Doktor Walentyna

1

Z cyklu: Z 8-go piętra – felieton z Polski/Austrii

Pani doktor Walentyna. Lekarka bez wieku, jest od zawsze, leczy trzecie pokolenie mojej rodziny, właściwie wżeniłam się w panią doktor w mieście, do którego się przeniosłam kiedyś, bo stąd pochodzi mój mąż.  

Ona też nie stąd, dawno tu przyjechała. W „Walentynki” w gabinecie pełnym kwiatów doniczkowych umywalka pełna kwiatów, wiaderko pełne kwiatów, wszędzie kwiaty. Choróbsko odjęło mi dobry kontakt  z rzeczywistością i zapytałam idiotycznie (nie obchodzę tzw. Walentynek, to święto pozostawiam chorym na padaczkę, pląsawicę i ich patronowi, więc jest to dla mnie dzień jak każdy inny), czy coś przegapiłam, urodziny, imieniny, dzień lekarza, a pani doktor się ciepło uśmiechnęła i rzekła „pacjenci nie mają chyba co z pieniędzmi robić”. Dopiero potem skojarzyłam to arcyrzadkie imię (znam jeszcze z historii Walentynę Tierieszkową, pierwsza kobietę-kosmonautkę) i kwiaty. Ale byłam rozgrzeszona chorobą.

Pani doktor jest unikalna. Ma czas… nie, daje pacjentowi poczucie, że ma dla niego czas, wizyta u niej zawsze łączy się z długim czekaniem pomimo wyznaczonej godziny, nie szkodzi, warto. Mam poczucie zawsze, a sądząc po tłumach od 30 lat mojego z nią doświadczenia, że każdy w poczekalni pacjent czeka spotkania nie tylko z lekarką, ale i człowiekiem, cierpliwym, życzliwym, doświadczonym. Do tego trafną diagnostką i osobą o niebywałej pamięci, a może to naturalne, gwarzy się z nią o rodzinie, dzieciach, rodzicach itd. z imienia i chorób. Jakże zbudowany i zdrowszy człowiek wychodzi z gabinetu takiej pani doktor. 

Doktor Walentyna zrobiła nam kilka lat temu „kawał”, sama się bardzo poważnie rozchorowała, a że w wieku okołoemerytalnym jest, miała już nie wrócić do przychodni. My, zrozpaczeni pacjenci przeszliśmy do jakichś innych lekarzy, nieznanych, „obcych”, co nie znaczy, że niedobrych lekarzy. Jednak jedna wizyta u „obcej” wprawiła mnie w jeszcze większą rozpacz, że prawdziwych lekarzy, zainteresowanych pacjentem a nie zmęczonych, bo już tylu przyjęła i nie miała czasu nawet na siku, nie ma.

Ale wróciła! I my znów jak szaleni, jej pacjenci, na powrót, dawaj, się do niej przepisywać! Ooo to już nie było takie proste, bo na każdą osobę przy wielkim pakiecie pacjentów pani doktor sama musiała się zgodzić. Na mnie się szczęśliwie zgodziła, uff. Moja córka, w innym mieście już mieszka, wzdycha, że takiej pani doktor nie ma u siebie, że do niej ma tak daleko w razie czego. Bo jeśli tak plotkuję z miłością o mojej Pani Doktor to nie omieszkam innej wywołać, młodej, która przyjmowała moją córkę. Na katar kazała jej mówić „nieżyt nosa”, córka pozostawała przy katarze, a lekarka przy „nieżycie”. Gorączki nie ma, jeśli nie wynosi ścisłych 38 stopni i odtąd w górę, 37,9 – to się nie liczy. Nie patrzy na pacjentkę, nie bada, nie osłuchuje. Może się jeszcze boi pacjentów? A może już taka niechętna pacjentom pozostanie? Mogłaby się z doktor Walentyną spotkać, właściwie – popodglądać ją, jak pracuje się z pacjentem. No, ale do tego trzeba lubić ludzi i ich najróżniejsze charaktery. 

Doktor Walentyna to taki wzorzec lekarza rodzinnego, przy czym nie jest rozrzutna ani z badaniami, ani ze zwolnieniami, wszyscy pracownicy służby zdrowia czują ekonomiczne ograniczenia, ale wszystko, czego trzeba pacjentowi w danym stanie zdrowia lekarka mu zapewnia, każde potrzebne, konieczne skierowanie, każdą pomoc.

Pani doktor nie lubi moich rodzinnych Katowic. Okazuje się, że jako dziecko przyjeżdżała tam z mamą na zakupy, bo tu były delikatesy, sklepy z lepszym zaopatrzeniem, bo stolica regionu. A miasto było ciemne, czarne wręcz, okolice dworca były brzydkie, ciemne bramy, pijacy, tanie bary, może zbyt głośne ulice z tramwajami, autobusami, większymi ilościami ludzi. Prosiła mamę, żeby szybko robić zakupy, że ona niczego nie chce, tylko wracać do domu. A ja jej opowiadam, jakie Katowice są cudowne, jakie energetyczne, o NOSPR-ze, o teatrze, a fajnych knajpkach… O architekturze, o muzyce… ale każda z nas widzi inne miasto, tak jak i to, w którym mieszkam.  Jak widać, w trakcie wizyty, której staram się nie przedłużać, by innym pani doktor nie odbierać na długo, jest chwila na małą pogawędkę o tym i owym.

Muszę ją zapytać, jakie było Opole, za co tak lubi to miasto. Może ona spojrzy moimi oczami na Katowice, a ja na Opole jej oczami.

Podobnie czułam się u perskiego lekarza w Wiedniu. Słuchał, rozmawiał, przyglądał się uważnie, pytał bez pośpiechu. Poza wiedzą medyczną było doświadczenie i uważność. I wielka kultura. Bez religii, uprzedzeń. Zdrowie uratowane, dusza podbudowana. Wracałam do domu zdrowsza.

Pozdrawiam cudownych lekarzy, których spotkałam na swojej w gruncie rzeczy zdrowej drodze. I nam wszystkim – zdrowia!

Beata Dżon Ozimek

Poleć:

O Autorze:

Beata Dżon Ozimek

Publicystka, tłumaczka, autorka scenariuszy (TVP - Etniczne Klimaty 2008-2010), dokumentacji filmowych, asystent reżysera, rzecznik prasowy projektów offowych (np. film „Jan z drzewa”, "Marzenie"),organizatorka, moderatorka spotkań z artystami i myślicielami, jurorka międzynarodowych festiwali filmów niezależnych m.in. w Polsce, Kosowie, Austrii, Niemczech, Turcji. Korespondentka z Wiednia/Austrii dla Przeglądu, Angory; autorka Focusa Historii, GW, innych. Tłumaczka m.in. „Dziewczynki w zielonym sweterku” dla PWN, 2011, historii-kanwy filmu A. Holland, nominowanego do Oscara (2012) „W ciemności”.

1 Comment

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.