Thalerhof i megaloman

0

Z 8-go piętra – felieton z Polski/Austrii

Ciekawe, że w Wysowej w znakomitej knajpce tuż u wjazdu do parku na ścianie wisi sobie portret cesarza Franciszka Józefa, siwego już, starego, jeden z tych najbardziej popularnych. W menu zaś fantastyczne żydowskie potrawy, no i te rydze, o których nie mogę zapomnieć. Pierogi, rydzowe mazidełko do chleba, pyszne mazidełko na bazie czosnku niedźwiedziego. Smaczne to Podkarpacie, ta Łemkowyna, jakże barwne, jakże smutkiem dotknięte ziemie w nie tak dawnej przeszłości. Wypędzani Łemkowie, Ruteni, Rusini, do tego wszędzie ślady walk Wielkiej Wojny, cmentarze i cmentarzyki, mogiłki z I wojny, gdzie obok już pokojowo wspólnie leżą szczątki kilkunastu nacji, tych od cesarza z Austro-Węgier, tych pruskich i tych rosyjskich. Czyli i polskich po każdej stronie. Samotne także, z dala od domów, ale nie zapomniane, bo tu się o te cmentarze dba. Międzynarodowo. I zatrzymuje się po drodze, by przystanąć, zapalić świeczkę, położyć kwiatka. Jakby tutaj inaczej rozumiano historię, lepiej rozumiano jej skomplikowanie i ludzki los w nią wciągnięty.

Przypomina mi się sztuka Andrzeja Stasiuka “Thalerhof”, napisana na zamówienie teatru w Graz i byłej już dyrektorki Anny Badory. Przyczynkiem było zbliżające się 100-lecie wybuchu 1 wojny światowej. Chyba tylko Stasiuk mógł poczuć straszliwość wydarzeń sprzed ponad 100 lat z pogranicza właśnie, losy Rutenów, Rusinów i pewnie innych mniejszości prawosławnych czy Kościoła Wschodniego. Stasiuk tu mieszka, w Wołowcu, czuje te ziemie, tych ludzi, te duchy jak mało kto. Dlatego on opowiedział Austriakom kilka lat temu ich zapomnianą, niechcianą, przy asfaltowaną płytą lotniska historię. Przejmujące losy ludzi uwięzionych w obozie internowania w Thalerhof, który musieli sami sobie zbudować, bo przypędzono ich na kawał ziemi bez niczego, bez dachu, bez kloaki; tu oglądali ich państwo z miasta podczas niedzielnych spacerów, jak zwierzęta. Za to, że byli Rutenami, za to, że mogli być wierzący w “swoje”, tzn. nielojalni. Dzięki tej sztuce pokazanej w najlepszym wówczas austriackim teatrze, w Graz, gdzie reżyserował m.in. Krystian Lupa, pisali najlepsi dramaturdzy niemieccy, austriaccy, Andrzej Stasiuk, wielu Austriaków dowiedziało się o takim miejscu, z taką historią. Szybko przysypaną popiołem niepamięci, bo wielce wstydliwą dla reżimu cesarskiego gasnącego imperium Austro-Węgier. A później po cóż ją odgrzebywać.

Jakież ta sztuka wywołała magiczne spotkania. Wnuczka zabitego w Thalerhof mistyka mieszka w okolicy Grazu, grała w spektaklu, cały wielki splot niesamowitych spotkań, wydarzeń. Gdyby nie życie na Podkarpaciu, pośród tej wielości kulturowej, tej śmierci zadawanej narodom, ich pamięci, wierze, i odżywaniu wszystkiego, pewnie nie dałoby się tej opowieści o Thalerhof tak przejmująco panu Stasiukowi dotknąć. A chciałam o czym innym pisać, ale tak działa Łemkowyna, te pokrzywione kapliczki z cyrylicą, te budzące się do życia cerkwie, te chatki podnoszące dumniej dachy. Nie można być obojętnym wobec tego, że krzyżyki owe przez 70 lat nie miały podpórki, pobielenia; nawet dziś nie przyznają się Łemkowie, że są Łemkami.

A teraz z innej beczki, może lepiej urny. Wciąż świeżo jestem po tym ostatecznym wydarzeniu, jakim jest pogrzeb, w cywilnej oprawie, z Mistrzem Ceremonii, wyszukanym, posprawdzanym. Wszystko wydaje się pięknie, prawnik, jak chowana osoba, zatem jakaś wspólnota, jak sobie wymyśliłyśmy. Pewnie doświadczenie w przemawianiu, logiczne wyprowadzanie wywodu w przemowie pożegnalnej itd. I otóż tak, owszem, dobry głos, rozmowa, dobra ankieta, pytania, porozumienie, co z tego, kiedy (ku przestrodze!) wada wymowy, na co dzień nieistotna, zepsuła wiele. “R” wymawiane jako “j” powodowało, że imię na “R” dziesiątki razy powtarzane brzmiało “Jaj..” zamiast pięknego imienia. Skrzynka z muzyką, uruchamiana na pilota przy każdej operacji włączania pięknego przerywnika ulubioną muzyką zmarłego jęczała damskim głosem “play”, “pause”, dość seksownie zresztą. Ale apogeum tragikomizmu osiągnął Mistrz mistrzowsko, przedstawiając pasje żegnanego. Jedną z nich była muzyka klasyczna i koncerty. I Mistrz z emfazą wykrzyknął z ambony: “Jaj… kochał muzykę. Był megalomanem!!!”

Co tu robić? Szybkie wzrokowe połączenia z dziećmi, inteligentne przemilczenie wpadki wobec wdowy, a było wpadek więcej, skrywany śmiech, bo trudno, żeby nie… Wiemy doskonale, że nieboszczyk miał poczucie humoru, jego przyjaciel uznał, że się zaśmiewa z tego numeru, i że jest ok. A choć można było mu to i owo zarzucić, tego jednak, że był megalomanem nie, więc po wszystkim się serdecznie, już na głos śmialiśmy. Mniej do śmiechu było Mistrzowi Ceremonii, kiedy mu powiedziałyśmy o tym “drobiazgu”. Po kilku godzinach zadzwonił, wciąż przepraszając i powiedział mi, że jego pomocnik próbował go pocieszyć w drodze do domu: “Pomyśl, co by było gdybyś się pomylił mówiąc o tym, że był pedantem?”

Nie ma sensu być śmiertelnie poważnym. Błędy się zdarzają, lepiej je obśmiać i wyciągnąć wnioski, niż się na nie śmiertelnie obrazić. I tak nic nie trwa wiecznie. Posilę się chlebem z rydzowym smalczykiem. Smak nie do opowiedzenia! Tak smakuje Wysowa…

Poleć:

O Autorze:

Beata Dżon Ozimek

Publicystka, tłumaczka, autorka scenariuszy (TVP - Etniczne Klimaty 2008-2010), dokumentacji filmowych, asystent reżysera, rzecznik prasowy projektów offowych (np. film „Jan z drzewa”, "Marzenie"),organizatorka, moderatorka spotkań z artystami i myślicielami, jurorka międzynarodowych festiwali filmów niezależnych m.in. w Polsce, Kosowie, Austrii, Niemczech, Turcji. Korespondentka z Wiednia/Austrii dla Przeglądu, Angory; autorka Focusa Historii, GW, innych. Tłumaczka m.in. „Dziewczynki w zielonym sweterku” dla PWN, 2011, historii-kanwy filmu A. Holland, nominowanego do Oscara (2012) „W ciemności”.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.