Mamy się czym pochwalić – polskie kino w Toronto

0

Zaczęło się 10 lat temu od kilkuset widzów i pokazów w jeden weekend. Dzisiaj Polish Film Festival w Toronto trwa tydzień, prezentuje niespełna 40 filmów, pełno- i krótkometrażowych, zaprasza gości i przyznaje nagrody. Frekwencję zaczyna liczyć w tysiącach. To spore osiągnięcie w mieście, gdzie corocznie odbywa się ponad 120 festiwali, a eventy się na siebie nakładają. Impreza wciąż jednak się rozwija, a organizatorzy liczą na więcej.

Publiczność festiwalu to w większości Polacy i osoby polskiego pochodzenia drugiej albo trzeciej generacji. Rodzice zabierają dzieci, dzieci rodziców, czasami zaproszą znajomych. Nic więc dziwnego, że sale wypełniają się najszybciej w przypadku filmów historycznych i epickich. Jak powiedziała mi Marta Poźniakowski, założycielka i dyrektor artystyczny festiwalu, kanadyjska Polonia głównie tego szuka. Rzeczywiście, seanse “Zimnej wojny” Pawła Pawlikowskiego i “Kamerdynera” Filipa Bajona były wyprzedane już na kilka dni przed festiwalem, a “Dywizjon 303” o polskich pilotach walczących w bitwie o Anglię wypełnił salę po brzegi. Marta idzie jednak krok dalej, ambitnie i konsekwentnie, wypełniając program współczesnymi propozycjami i bardziej modernistycznym kinem, dotykającym innych problemów przeróżnych generacji.

Mamy filmy takich reżyserów jak Kidawa-Błoński, jak Koterski, ale mamy też wiele wspaniałych filmów zrobionych przez polskie reżyserki jak Agnieszka Smoczyńska, Olga Chajdas czy Magdalena Łazarkiewicz. Kino feministyczne jest w Polsce teraz silne. Prezentujemy reżyserów debiutantów, pokazujemy filmy krótkometrażowe. Chcę robić przegląd różnych twórców dla różnych grup wiekowych, przegląd tego co się dzieje w Polsce – powiedziała Marta.

Na seansach mniej głośnych filmów frekwencja jest zawsze mniejsza, czasami mała, a szkoda, bo to zwykle wartościowe kino. Organizatorzy jednak się nie zniechęcają.

Moim celem jest tak naprawdę promocja polskiego kina wśród torontończyków. Chcę dotrzeć do ludzi, którzy interesują się światowym kinem i chodzą na festiwale filmowe różnych kultur – komentuje Marta. W mieście, gdzie corocznie odbywa się ponad 120 festiwali, jest to spore wyzwanie.

Polak – emigrant – człowiek
Pomimo różnorodnej selekcji filmów, wśród poruszanych w tegorocznych obrazach zagadnień często przewijał się temat emigracji i patriotyzmu. Za to z rożnych perspektyw: epicko-historyczny “Kamerdyner” Bajona z kaszubskiej, obsypana nagrodami “Zimna wojna” z artystycznej, a np. nowoczesny “My friend the Polish girl” z bardzo intymnej i współczesnej historii wyobcowania Polki w Londynie.

Najciekawszym, moim zdaniem, filmem wokół tej tematyki, jak również jednym z najlepszych podczas całego festiwalu, była “Cicha noc” Piotra Domalewskiego. Aż trudno uwierzyć, że to jego pierwszy film długometrażowy, bo zdołał stworzyć obraz poruszający, w którym – niczym w lustrze – przeglądają się emigranci z różnych miejsc świata. Gdzie, jak nie w Toronto, temat pada na podatny grunt.

“Cicha noc” porusza temat emigracji zarobkowej i jej konsekwencji dla relacji rodzinnych. Dawid Ogrodnik gra w niej syna, który nieoczekiwanie pojawia się na Wigilii rodzinnej, przyjeżdżając z Holandii, gdzie pracuje. Arkadiusz Jakubik wciela się w postać ojca, który swego czasu też wyemigrował, zostawiając synów z matką na długie lata. Obecny na festiwalu w Toronto Jakubik przyznał, że przyszło mu w tym filmie wejść w buty własnego ojca i wrócić do bolesnych tematów ze swojego życia.

Mój tata wyjechał, kiedy miałem 7 lat. Nie było go przez 9 lat. Nie było go przy najważniejszych chwilach, kiedy go najbardziej potrzebowaliśmy. Kiedy wrócił to już nie było co zbierać w tych relacjach rodzinnych, relacjach ojcowsko-synowskich, bo wrócił obcy człowiek – powiedział na spotkaniu z publicznością.

Dopytałam go potem czy dzięki pracy nad tą postacią zdołał zrozumieć ojca, a może i mu przebaczyć?

Wszedłem tą rolą w buty mojego taty i dotarło do mnie, że są pewne pryncypia, rzeczy najważniejsze, które musi spełnić głowa rodziny, a najważniejszą z nich jest zapewnienie godnego bytu najbliższym. Przebaczyłem mu. To są bardzo trudne wybory, z którymi piekielnie ciężko dać sobie radę, ale gdybym ja bym na miejscu mojego ojca, też bym pojechał. Po to, by moja rodzina mogła godnie żyć, nawet za tę straszną cenę rozpadu więzi – odpowiedział.

Temat emigracji zdaje się jednak przechodzić z pokolenia na pokolenie i nie jest wcale łatwy dla Jakubika jako ojca.

Po pracy nad tym filmem dotarło do mnie, że ja, jako Arek Jakubik, nie czuję się Europejczykiem. W tym sensie, że bardzo bym nie chciał, by moi synowie studiowali czy pracowali za granicą, tylko żeby byli jednak blisko mnie, w kraju, w którym się urodzili i wychowali. Chciałbym, żeby ciężko pracowali na rzecz właśnie tego kraju. W tej kwestii jestem konserwatywny – powiedział.

Przyznał jednak, że będzie wspierać wybory swoich synów, a tak się akurat składa, że obaj mają plany studiowania za granicą.

Pada w tym filmie pamiętny monolog postaci Jakubika. Trwa jedynie minutę, ale otwiera drogę do wielu pytań dotyczących emigracji, patriotyzmu, godności ludzkiej i poczucia przynależności.

To jest ta ostatnia scena, kiedy na widowni zapadła taka głęboka cisza. Co to znaczy być Polakiem? Co to znaczy być człowiekiem? W kraju i za granicą. Państwo tutaj w Toronto to dobrze usłyszeli. Faktycznie, paradoksalnie coś w tym jest, trzeba wyjechać z Polski, żeby poczuć się tak naprawdę w głębi serca Polakiem i zatęsknić za tym co zostawiliśmy – skwitował po seansie Jakubik.

Dzisiejsza emigracja bywa już nie tylko zarobkowa czy polityczna, ale często jest efektem ciekawości świata i spełniania marzeń. Nadal jednal potrafi przynieść konsekwencje w relacjach rodzinnych i zmusić do zdefiniowania pojęć takich jak “Polak” czy “patriota”.

Goście festiwalu: Arkadiusz Jakubik, Rafał Sokolowski, Olga Chajdas i Monika Onoszko (foto Ekran)

Więzy rodzinne
Temat trudnych relacji rodzinnych poruszało jeszcze kilka innych filmów festiwalu, m.in. najnowsza produkcja Janusza Kondratiuka “Jak pies z kotem”. Bardzo kameralna, intymna i autobiograficzna. Opowieść o trudnej, braterskiej miłości, o czasie choroby i odchodzenia wypełniają sceny, które raczej zostawia się za zamkniętymi drzwiami rodzinnych domów. Tym filmem reżyser miał powiedzieć “kocham Cię” swojemu zmarłemu bratu Andrzejowi, z którym za życia łączyła go tytułowa relacja – jak pies z kotem – szorstka również zawodowo. Czyżby nigdy nie było za późno na zgodę? Pustka ostatniej sceny raczej nas, widzów, pospiesza, by nie tracić cennych chwil.

W roli braci Kondratiuków pojawiają się na ekranie Robert Więckiewicz i przejmujący Olgierd Łukaszewicz. W roli ich żon, również zupełnie od siebie różnych, Agnieszka Konieczna i obecna w Toronto Bożena Stachura. Na spotkaniu z publicznością żywiołowo i chętnie opowiadała o szczegółach produkcji.

W filmie prawdziwa jest nie tylko historia i postacie, ale również scenografia. To był prawdziwy dom Janusza, nie było budowanych hal. Te wszystkie zwierzęta, które widzieliście to są zwierzęta Kondratiuków. Była z nami cały czas Iga (Cembrzyńska, żona Andrzeja – przyp. M.T). Na planie była prawdziwa Beata, żona Janusza, którą grałam. Beata w przerwie parzyła nam herbatki. Zaprzyjaźniłyśmy się – powiedziała Stachura.

W Toronto nie ciałem, ale duchem, a nawet słowem pojawił się sam Janusz Kondratiuk, a to dzięki przesłanemu widzom festiwalu audio. Puściła je nam z telefonu Stachura: – Tak się składa, że mój tata był leśnikiem. Jego ojciec, dziadek i pradziadek też. Dlatego też od dziecka zawsze słyszałem od nich jakim pięknym krajem jest Kanada. To jest marzenie leśnika i marzyłem o tym, żeby pojechać do Kanady, ale jakoś się nie ułożyło. W związku z tym wybudowałem sobie Kanadę we wsi pod Warszawą i ten kawałek mojej Kanady zobaczycie na filmie. Kiedy do filmu dowieźli niedźwiedzia, którym biegał dookoła domu i chodził po wsi, to się wtedy już w ogóle zrobiła Kanada jak z bajki. Pozdrawiam wszystkich Polonusów z Kanady, życzę wszystkiego najlepszego i zazdroszczę trochę, że żyjecie w kraju moich marzeń – powiedział kanadyjskiej Polonii reżyser. Stachura dodała, że niedźwiedź, specjalnie przywieziony przez Kondratiuka z Czech, okazał się być świetnym aktorem i zagrał wszystko w jednym dublu.

Kino kobiet
Jak wspomniała Marta Poźniakowski, na tegorocznym festiwalu mocno widoczna była frakcja polskich reżyserek. One również buszowały po tematach związanych z kondycją rodzin i społeczeństwa, jak również potrzebami współczesnych kobiet.

Ciekawą perspektywę na więzi rodzinne dała widzom Agnieszka Smoczyńska filmem “Fuga”. Świetna Gabriela Muskała wciela się tam w postać Alicji, która w wyniku wypadku straciła pamięć i zaginęła na dwa lata. Odnaleziona przez rodzinę, wraca do swojego domu, gdzie zmuszona jest do ponownego objęcia roli żony, matki i córki, choć nie czuje takiej potrzeby ani więzi z domownikami. Czy możemy zakochać się ponownie w tej samej osobie, nie pamiętając jej? Czy możemy odbudować to co było? Czy jesteśmy nadal tą samą osobą? Małgorzata Szumowska jej filmem “Twarz” również stawia pytanie o to czym jest tożsamość, ale w kontekście jej związku z naszym wyglądem zewnętrznym. Jej opowieść inspirowana pierwszym na świecie udanym przeszczepem twarzy ratującym życie zdobyła Srebrnego Niedźwiedzia na słynnym Berlinale. Przy okazji, reżyserka po raz kolejny krytykuje Polaków za ksenofobię, rasizm i powierzchowny katolicyzm. Magdalena Łazarkiewicz w “Powrocie” pokazuje za to lokalny ostracyzm wobec dziewczyny, porwanej i zmuszonej do pracy w domu publicznym w Niemczech. Jej powrót do domu nie jest wybawieniem. Olga Chajdas w “Ninie” opowiada historię kobiety, która zaczyna darzyć uczuciem surogatkę, mającą urodzić jej i jej mężowi dziecko. Chajdas obecna była na festiwalu. W sumie goszczono na nim w tym roku siedmiu twórców filmowych.

Wygląda na to, że polskie reżyserki sięgają po tematy rzadko poruszane w polskim kinie, dając na ekranie coraz więcej miejsca sprawom, problemom i niełatwym wyborom kobiet.

10 lat minęło
Festiwal zakończył się przy salwach śmiechu i pełnej sali podczas seansu “7 uczuć” Marka Koterskiego. Teraz impreza przenosi się na kilka dni do Mississaugi. Marta Poźniakowski wraz ze swoją ekipą i woluntariuszami już wyciąga wnioski na kolejną edycję. Przyznaje, że zawsze są rzeczy do poprawy i lepszego rozplanowania i że co roku stacza walkę pomiędzy swoją wizją a ograniczonymi funduszami. Jest jednak zadowolona z dziesiątej edycji: – Mamy po tych 10 latach grupę ludzi, którzy co roku przychodzą do kina, są na każdym filmie. Są osoby, które biorą wolne z pracy, żeby nam pomagać albo po prostu przyjść na film. To jest wielkie dziękuję w moją stronę. Czuję się spełniona – powiedziała mi ostatniego dnia festiwalu.

Za rok przyprowadzę na festiwal niepolskich znajomych. Gdyby zrobił tak każdy w widzów, szansa na dotarcie do międzynarodowej publiczności i frekwencja byłaby podwójna. A jest się czym chwalić – nasi filmowcy i nasze polskie kino mają się całkiem dobrze.

Monika Trętowska

Poleć:

O Autorze:

Monika Trętowska

Dziennikarz, reporter, wieloletni korespondent z Ameryki Południowej dla Polskiego Radia. Miłośnik kultury i podróży. Autor strony podróżniczej www.tresvodka.com, przewodnik turystyczny i organizator wycieczek po Chile i krajach andyjskich. Kocha radio, dziką naturę i nowe smaki.</p

Comments are closed.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.