Martwy byk (30)

0

– Jeszcze mi się nie przydarzyło przedawkować. Niczego.
– Przepraszam, że nieśmiało zapytam. Nie wiem czy mi wolno, ale zaryzykuję… jak mi wiadomo, jesteś żonaty. Czy się mylę? – zapytał ostrożnie Phil, zastawiając mu drogę..
– Wolno ci, wolno… Odpowiadam – jeszcze jestem żonaty, ale już niedługo… właściwie założyliśmy sobie z moją Julią separację… taką prywatną na razie. Ona wie, że ja poznałem dziewczynę mojego życia. Nie przeszkadza jej to zbytnio. Dla niej ważne, żeby się zgadzała kasa, a ta jej się zgadza. Przynajmniej na razie. Ale o tym cicho, sza – kiedyś ci może opowiem. A teraz – z drogi.

*

Pigułki nie były tak silne, nie aż tak, żeby urwał im się film. Byli odurzeni w sposób, jaki nie dawało ani ziele ani kokaina – byli po prostu szczęśliwi szczęściem podobnym do poczucia szczęśliwości małych dzieci, których zasób doświadczeń życiowych nie wygenerował jeszcze poczucia smutku, depresji czy zmartwień. W łagodnych półsnach pławili się w przyjemności obcowania ze sobą, w odnajdywaniu swych ust i rąk, w pieszczotach niewiele mających wspólnego z erotycznym podtekstem do czasu, gdy nie wiadomo kiedy i dlaczego oboje jak na komendę jakby otrzeźwieli, spojrzeli na siebie i wzajemnie, jak na filmach amerykańskich nie pierwszej kategorii poczęli zrywać z siebie odzież, aby zatopić się w sobie z taką determinacją i desperacją, jakby nie miało być jutra.

Martwy Byk obudził się na dywanie. Był całkowicie nagi. Obok niego, trochę wyżej, z łóżka zwisała głowa rudowłosej kobiety. Przyglądał się jej z zaciekawieniem, usiłując sobie przypomnieć nie tylko wydarzenia wieczoru, to było na razie zbyt nierealne, ale kim do diabła ta kobieta jest. Zwisająca głowa otworzyła oczy i wtedy, gdy zogniskował ich intensywną niebieskość, od razu przypomniał sobie jej właścicielkę. Zatarta narkotykiem świadomość powracała, bardzo powoli. Już wiedział tyle, że razem wzięli tabletki quaaludes. Takie same jak kiedyś, w czasach Belforta, które żarli garściami w trakcie orgii, jakie uwielbiali sobie urządzać w biurze w nielicznych chwilach wytchnienia po ciężkiej pracy polegającej na naciąganiu ludzi, którzy jak wariaci kupowali ich nic niewarte akcje giełdowe. I nie wiadomo dlaczego przed oczy wyskoczył mu tłumek młodych, rozwrzeszczanych, ubranych w garnitury ludzi. Po sali kręciło się także kilkunastu karłów. Naraz ktoś wpadł na pomysł, że można by się zabawić rzucając tymi karłami. Najpierw na odległość, potem do celu, a celem był okrąg utworzony z butelek francuskich szampanów. Więc ustawili tych karłów w rządku i kolejno rzucali nimi jak kulami do bowlingu.

Monika przeciągnęła się, przewróciła z pleców na brzuch, przetoczyła się obok niego i zaległa na dywanie. Patrzyli na siebie i zaśmiewali się do rozpuku.
– Z czego tak się śmiejesz? – zapytał Jason.
– Może z tego, co ty.
– A skąd możesz wiedzieć, z czego ja?
– Pewności nie ma się nigdy, ale przecież wszystko się może zdarzyć. Przyśnili mi się tacy mali ludzie poubierani w smokingi. Roznosili szampana. A my piliśmy kieliszek za kieliszkiem, aż się upiliśmy.

Jason aż poderwał się na nogi.

– Ty naprawdę jesteś nienormalna. – Wytarł wierzchem dłoni pot, który nagle pojawił się na jego czole.
– Niby dlaczego? – zapytała z uśmiechem małej dziewczynki na pięknej buzi, przeciągając się jak ruda kotka.
– Wiesz dlaczego? Bo śniłaś moje wspomnienia.
– A tam, wydawało ci się. Lubię się powygłupiać. Nie zwracaj na to uwagi.

Jason położył się obok niej, przyciągnął do siebie i pocałował w usta.
– Wiesz, czasami trochę się ciebie boję… no, nie tak, żeby się lękać, tylko ty jakaś niesamowita bywasz, więc to jest tak, jakbym ducha widział, chociaż w duchy nie wierzę… Chyba ty istniejesz, no… realna jesteś… czy może nie?
– Hej! Obudź się i dotknij mnie, gdzie tylko chcesz… no i co? Jestem realna?

Dotknął i wcale tego nie pożałował.
– Jesteś, oj, jeszcze jak bardzo jesteś -wymruczał, zanurzając się z powrotem w jej kobiecość, ogarnięty nagłym podnieceniem. I obudzili się dopiero nad ranem. 

Rozdział IX
Dead Bull

– Jaki dzień dzisiaj mamy? A właściwie – czy to dzień, czy to noc jest? – zapytał Jason przewracając się z boku na bok. Leżeli na wielkim łóżku w sypialni Moniki. Okna były szczelnie pozasłaniane, tylko odległy, nikły promyczek lampki nocnej rozświetlał najdalszy kąt pokoju.

– Chyba to będzie sobota – westchnęła dziewczyna. Jutro powinnam już pójść do pracy. Albo nie. Jest tak fajnie. Zadzwonię i powiem im, że jestem chora. Niech sobie inną wariatkę znajdą. Prawdę mówiąc, zbrzydło mi już to latanie do Meksyku. Z przyjemnością wzięłabym sobie urlop. Dobrze mi z tobą tak leżeć i nic nie robić.

– Świetny pomysł – skomentował Martwy Byk. – Zadzwoń. Weź tydzień urlopu.
– A dlaczego akurat tydzień? – zainteresowała się Ruda.
– Zaraz ci wszystko wytłumaczę. Otóż we wtorek mam ważne zadanie do wykonania. Chciałbym przed tym cholerstwem być z tobą. I coś razem zaplanować. Potrzebuję twojej pomocy. I dlatego będę musiał z czegoś ci się zwierzyć. Chociaż cały czas nie wiem, czy to jest dobry pomysł.
– To się jeszcze zastanów – Ruda wydęła wargi jakby obrażona. – A mówiłeś, że mi ufasz…
– No dobra. Posłuchaj. Wpadłem w tarapaty. Przez własną głupotę. Ale od początku.

Pochodzę z rodziny raczej zamożnej. Ale dorastałem w dzielnicy Queens w dosyć nieciekawym  towarzystwie złodziei, handlarzy narkotykami i kombinatorów. Ojciec za wszelką cenę chciał mnie stamtąd wyrwać i dlatego postanowił zrobić ze mnie prawnika. I zrobił, na swoje podobieństwo. Samuel Bykowsky był znanym adwokatem z Wall Street. On kochał swój zawód, w przeciwieństwie do mnie. Mnie prawo kompletnie nie interesowało. Zrozumiałem to od razu na pierwszym roku w Princeton. Bardzo za to interesowało mnie robienie pieniędzy. Dyplom był podstawą, ale prawda jest taka, że ja zdobyłem go nie dla siebie, bardziej dla ojca. Zresztą podobne dyplomy prawnicze zdobywali przedstawiciele rodu Bykowerów od dawna.

– Bykowerów? – przecież nazywasz się Bykowsky… Myślałam, że jesteś Polakiem z pochodzenia.
– Polskie nazwisko Bykowsky wpadło do głowy mojemu ojcu kiedy poznał swoją przyszłą żonę, a moją późniejszą matkę. Nie miał problemów ze zmianą nazwiska. No bo gdyby tak zagłębić się w nasze drzewo genealogiczne, należałoby dotrzeć do miasteczka leżącego na wschodzie Polski, do Lubartowa. To stamtąd mój prapradziad, biedny jak mysz kościelna Mojżesz Bykower wyemigrował najpierw do Niemiec, później do Stanów Zjednoczonych.

– To ty nie jesteś Polakiem? – zapytała Ruda.
– Jestem obywatelem amerykańskim żydowskiego pochodzenia z polskimi korzeniami… wystarczy? – Musi wystarczyć, ale to i tak mocno skomplikowane – odparła dziewczyna. Podparła brodę piąstkami i długo wpatrywała się w twarz Jasona.
– Nie widzę na twojej twarzy semickich rysów.
– No nie, może dlatego, że moja matka była Polką. Wprawdzie urodziła się już w USA, ale rodzice pochodzili ze stolicy Polski, Warszawy. Jestem podobny do matki.
– No dobra, dobra, dla mnie twoje pochodzenie nie jest aż tak ważne. Ale do rzeczy – zacząłeś coś o przekrętach… To dlatego, jak mówisz – masz kłopoty?
– Kochana. To cały ciąg zdarzeń. Wiesz co to związek przyczynowo- skutkowy? No więc tam, wtedy, na Queensie, poznałem człowieka, który teraz sam siebie zaczął nazywać Wilkiem z Wall Street. A wtedy jeszcze był nikim, to znaczy – długo jakoś niczym się spośród innych rozrabiaczy nie wyróżniał. Zwyczajny, żydowski młodzieniaszek z ambicjami, podobny do wielu innych, podobny do mnie, jak ja do niego. Los nas łączył kilka razy i kilkakrotnie nasze ścieżki się rozchodziły. Aż rozeszły się na dobre.

Dorastaliśmy blisko siebie, dosłownie na ulicy. Była to Bayside, część Queens. Potem słyszałem, że Belfort poszedł studiować do Baltimore College of Dental Surgery. Coś mu tam nie wychodziło, więc rzucił uczelnię i jak się później dowiedziałem od niego samego, zrobił kurs maklerów giełdowych i zatrudnił się u L.F. Rotschilda jako broker. Niezbyt dobrze szło wtedy i firmie i Jordanowi.

Nic dziwnego, pech chciał, że trafili na czasy wielkiego krachu na giełdzie nowojorskiej. Ale on już poczuł zapach pieniędzy i zrozumiał swoim geniuszem, jak je można wytwarzać, dosłownie – jak produkować dolary. Masowo. Tak, on bowiem wymyślił maszynkę do robienia milionów dolarów w bardzo krótkim czasie. Wymyślił całkiem coś nowego, coś takiego, co wprawiło w zachwyt tysiące młodych ludzi. Także i mnie, rzecz jasna.

Przez mniej więcej siedem lat jego firma maklerska i brokerska – Stratton Oakmont zarabiała takie pieniądze, jakich dotąd nie widział świat. Byłem jednym z tych szczęśliwców, którzy w latach prosperity zarabiali i tracili razem z Jordanem Rossem Belfortem miliony dolarów. Miałem, jak już mówiłem, wielkie szczęście. Podobnie jak mój szef, byłem nawalony i pijany przez kilka lat z rzędu.

W końcu musiał mnie kopnąć jakiś przebłysk inteligencji, bo jakimś cudem udało mi się schować kilka milionów, znaczy – dobrze je ulokować. Każdy z nas, mam na myśli elitę firmy, do której należałem przez jakiś czas, każdy dosłownie, a wcale nie w przenośni, spał na pieniądzach. Nie wiedzieliśmy co z nimi zrobić, więc je trwoniliśmy.

– To jakiś ciekawy typek – zainteresowała się Monika. – Chciałabym go poznać… gdzie on się teraz podziewa?

– Tego to za bardzo nikt nie wie – zamyślił się Jason. – Spotkałem go niedawno, ale nie miał za dużo czasu i możliwości, żeby pogadać… dał mi znak, żebym się zmywał, bo psy z FBI nas obserwują i podsłuchują. Był odrutowany, to znaczy – miał na sobie urządzenie do podsłuchu. Zdążył mi tylko powiedzieć, że ma wyrok i masę kasy do oddania oszukanym klientom. Dwadzieścia dwa miesiące odsiadki w więzieniu federalnym za, jak to nazwali prawnicy – “pump and rozwrzeszcza dump scheme”, który spowodował straty inwestorów w wysokości 200 milionów dolarów. Belfort został zobowiązany do zwrotu 110 400 000 dolarów oszukanym nabywcom akcji.

– Jak ci się udało? Skoro on wpadł, a tobie nic się nie stało. Jesteś czysty?

– Posłuchaj… to dosyć długa historia, ale ci ją streszczę w kilku zdaniach. Otóż jak już wspomniałem, w końcu lat dziewięćdziesiątych Jordan założył firmę maklerską. Nazwał ją Stratton Oakmont.

Jej działalność polegała z grubsza na oszukiwaniu inwestorów poprzez sprzedaż fałszywych akcji. Ponad tysiąc maklerów, my, młodzi i beztroscy oszuści byliśmy zaangażowani w emisję akcji o łącznej wartości ponad cztery miliardy dolarów. Nie do pojęcia, wtedy tego tak wysoko nie szacowaliśmy. Ale to musiała być prawda, skoro tak twierdzi wysoki komisarz nadzoru giełdowego stanu Alabama, niejaki Joseph Borg, twórca międzystanowego oddziału specjalnego, który doprowadził do postępowania sądowego przeciwko firmie Stratton Oakmont. Dwa lata temu Belfort został oskarżony o manipulacje kursami papierów wartościowych oraz o pranie brudnych pieniędzy. Na szczęście mnie już dawno w tej szalonej firmie nie było. Wydawało mi się, że jestem czyściutki.

– To jak? Jesteś, czy nie jesteś?
– Zaraz do tego dojdziemy – rzekł Jason i potarł brodę w zamyśleniu… – Myślałem, że mi się udało… ale teraz już tak nie myślę.

Otóż mój “profesor” trafił do więzienia. Dostał niski wyrok, zważywszy na skalę przekrętu. Tylko dlatego, że zaczął współpracować z FBI. I to nas też jakoś łączy, zaraz ci powiem, dlaczego. To właśnie jest ten mój kłopot, z którego ci chcę się zwierzyć. I chcę się z nim pożegnać. Z tym kłopotem. Na zawsze. Zarazem uważam, że to wszystko powinno być początkiem ważnego, pozytywnego etapu w moim życiu. Tym bardziej że mam teraz ciebie.

– Dziękuję za uznanie. Więc tobie się udało…
– Niby tak. Wtedy miałem szczęście, po prostu wcześniej poczułem pismo nosem. Zgarnąłem swoją kasę i poszedłem pracować do bardzo poważnej firmy Arthur Andersen. Tak poważnej, że uznawanej w tamtych czasach za najważniejszą firmę audytorską. Stamtąd poleciałem już prosto do Enronu. Byłem w niebie finansowym, jeśli tak można nazwać pracę dla najważniejszej spółki w USA.

Ale znowu trafiłem z deszczu pod rynnę. Enron okazał się w końcu bańką finansową. Robiłem dla nich na zlecenie firmy Arthur Anderson audyty. Oczywiście szybko się zorientowałem, że bogactwo Enronu jest dęte. Czyli nadmuchane kreatywną księgowością. Prosili, płacili, to audyty były pozytywne, takie, jakie im pasowały. Jak już się zorientowali, że jestem godnym zaufania księgowym, zaczęli mnie wysyłać po nielegalnie ulokowaną w rajach podatkowych gotówkę. Płacili mi duży procent.

Poleć:

O Autorze:

Edek Wojciak

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.