Życie w stu słowach

0

100 WORDS FILM FESTIVAL potwierdził, że przemyślane użycie stu słów i kilka technik filmowych może stworzyć zmuszającą do refleksji historię. Potwierdził też, że nie jest to wcale łatwe i nie wszystkim się udaje.

Legenda mówi, że autorem najkrótszego opowiadania na świecie jest Ernest Hemingway. Podczas jednej z wizyt w barze miał on przechwalać się wśród swoich kolegów pisarzy, iż zdoła napisać pełną historię zaledwie w sześciu słowach. Zaproponował nawet zakład na niemałą ówcześnie sumę, który jednogłośnie wygrał, pisząc na serwetce zdanie: “Na sprzedaż: dziecięce buciki, nigdy nienoszone”*(“For sale: Baby shoes. Never worn.”). Badacze literatury sprzeczają się czy słynny pisarz sam wymyślił te słowa, czy raczej zainspirował się widzianym wcześniej ogłoszeniem w gazecie. Niemniej jednak anegdota potwierdza, iż dobra historia nie potrzebuje wielu słów, a wyobraźnia odbiorcy może dopowiedzieć całą resztę.

Z tego samego założenia wyszli organizatorzy 100 Word Film Festival, który odbył się 14 października w Ted Rogers Cinema w Toronto. Organizatorzy zaprosili filmowców do nakręcenia krótkometraży, które opowiedzą ciekawą historię, nie używając więcej niż stu słów. Wyrazy pieczołowicie liczono, na dowód czego w małym kwadracie na ekranie podczas projekcji pokazywano ile już ich padło. Twórcom pozostawiono dowolność tematu, stosowanych technik, długości filmu i inspiracji. – Wycięliśmy je więc, choć zburzyło to moją wizję i nagle musiałam dopisać gdzieś kilka słów, by znowu było ich sto. To był trudny moment, ale chciałam dopiąć celu i w pewnym momencie historia musiała zejść na drugi plan – powiedziała mi Wende Whitus, reżyserka jednego z najciekawszych obrazów tej nocy. Jej “Dear Veronica” opowiada historię mężczyzny, który zakochuje się bez pamięci w swojej listownej przyjaciółce, jednocześnie coraz bardziej oddalając się i izolując od otaczającego go świata. Blondwłosa Veronica zostawia mu na każdym liście całusa w kolorze czerwonej szminki i prosi o pieniądze na bilet, by go jak najszybciej odwiedzić. Pod koniec (uwaga spoiler!) dowiadujemy się, że Veronica nie istnieje, a na listy odpisuje tak naprawdę mężczyzna, oszukujący w ten sposób wielu samotnych ludzi. Historia oparta jest na faktach. Whitus zainspirowała się przypadkiem oszusta działającego na przełomie lat 70-tych i 80-tych w USA, który na ludzkiej samotności zarobił miliony dolarów. Jego ofiarą padło tysiące mężczyzn ze Stanów, Kanady, a nawet Meksyku, szukających miłości poprzez ogłoszenia w lokalnych gazetach. Problem naiwności i samotności nie minął według reżyserki z czasem. “Wszyscy w głębi duszy pragniemy bliskości. I kiedyś i teraz. „Veronica” pisze listy na maszynie, ale to tylko symbol tamtych czasów. Dzisiaj też mamy powierzchowne, sztuczne związki. Jest to mechanizm obronny, by nie poznać tak naprawdę siebie samego. Dzisiejszy rozwój technologii jeszcze bardziej to ułatwia” – powiedziała mi Whitus.

This slideshow requires JavaScript.

W konkursie dla profesjonalistów nagrodzono jednak inną twórczynię, francuską reżyserkę Isabelle Desalos za film “The Snag”. Zasłużenie, bo był to rzeczywiście najlepszy film tej nocy. Trwający jedynie sześć i pół minuty film porusza temat życia osób zarażonych wirusem HIV, ich moralnych konfliktów w momencie potrzeby bliskości, również tej fizycznej, i otwarcia się na związek z nowopoznaną osobą.

Inną produkcją, zwracającą uwagę był pięknie sfotografowany “Cinema Ravioli” Turka Yavuz Pullukcu, opowiadający o silnej potrzebie obecności sztuki i teatru nawet w czasie wojny. Innym tureckim zaangażowanym społecznie obrazem był “There was a country”, pokazujący wojnę w Syrii oczami matki. Swoje sto słów niezwykle sprytnie wykorzystał za to Chris Baker w krótkim thrillerze “The Hidden”, nagranym jedynie przy świetle latarek.

W konkursie filmów studenckich wygrała czwórka młodych twórców z USA obrazem “Light”, który rozpoczął festiwal. Blaine Pough, reżyser i scenarzysta, zainspirował się historią wielkiej miłości jego dziadków. W ten sposób powstał krótkometraż o potrzebie kontaktu i o tym, że jest silniejsza od śmieci najbliższej osoby. – Ten film to podziękowanie dla mojego dziadka. Mamy silną więź i zawsze podziwiałem jego relację z babcią. Kiedy pokazałem im ostateczną wersję płakali. Sukces tego projektu należy jednak do całej naszej czwórki, ja tylko dałem temat i pomysł, a zrealizowaliśmy go wspólnie – powiedział mi po seansie Pough. “Light” był zarazem najdłuższym z pokazanych tej nocy filmów. Ośmiominutowy obraz, w którym pada jedynie sto słów, dawał duże pole do popisu twórcy zdjęć. – Mieliśmy właściwie zerowy budżet, więc dla mnie “Lights” to wyzwanie przede wszystkim z technicznego punktu widzenia. Obiektywy, statywy, lampy do oświetlenia – użyliśmy sprzętu jaki akurat mieliśmy, a więc podstawowych rzeczy na studencką kieszeń. Mieliśmy za to piękną scenerię, która sprawiła, że nakręcenie filmu i wpasowanie jej w dialogi poszło bardzo gładko – skomentował Andrew Carros. Film nakręcono w domu rodziców reżysera, a dziadka zagrał prawdziwy dziadek Blaine’a, debiutujący tym samem na ekranie. Minimalny budżet na produkcję nie przeszkodził amerykańskim studentom w zdobyciu głównej nagrody. Do Toronto, specjalnie na festiwal, przybył również producent krótkometrażu Jacob Ingle i autor muzyki William Hinson. Poza honorami zwycięzcy obydwu kategorii dostali też środki na kolejny projekt. W sumie $10.000.

This slideshow requires JavaScript.

Festiwal 100 Words po raz pierwszy odbył się w Toronto, choć jest to już jego piąta edycja. Wcześniejsze odbywały się w Charlotte w USA, gromadząc nawet 750 tysięcy widzów rocznie. Pomysłodawcą przeniesienia festiwalu do Kanady był Paul Goyette, dyrektor tegorocznej edycji.

W tym mieście jest tyle życia, tylu ludzi spragnionych dobrego kina i wspaniałych miejsc do kręcenia filmów. Byłem pewny, iż wystarczy jedynie zaprezentować publiczności ten wyjątkowy pomysł na festiwal, a szybko się on przyjmie. Poza tym, Toronto jest tańsze dla filmowców, a to też ma znaczenie – uzasadniał Goyette.Filmową atrakcyjność Toronto potwierdza również Scott Galloway, filmowiec odpowiedzialny za poprzednie edycje, obecny w Ted Rogers Cinema: – Celem festiwalu jest danie twórcom szansy, by zostali odkryci, by dotarli do jak największej publiczności i specjalistów, którzy mogą ich ocenić. W mieście, które ma największy na świecie otwarty dla publiczności festiwal filmowy TIFF i największy w Ameryce Północnej festiwal filmów dokumentalnych Hot Docs, nigdy nie wiesz kto siedzi na widowni i może cię dostrzec – skomentował.

This slideshow requires JavaScript.

W języku angielskim jest ponad milion słów. W tym roku nie wszystkim twórcom udało się wykorzystać potencjał filmowy, jaki daje niezwykle inspirujący limit jedynie stu. Niedzielny pokaz potwierdził, że poruszenie wyobraźni widzów nie jest wcale łatwe, a zrobienie ciekawego krótkometrażu jest sztuką. Czasem brakowało twórcom refleksji, ciekawszej perspektywy czy zdolności technicznych. Kolejna szansa zaprezentowania swoich możliwości za rok. Festiwal zostaje w Toronto.

Monika Trętowska

Niektóre z tegorocznych filmów zobaczyć można na stronie wydarzenia: http://100wordsfilmfestival.com

This slideshow requires JavaScript.

Poleć:

O Autorze:

Monika Trętowska

Dziennikarz, reporter, wieloletni korespondent z Ameryki Południowej dla Polskiego Radia. Miłośnik kultury i podróży. Autor strony podróżniczej www.tresvodka.com, przewodnik turystyczny i organizator wycieczek po Chile i krajach andyjskich. Kocha radio, dziką naturę i nowe smaki.</p

Comments are closed.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.