda znikła, zostałem sam.

Po powrocie znad rzeki usiadłem na długim ganku i czekałem na otwarcie restauracji by zjeść śniadanie. Nie wiem, co się stało przez noc, ale tym razem cywilizacja już nie była dla mnie tak ważna. Właściwie przestała być ważna w ogóle. Już mogłem tu pozostać. Już nie był mi potrzebny telewizor, komputer, samochód, telefon. Czy to zrobiły góry, czy powietrze, czy sceneria, czy noc, nie wiem. Wiem, że mogłem tam być. Koło stajni zaczął się ruch. O 9.00 mieliśmy wszyscy jechać na dwugodzinną konną przejażdżkę. W Polsce dużo jeździłem konno, tu w Kanadzie wstyd powiedzieć, tylko parę razy i to kilka lat wcześniej. Ale tego się nie zapomina. Jak jazdy na rowerze. Naszymi przewodnikami był młody cowboy i śliczna dziewczyna. On ubrany typowo po kowbojsku, ze skórzanymi ochraniaczami na spodniach, ona w długim płaszczu, kapeluszu i z długimi blond włosami. Jeździła wspaniale. Już na trasie często w pełnym galopie trawersowała kamieniste zbocza jakby to był maneż. Jej włosy rozwiane na wietrze w pędzie i rozchylone poły płaszcza stanowiły widok, który pamiętam wyraźnie do dziś. Jej partner też trzymał się w siodle jak by się tam urodził i chyba tak właśnie było. Potem dowiedziałem się, że jest on całkiem sławny w zachodnich prowincjach z powodu swoich konnych wyczynów. Na przykład, wjechał konno po schodach na wiele wysokich budowli, takich jak wieża widokowa w Calgary. Miał w planach wjechać na wieżę torontońską CN Tower, ale nie dostał jeszcze pozwolenia. Dreszczu naszej wyprawie dodawała też świadomość, że dosłownie trzy tygodnie wcześniej, kilka kilometrów od Six Raft Ranch niedźwiedź grizzly zaatakował dwóch studentów na wycieczce i zabił jednego z nich. To ta sama okolica, w której dwa tygodnie wcześniej również zdarzył się podobny wypadek, w którym zginęła dziewczyna z Quebecu. Niedźwiedzie muszą tu wyraźnie nie lubić rodzaju ludzkiego. Nam się jednak udało i wróciliśmy na ranczo bez przeszkód.

Moje Japonki wyjechały już wcześniej, dalej ścigając swoją wycieczkę, chociaż w nocy już nie były takie pewne czy chcą. Ponieważ pokój miałem tylko na jedną noc (przyjeżdżali nowi goście), musiałem tego samego dnia wrócić do Calgary. Życie w mieście też ma swoje uroki i skorzystałem z nich oczywiście. Wieczorem nie mogłem sobie podarować by nie pójść do baru z kowbojkami, o którym pisałem wcześniej – i znowu było warto. Rano miałem samolot do Toronto. Ciężko było wstać, ale zdążyłem. Lot nad preriami jest nudny. Zdecydowanie wolę jechać przez nie samochodem. Z góry widać tylko płasko i płasko, i od czasu do czasu ogromne X utworzone z najdłuższych i najlepszych chyba na świecie polnych dróg, które ciągną się od horyzontu po horyzont. I tak przez trzy godziny, zanim rozpocznie się górzysty i bezludny, zalesiony krajobraz Ontario, jezioro Górne, Georgian Bay i Toronto. Krótka podróż, a tyle się działo…

Poleć:

O Autorze:

Marek Mańkowski

Comments are closed.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.