Gdzie jest wola, tam jest droga

0

Pierwszy Polonijny Dzień Dwujęzyczności (DD) za nami. Zainteresowanych tym, jak dokładnie przebiegał festiwal, co się wydarzyło i co cieszyło się największym powodzeniem, gorąco zapraszam do odwiedzenia stron internetowych oraz fejsbukowych Dobrej Polskiej Szkoły (www.dobrapolskaszkola.com), Nowego Dziennika (www.dziennik. com) i strony DD (www.polishbilingualday.com), gdzie można znaleźć obszerne relacje, w tym piękne fotogalerie ze wszystkich miejsc celebrujących w tym roku to święto.

Każde z miejsc postawiło na własny program, każdy koordynator miał więc inne doświadczenia odnośnie tego, co się “sprawdziło”, a co mniej, i jakie, w związku z tym, płyną dla nas nauki na kolejne lata. Na festiwalu w Denver nie mieliśmy oszałamiających tłumów, ale wszyscy, którzy na festiwal dotarli, orzekli zgodnie, że poczuli się naładowani pozytywną energią, i żegnali się twierdząc, iż znaleźli nowe pokłady zapału oraz sił do pracy nad językiem polskim u siebie, oraz u swoich pociech. Dodam tu też z dumą, że – choć nie było wstępnie takich planów – na kilkanaście dni przed 10 października dowiedzieliśmy się, iż do obchodów już w tym roku zdecydowało włączyć się kilka innych polonijnych placówek i to rozsianych po całym świecie. W grupie tej znalazły się szkoły z Chicago, polska szkoła w Nowej Zelandii, a także organizacja polonijna “Kresowiacy” z Winnicy (Podole) na Ukrainie, którzy zorganizowali naprawdę fantastyczne święto. W ich autorskim scenariuszu na pierwszym miejscu znalazła się idea prezentacji bogactwa polskiej kultury oraz kuchni na Podolu, i walka tamtejszych środowisk polonijnych o utrzymanie swojej tożsamości narodowej. Do kilku szkół na Wschodnim Wybrzeżu dotarli przedstawiciele fundacji Edukacji dla Demokracji, warszawskiego partnera Dobrej Polskiej Szkoły. Już zapowiedzieli, że w przyszłym roku postarają się włączyć do obchodów wszystkie polskie szkoły z Europy Zachodniej, z którymi współpracują.

This slideshow requires JavaScript.

Pierwsze koty za płoty, pociesza “złota myśl”. Jak to tradycyjnie bywa przy “pierwszych razach”, dużo się nauczyliśmy i będziemy starali się wykorzystać wszystkie doświadczenia w przyszłym roku, stawiając sobie za cel kontynuację, tylko w jeszcze lepszym wydaniu, tego, co rozpoczęliśmy 10 października 2015 r.

Mimo wysiłków, by rozpropagować wśród Polonii w Kolorado idee i festiwal DD, nie udało nam się – takie rzeczy wymagają jednak o wiele więcej czasu, niż tylko kilka miesięcy tegorocznych przygotowań – dotrzeć z tą informacją wszędzie tam, gdzie byśmy chcieli. Nawet od gości, którzy zjawili się na festiwalu często, zwłaszcza na początku, słyszałam uwagi: “A po co właściwie to wszystko?”, a także: “Przybyłem/am tutaj, ale prawdę mówiąc nie wiem czego się spodziewać”. Ci, którzy wytrwali z nami do końca dostali, mam nadzieję, odpowiedź.

Za Dniem Dwujęzyczności stoi pomysł zjednoczenia się w tym wszystkim co w nas, jako Polakach, w naszym poczuciu identyfikacji z Polską i polską kulturą, a także przywiązaniu do polskiej historii i tradycji jest najlepsze. To próba zjednoczenia się w entuzjazmie do Polski i języka polskiego w sposób, który wyśle jasny sygnał przede wszystkim do naszych polonijnych dzieci: bądź dumnym z tego, że mówisz po polsku i masz polskie pochodzenie.

“Nie ma siły narodu bez siły jego jednostek, ale nie ma siły jednostki, bez siły w narodzie” – pozwolę sobie wesprzeć się o kolejną obiegową mądrość. Nie jestem socjologiem, ani filozofem, ale widzę i ubolewam nad tym, w jakim stopniu brak poczucia siły płynący z zachwianego lub nawet rozbitego poczucia przynależności zbiorowej niszczy w dzisiejszych czasach i jednostkę, i całe społeczeństwa. Niektóre narody radzą sobie z tym lepiej, innej gorzej. Polska, choć przykro to mówić, wydaje się znajdować w tej drugiej grupie, niestety. Przyczyn tego stanu rzeczy jest oczywiście mnóstwo. Od naszych narodowych kompleksów sięgających korzeniami czasów chyba nawet jeszcze przedrozbiorowych, po ogólnonarodową predyspozycję, by lepiej sytuowanym sąsiadom, a nawet i przyjaciołom, nie tyle zazdrościć, co ich za większe szczęście od losu nienawidzić – polecam przy okazji przeciekawy artykuł na temat “polskich wad” w lutowym wydaniu “Polityki” z br., pt “Zawiśliśmy w zawiści”, dostępny online. Dorzućmy do tego spotęgowany po 1989 r. kapitalistyczny wyścig szczurów i nietrudno zrozumieć, dlaczego naród polski wydaje się dziś podzielony w sposób, w jaki nawet rozbiory tego nie uczyniły.

Nie dziwię się, że ludzie wyjeżdżający z Polski nierzadko chcą uciec od “tego wszystkiego” i polskie festiwale zagranicą aka “nagonki do bigosu i pierogów” – słyszałam i takie nazwy – obchodzą z daleka. Ciekawe jest oczywiście, że ci sami ludzie zapisują swoje dzieci do sobotniej czy niedzielnej polskiej szkoły, a nawet jeśli nie zapisują, uczą je polskiego sami, kładą nacisk na to, by dziecko znało polską historię, geografię, obyczaje. Niektórzy nie opuszczą okazji, zwłaszcza letnich wakacji, by nie zawieźć dzieci do Polski choć na dwa tygodnie.

Dochodzimy tym samym do sedna sprawy, pytania, które powracało do mnie ze zwielokrotnioną mocą podczas festiwalu Dnia Dwujęzyczności. Pokazywaliśmy na ekranie odpowiedzi dzieci ze szkoły w Denver na pytanie: “Do czego przyda mi się język polski?” Pytaniem, być może ważniejszym, na które nie zamieściliśmy odpowiedzi było to, które należało skierować do rodziców: dlaczego przekazuję dziecku język polski? Czy po to tylko, żeby mogło porozumieć się z krewnymi w Polsce? Po to, żeby, jako osoba wielojęzyczna, lepiej się rozwijało, miało więcej szans w życiu? Czy jednak także po to, żeby mogło przynależeć do kręgu polskiej tradycji i kultury i czuć więź z ludźmi o podobnych korzeniach i horyzontach myślowych? By tak się stało nie wystarczy polska książka w domu i polska bajka w telewizji. Potrzebny jest kontakt z innymi ludźmi, dzieciom – kontakt z innymi dziećmi, które są w podobnej do nich sytuacji.

Każdy rodzic wie, że dziecko to najczulszy barometr. Można stanąć na przysłowiowych rzęsach wmawiając mu to czy owo, ale jeśli nie zobaczy, nie poczuje, że sami w to wierzymy, niczego od nas “nie kupi”. Mam podstawy sądzić, że dużo, może nawet większość polskich emigrantów, posiada, myśląc o polskiej społeczności i swoim ewentualnym zaangażowaniu w jej działalność, ambiwalentne odczucia. Z jednej strony nie mieliby nic przeciwko temu, cieszyliby się wręcz, gdyby ich dzieci (i oni sami) napotykały w codziennym życiu więcej okazji do używania języka polskiego. Z drugiej jednak działa odruch “chowania się” za parawanem schematycznego, często niesprawiedliwego, myślenia, iż najlepiej to Polacy umieją jedynie się kłócić, zaś polonijne wydarzenia sprowadzają sięprzepraszam, że jeszcze raz użyję tego wyrażenia – do “pierogów i bigosu” (tutaj uwaga do wszystkich polskich restauratorów: uwielbiam i pierogi, i bigos, i używam ich w tym artykule jedynie jako pewnych wygodnych symboli). Kłótnie, pierogi i bigos coraz słabiej zaś przemawiają do wyobraźni współczesnego Polaka, do młodszych pokoleń emigrantów wychowanych bardziej kosmopolitycznie, mniej “ludowo” w stylu siermiężnych lat PRL-u i wybierających emigrację w USA pod kątem możliwości nie tyle posiadania pracy, co atrakcyjnego rozwoju zawodowego. Sytuacja robi się więc taka, że jednej strony ciągnie współczesnych polskich emigrantów do polskiej, polonijnej wspólnoty, z drugiej jest ona odrzucana. Nasze dzieci to czują, nie miejmy złudzeń. Najlepszym tego dowodem jest fakt, że jeśli już spotkają się przy okazji jakiegoś polonijnego wydarzenia, to, o ile nie są ze sobą zaprzyjaźnione, czują się wobec siebie zażenowane i są o wiele bardziej nieśmiałe, niż gdyby podobne spotkanie nastąpiło w gronie anglojęzycznym. To także doskonale było widoczne podczas Dnia Dwujęzyczności. Nie bójmy się tego powiedzieć: wstydzą się używać między sobą języka polskiego. Odczuwają dezorientację odnośnie swej roli w polskiej społeczności, bo nie wiedzą, do czego jest im ona potrzebna. Co ma im dać?

Pomyślmy: jak mogą to wiedzieć, skoro… my sami, ich polskojęzyczni rodzice i inni dorośli często tego nie wiemy?

W życiu każdego narodu bywa, że załamuje mu się niekiedy pod nogami grunt historii. Polska miała w tym aspekcie mniej szczęścia od innych. Naród może wtedy, niczym głaz spadający z wysoka, rozbić się na wie- Gdzie jest wola, tam jest droga le części, cząsteczek, jednostek. Może zniknąć. Może też jednak dokonać innego wyboru, i Polska oraz polskie społeczności poza jej granicami, na szczęście nie raz już go dokonywały. Zjednoczyć się ponownie. Obrać dla siebie cele mądre, dobre, dalekosiężne. Wyciągnąć rezolutne wnioski z niepowodzeń, ale nie rozdrapywać ran, które nie muszą być rozdrapywane.

Pora przestać wstydzić się kraju, z którego pochodzimy. Nie jesteśmy w żaden sposób ani bardziej wybrakowani, ani mniej zdolni (wręcz przeciwnie – świadczą o tym osiągnięcia Polaków w rozmaitych dziedzinach na całym świecie). Mamy w naszej historii trudne, bolesne i wstydliwe karty, ale który naród ich nie ma! Sztuką jest zachować balans i patrzeć na ojczyznę i siebie samego jako na nieskończenie złożoną bryłę o wielu ścianach, kolorach, wymiarach. Nie mamy do zaoferowania światu mniej, niż inne państwa w Europie. Jeśli dobrze rozegramy karty, może się okazać, że więcej. Kolejna złota myśl, od której nie sposób tu uciec brzmi: Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Dlaczego nie usadowić się twarzą do świata tak, by widział tę fajną, atrakcyjną, pewną siebie, z pomysłem na przyszłość? Nie zmienimy naszej przeszłości, ale przyszłość jest w każdej chwili wciąż cała przed nami. Jeżeli zaczniemy tak myśleć i damy sobie szansę na poczucie siły w grupie, która dąży do zjednoczenia, nie dalszego dzielenia, nasze dzieci też będą widziały sens w przynależności do tej grupy.

Czy Pani naprawdę w to wszystko wierzy, czy to może być takie proste? – zadał mi pytanie jeden z czytelników moich felietonów o celach Dnia Dwujęzyczności. Odpowiem najprościej jak mogę, posługując się jeszcze jedną starą i sprawdzoną mądrością: gdzie jest wola, tam jest droga.

Eliza Sarnacka-Mahoney

Czytelników, którzy chcieliby podzielić się własnymi przemyśleniami na tematy tu poruszane, proszę o listy na adres: bilingualday@gmail.com

Poleć:

O Autorze:

Eliza Sarnacka Mahoney

Eliza Sarnacka-Mahoney- publicystka i pisarka, mieszka w Kolorado. Od wielu lat współpracuje z mediami w Polsce i Ameryce. Mama Natalii i Wiktorii, ich dwujęzyczne wychowanie opisuje w cyklu artykułów dla Gazety.

Comments are closed.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.