Gdzie grizzly mówi dobranoc (65)

0

Jest początek sierpnia 2005. Z Winnipeg wyjeżdżamy dokładnie o szóstej rano. Była tak umowa z dziewczynami, że tylko, jeśli będą się trzymać moich terminów, podejmuję się jechać z nimi do Calgary. Było trochę argumentów. Cztery kobiety i jeden mężczyzna to trudna sytuacja. Dla tego mężczyzny, czyli mnie. Ale trwałem twardo przy swoim. To ja znałem drogę, którą mieliśmy przebyć. Tylko ja zdawałem sobie sprawę z odległości i sytuacji, które mogą się nam przydarzyć. Jeden z warunków to był wyjazd o szóstej. Nie znam kobiety, no może jedną, które lubią czy chcą wstawać o szóstej rano. Z reguły dla nich tak godzina nie istnieje. Jednak tylko wtedy mieliśmy szanse nie tylko przejechać tę trasę prawie 4 tysięcy kilometrów w sensownym czasie, ale również zobaczyć, co mijamy po drodze, a czego nie da się zobaczyć przy nocnej jeździe. Jak często mamy w życiu okazję przejechać samochodem jednorazowo tysiące kilometrów nie będąc kierowcą ciężarówki?

This slideshow requires JavaScript.

Chyba udało mi się do nich dotrzeć, bo do tej pory nie miałem żadnych kłopotów. No może troszkę, gdy budziłem je rano, bladym świtem. Ja sam wstawałem wcześniej i szedłem na bardzo poranny spacer. Lubię czas, gdy budzi się dzień, gdy ptaki rozpoczynają swój śpiew, gdy prawie nikogo nie ma jeszcze na zewnątrz. Tylko ja i natura. Nawet w mieście. W tej podróży miałem duży komfort. Szesnastoletnia Agnieszka, którą sam uczyłem kilka miesięcy jazdy samochodem i które zdała niedawno egzamin na prawo jazdy, miała nieprzeciętny talent do prowadzenia samochodów. Była jedną z bardzo niewielu osób, którym mogłem zaufać do tego stopnia, że nie miałem problemy spać na siedzeniu pasażera, gdy ona prowadziła jeepa. Najprostsza droga do Calgary to autostrada Trans-Canada. Ja wybrałem inną drogę. Dłuższa, to prawda, ale dużo ciekawsza. Zaraz za  Portage la Prairie skręciłem na szosę nr 16 wiodącą do Edmonton. Opisywałem już tę trasę wcześniej dokładnie, więc nie będę się powtarzał. Przypomnę tylko, że w sierpniu zapach prerii jest niepowtarzalny. Gdy zatrzymywaliśmy się na krótki postój wśród rozległych przestrzeni dojrzewających zbóż, wdychaliśmy te zapachy jak najlepsze perfumy. Mieliśmy na tym etapie tylko jedną nieprzyjemną przygodę. Na skrzyżowaniu dróg, z daleka od wszystkiego stoi sobie stacja benzynowa. W pobliżu jest maleńka wioska Dafoe. Liczba mieszkańców: 10 (dziesięć osób). Stacja benzynowa czynna całą dobę. Jak okiem sięgnąć żadnych zabudowań, tylko ta stacja. Podjeżdżam pod dystrybutor, tankuję, odjeżdżam kawałek na bok by zrobić miejsce dla samochodu Moniki. Sprawdzam przeładowaną przyczepę. Lewe koło prawie bez powietrza. Musiało się to dopiero, co zdarzyć. Przyczepa jest z U-haul, naprawa koła jest w kontrakcie. Dzwonię do firmy z telefonu na stacji. Miła pani pyta gdzie jestem. A ja nie wiem. Na naszych mapach tej wioski nie było. Pytam pana ze stacji benzynowej. Podaje mi nazwę. Pani szuka. Czekam dobrych parę minut. W końcu pani pyta czy możemy zatrzymać się w hotelu, bo najbliższa pomoc drogowa, z której mogą skorzystać jest Saskatoon, 160 km. Mówię że tu nie ma hotelu, nic tu nie ma. Najbliższy hotel w Saskatoon. Pani jest na centrali U-haul gdzieś w USA. Robi, co może by nas w ogóle znaleźć na mapie. Jedyne wyjście to zostawić przyczepę i potem po nią wrócić. To dzień zwłoki… Młodsza córka Moniki, jedenastoletnia Ola ciągnie mnie za rękaw. Chce mi coś pokazać. Trzyma w ręku mały zestaw do naprawy przebitej opony. Szpikulec z uchem i gumowaty sznur nasycony klejem. Chyba. Mówię do pani, że spróbuję coś poradzić i rozłączam się. Kupuję ten zestaw za 14 dolarów. (Gdy w Calgary oddawałem przyczepę, pokazałem rachunek. Mój kłopot był już w raporcie i odliczono mi prawie 100 dolarów od ogólnego rachunku. Brawo U-haul). Na stacji benzynowej był kompresor, którego wąż sięgał akurat do przyczepy. Napompowałem koło, polałem wodą z butelki. Szybko znalazłem paskudnie zawinięty gwóźdź. Wyciągnąłem go. Na to miejsce wbiłem szpikulec z gumowanym „sznurkiem”. Napompowałem koło jeszcze raz. Trzyma. Żadnego przecieku. Ruszyliśmy w drogę. Opona wytrzymała przez całą resztę podróży. Tego dnia dojechaliśmy do North Battleford, ciągle w Saskatchewan i tam przenocowaliśmy. Następnego dnia pozostanie nam już tylko Lloydminster i Edmonton. Do Calgary zostało nam „tylko” 690 km. W planach mam zatrzymanie się na śniadanie w Lloydminster. To bardzo ciekawie położone miasto. Dokładnie na granicy Saskatchewan i Alberty. Granica przebiega główną ulicą miasta i jest oznaczona wysokimi pomarańczowymi słupami. Ale to nie wszystko Tu również przebiega granica zmiany czasu. W związku z tym, kiedy po jednej stronie ulicy jest np. ósma rano, to po drugiej jest dopiero siódma. Nie żartuję. Sprawdźcie sami. Następny postój w Edmonton. Przejeżdżać przez Edmonton i nie zobaczyć największego centrum handlowego w Ameryce Północnej West Edmonton Mall było by nie do wybaczenia. O tym w następnym odcinku za tydzień.

Poleć:

O Autorze:

Comments are closed.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.