Martwy Byk (34)

1

Powieść w odcinkach

Część III (ostatnia)

Rozdział II

Phil Schneider contra Filip Krawiec

Telefon był anonimowy. Zachrypły, jak pomyślałem – celowo zmieniony, żeby uniemożliwić rozpoznanie, jakiś męski głos zapytał, czy ma przyjemność rozmawiać z mister Johnem Sullivanem. Kiedy odpowiedziałem zaskoczony, że to pomyłka, natychmiast się rozłączył. Pomyłki się zdarzają, ale ja, już naprawdę od jakiegoś czasu ciężko przestraszony do tego stopnia, że moje nerwy były napie te jak struny gitary, zacząłem myśleć od razu o najgorszym. Czyli o tym, że ktoś celowo z jakiegoś powodu moją osobą zainteresowany sprawdza, czy jestem w domu.

Nie jestem człowiekiem z natury bojaźliwym, ale po raz pierwszy od czasu wyzdrowienia po wypadku zacząłem się bać. Posiadając świadomość wszystkich faktów, jako tako poukładanych w mojej głowie, przy odrobinie intelektu, a ja zawsze myślałem, że czego jak czego, ale tego mi nie brakuje – powinienem się może nie tyle bać, co obawiać. I już nie pozwalać życiu dłużej nieść się na fali samozadowolenia oraz jakoś-tam-będzizmu , tylko zacząć działać, kierując się myśleniem i logicznym kojarzeniem faktów. Nikt tego za mnie nie zrobi. Pomyślałem, a właściwie chciałem sobie przypomnieć o teoretycznie istniejących przyjaciołach, którzy mogliby mnie, człowieka jakby nie było chorego, w każdym razie – nie całkiem zdrowego, wesprzeć w sytuacji dalszego zagrożenia. No, żebym chociaż miał kogoś, komu można by było się zwierzyć z rozterek. Tymczasem ludzie, którzy mnie otaczali… zaraz, zaraz – jacy ludzie mnie otaczali? Nie miałem tutaj żadnych przyjaciół. Ubzdurałem sobie, że dwie piękne suki, które z jakichś mało racjonalnych powodów kręciły koło mnie dupami, to moje przyjaciółki. Czy ja oszalałem? Czy upadek z dosyć dużej wysokości zabrał mi rozum? Postanowiłem od tej chwili wziąć się w garść i przewietrzyć ciało oraz mózg.

Nic lepszego na takie stany, jak spacer po ulicach, parkach. Ubrałem sweter i kurtkę. Kurtka nie była gruba, raczej, jak to mówią – wiatrem podszyta. Na szczęście miałem w torbie czarną, wełnianą czapeczkę. Taką samą, z jaką nie rozstawał się Jack Nicholson w „Locie nad kukułczym gniazdem”. Stanąłem przed lustrem i stwierdziłem dwie rzeczy: bez czapeczki moja twarz podobna była do twarzy Martwego Byka. W czapeczce – do wariata, jakiego na początku filmu udawał, a pod koniec jakim został Jack Nicholson.

– Coś w tym jest – mruknąłem sam do siebie. Zjechałem na dół i wyszedłem na ulicę.

Śnieg przestał dymić, chociaż słońce i wiatr pozostały, ale nie było tak zimno, jak to wydawało mi się wtedy, gdy wiatr na szóstym piętrze walczył z okiennicą, a ja walczyłem z wiatrem, aby ją przymknąć.

Dziesiąta Zachodnia, podobnie jak pozostałe w tej dzielnicy, była raczej uliczką niż ulicą. Tutaj sprawdzała się niepisana zasada, że miasto czasem wbrew decyzjom architektów, topografów, jakby im na złość, potrafi wziąć sprawy w swoje ręce i żyć własnym życiem, wyznaczając swoje uliczki na tropach starych wiejskich ścieżek. Tutaj – wbrew narzuconej przez Manhattan regularnej siatce alej. Greenwich Village pełna jest brukowanych ulic obsadzonych drzewami oraz posiada niezliczoną ilość oaz w postaci parków i skwerów. Pełno też  tutaj ukrytych między budynkami podwórek. Bowiem zachowała się architektura, jaka już dawno zniknęła z innych części miasta: domy w stylu neoklasycznym i neogreckim, a także tak typowe dla Nowego Jorku kamienice z elewacją z piaskowca. W jednej z nich miałem szczęście (albo nieszczęście) – niepotrzebne skreślić – zamieszkiwać.

Przebiegłem kilka kroków świńskim truchtem, dopóki nie zatrzymały mnie przyspieszone uderzenia serca. Nawet przyjemne.

Przeciągnąłem się zamaszyście, aż zatrzeszczały mi kości, po czym klapnąłem na najbliższej ławce.

– Żyję – pomyślałem. Uśmiechałem się szeroko do przechodniów, a oni odwzajemniali ten uśmiech. Kiedy tak się z nimi dzieliłem uśmiechami, zauważyłem wśród nich małego człowieczka, którego pochylona sylwetka wydała mi się znajoma. Jakbym już gdzieś ją widział, ale bardziej w Polsce, no – może w Kanadzie? W każdym razie taka myśl przeleciała mi przez głowę i nawet nie była przykra. Za to jegomość, kiedy zobaczył że ja na niego patrzę, zawinął się w długi płaszcz, odwrócił głowę i zajął się obserwacją reklam na budynkach. Zaciekawiony zarówno nim samym, jak i jego obiektami zainteresowania spróbowałem podejść do niego bliżej, wtedy on błyskawicznie pchnął wahadłowe drzwi Caffe Reggio i zniknął w środku. Ja zostałem, gdyż nagle uzmysłowiłem sobie, całkowicie nie dbając o to i nie zastanawiając się, co robię, jak daleko zawędrowałem. O czym to wszystko świadczyło? – Ano dobrze świadczyło, bo to oznaczało, że znowu byłem tak zrelaksowany i wypoczęty, jak dawno nie pamiętam. Podszedłem do tablicy wiszącej obok kawiarni i dowiedziałem się, gdzie tak naprawdę się znalazłem. Byłem przy 119 MacDougal Street, dokładnie w połowie dystansu pomiędzy Trzecią Zachodnią i Bleecker Street, przed najstarszą w okolicy włoską kafejką, dawniej ulubionym miejscem spotkań nowojorskiej cyganerii.

Jeśli wierzyć informacji zamieszczonej na tablicy, informowała ona ozdobnym pismem, że to założycielowi, Domenico Parisiemu, przypisuje się przyrządzenie pierwszego w Ameryce cappuccino za pomocą oryginalnego ekspresu wybudowanego w 1902 roku, a w mało skomplikowanym menu można znaleźć proste kanapki, omlety, pasty, zupy i sałatki. Wszystko jednakże wyjątkowo smaczne. I niespodziewanie po przeczytaniu takiego anonsu zassało mnie w żołądku i wszedłem do środka.

Rozejrzałem się ciekawie wokół siebie. Wyglądało na to, że  kafejka rzeczywiście wciąż emanuje siłą tradycji, co uwidaczniało się w wystroju pełnym chromu i brązu. Jegomościa w obszernym płaszczu nie zauważyłem. Może należy do personelu, i po prostu powędrował do swojej pracy? – Albo zamknął się w toalecie – przemknęło mi przez myśl i dopiero teraz uświadomiłem sobie, że człowiek ów mógłby mnie śledzić.

Zamówiłem sałatkę z tuńczyka i zupę cebulową. Sałatka była wyśmienita, a zupa – po prostu – niebo w gębie. Zasiadłem do tej uczty zasłaniając się gazetą. Nic ciekawego w niej nie znalazłem. Polityką nigdy się nie interesowałem. Mimo to dostrzegłem, jak bardzo szeroko omawiane są problemy współczesnego terroryzmu. Na samym dole czarnobiałej wkładki NYT dziennikarz o nazwisku Martin Swanson zamieścił niewielki artykuł, który przyciągnął moją uwagę. Był on próbą obrony tezy, że w cieniu wydarzeń jedenastego września oraz ich konsekwencji, jakimi są próby odnalezienia i postawienia przed sądem Osamy Bin Ladena i jego szajki, dzieją się w Ameryce rzeczy straszne, a mianowicie: rozkwita na wielka skalę działalność mafii, szczególnie w dziedzinie handlu narkotykami oraz bronią. Udowadniał to prezentując listę zabójstw z porachunkami mafijnymi w tle. Było tego rzeczywiście sporo, a nie miałem powodów, żeby mu nie wierzyć. Moje zainteresowanie tym artykułem było nad wyraz uzasadnione. Przecież od kilku miesięcy przetrzymywałem wielką ilość podejrzanych, niczyich pieniędzy.

– Niczyich? – Czyich, jak nie mafii? Zimny pot zrosił mi czoło, a ja jak zwykle przypisałem jego pojawienie się innym niż logicznie się narzucającym przyczynom, a mianowicie w tym przypadku parującej, gorącej zupie cebulowej. Kiedy sięgnąłem po serwetkę, aby ten pot wytrzeć z czoła, w zdenerwowaniu upuściłem ją na podłogę. Schylony zastygłem w tej niewygodnej pozycji, ponieważ w tej samej sekundzie, patrząc spod stolika, dostrzegłem człowieka, który owinięty szerokim płaszczem wychodził pospiesznie z toalety. Nie był na tyle szczelnie poowijany, żebym nie mógł dostrzec jego twarzy. Znałem tego gagatka. Jajowata głowa, podłużna twarz, rzadki, rudy zarost, długi nos a na nim okularki typu lennonki. Zaraz, zaraz… już wiedziałem kto to taki. To był nie kto inny, jak jubiler – człowiek, który z poświęceniem godnym lepszej sprawy wybiegł kiedyś za mną na ulicę tylko po to, żeby za niewspółmiernie duże w stosunku do wartości pieniądze, odkupić ode mnie rolexa należącego, jak się niedawno okazało – do Martwego Byka. Tylko zaraz… jak on się nazywał? Jakoś podobnie do mnie, a właściwie – prawie tak samo, tylko że jego nazwisko było dokładnym tłumaczeniem mojego na język jidysz… Mam! – On nazywał się Phil Schneider!

Pozostałem ukryty pod stolikiem do czasu, aż jubiler opuścił kawiarnię, rozglądając się bacznie na boki. Nie ulegało wątpliwości, że kogoś szukał. Teraz to ja już także nie miałem wątpliwości. Ten człowiek mnie śledził, nie wiadomo od jak długiego czasu. Na ulicy zorientował się i zauważywszy, że został nakryty na gorącym uczynku i prawdopodobnie rozpoznany, uciekł do kawiarni. A teraz prawie że wybiegł z niej i będzie mnie szukał po ulicach Village.

– A figę mnie znajdzie – pomyślałem triumfalnie.  – Bo teraz będzie zmiana. Ja sobie pośledzę jego. Filip Krawiec pochodzi sobie za Philem Schneiderem.

Wyskoczyłem jak wystrzelony z procy, zostawiając na stoliku jakiś banknot. Ujrzałem tylko okrągłe, pochylone plecy człowieka który mnie interesował, jak znikają w czeluściach restauracji Gotham Bar and Grill. Schowałem się za szerokim pniem platana i czekałem aż wyjdzie. Nie wyszedł, tylko wybiegł za jakieś pięć minut. Wyglądał na zmartwionego. Spojrzał w niebo, zamyślił się, siadł na ławce, wyjął z kieszeni zmiętą, wełnianą czapeczkę i naciągnął ją na głowę aż po oczy.

Z trudem stłumiłem śmiech. To była taka sama czapeczka jaką ja miałem na głowie. Czarna, wełniana czapka a’la Jack Nicholson. Jakby przewidział, że zaraz potem zerwie się śnieżna zawierucha. Bo się zerwała. Nie zapominajmy, że to Nowy Jork i tutaj wszystko się może zdarzyć, łącznie z najdziwniejszymi zjawiskami pogodowymi – tak więc wszystko odbywało się w pełnym słońcu i z towarzyszeniem porywistego wiatru. Tak samo, jak przed moim wyjściem z domu.

Phil zerwał się z ławki, pochylił i poszedł, prawie pobiegł pod wiatr w górę ulicy. Ja za nim, skacząc jak zając od drzewa do drzewa. Bystrym człowiekiem musiał być jednak ten jubiler. Po kilkunastu krokach zatrzymał się gwałtownie w taki sposób, że straciłem wszystkie szanse, by śmignąć za kolejne drzewo. Stał, kiwając swoją chudą postacią w dół i w górę, a wiatr tarmosił szerokie poły jego płaszcza. Staliśmy tak naprzeciwko siebie w słoneczno-śnieżnej zadymie, a wtedy ja pomyślałem o istnieniu co najmniej dwóch rzeczy, które nas łączą, i wtedy parsknąłem śmiechem. On też się uśmiechnął. Podszedłem do niego i wyciągnąłem dłoń na przywitanie. Uścisk jego szczupłej dłoni był nadspodziewanie silny, męski. Podniosłem głowę i powiedziałem:

– Hi, how are you mister Schneider. – Ponieważ łączy nas parę rzeczy, nie jest chyba przypadkiem, że się spotkaliśmy – wymyśliłem na poczekaniu nie całkiem logicznie brzmiące zdanie. O dziwo, zgodził się ze mną, jakby czytał w moich myślach.

– Wiem, co masz na myśli – odrzekł, ciągle uśmiechając się. – Nasze nazwiska i te śmieszne czapeczki. Zgadza się?

– Jak najbardziej – odpowiedziałem.

– Z jednej strony to ty się nie mylisz, a z drugiej – mylisz się. – Łączy nas jeszcze coś więcej, i to coś jest ważniejsze od nazwisk i czapeczek.

– To dlatego łazisz za mną od rana po Village? – odparłem.

– A ty dlaczego łazisz za mną? – zapytał odwracając kota ogonem.

– Ty zacząłeś…

– Już miałem do ciebie podejść, kiedy mnie spłoszyłeś. – Słuchaj, nie wiem jak mam ci to powiedzieć, ale ja mam misję do wypełnienia. Tylko że jak zwykle mój charakter bierze nade mną górę. Mam na myśli moje wrodzone niezdecydowanie. – Ufff, ale już dobrze jest. Musimy pogadać.

– Przecież gadamy – przerwałem.

– Ale nie tutaj.

– To gdzie?

– Choć wrócimy się do Gotham Bar & Grill.

– Aaaa! To ten lokal, z którego tak nagle wypadłeś na złamanie karku, że o mało nie połamałeś nóg? – dołożyłem mu z lekka.

– Zajrzałem tam, bo mi nagle zniknąłeś. Musiałem zajrzeć. – Dobrze, że już jesteś. Sprawy są ważne do załatwienia – dodał, kiedy poganiani wiatrem pędziliśmy na wyprostowanych nogach z powrotem w dół ulicy.

Wpadamy do knajpy. Od razu widać, że mój towarzysz odzyskał rezon. Podchodzi grubas w wielkim, białym kitlu na głowie, który tylko dodaje pucołowatości jego okrągłej twarzy. Witają się wylewnie dwoma misiaczkami i zamieniają kilka słów, których nie słyszę. Muszę zdjąć czapeczkę – myślę. I kiedy ją zdejmuje, Phil przedstawia mi gościa w kucharskiej czapie:

– Poznaj Alfreda – mówi bardzo dumny z siebie, nie wiadomo czemu. – Szef kuchni i współwłaściciel Gotham. Mój dobry przyjaciel. Zaraz nas nakarmi. Lepszego żarcia nie znajdziesz w całym Village.

Bąkam swoje imię, a szef już nas prowadzi do na wpół zakrytej loży w kącie baru. Miło tu, ciepło i przyjemnie pachnie jedzeniem. Przy barze wesołe zamieszanie, pełno ludzi, ale atmosfera przyjazna. Od razu podchodzi kelner, kłania się nisko i podaje dwie karty menu.

– Dwadzieścia pieś baksów za lunch – przechwala się Phil. – Trzydaniowy. Mamy szczęście, przypadkiem zdążyliśmy, bo ta cena to tylko od południa do drugiej trzydzieści – gada, jakby to on był właścicielem biznesu. A może i jest, współwłaścicielem. Nie pytając mnie o zdanie zamawia jednym tchem z pamięci dwa jednakowe lunche. Dla siebie i dla mnie. Słucham jak urzeczony:

– The Seafood Salad, The Bucatini Cacio E Pepe, Miso Marinated Black Cod with bok choy, shiitake mushrooms, sticky rice, soy lemongrass, Gotham Chocolate Cake and Strowberry Sorbet.

I jeśli nawet potrafię się od biedy domyślić, co takiego jubiler zamówił, to większa część zamówienia stanowi dla mnie i tak tajemnicę, do czasu wyjaśnienia zagadki, czyli za piętnaście minut, kiedy to kelner podaje mnóstwo żarcia i znika w ukłonach. Podoba mi się tutaj. Dlatego przywołuje go zaraz po skonsumowaniu sałatki z owoców morza i zamawiam, także bez pytania Phila o zgodę, dwa duże Manhattany. Popijamy, gawędzimy o pogodzie. Wreszcie ja nie wytrzymuję:

– To po co tak za mną latasz? – Chcesz mi odsprzedać rollexa? Znudził ci się, czy co?

– Prawie że zgadłeś – uśmiechnął się tajemniczo. – Sprawa, jaką przynoszę, bo ja jestem tylko messengerem, jest powiązana z tym zegarkiem – powiedział cierpko i spojrzał w bok. Chodzi o to, że musisz mi obiecać całkowitą dyskrecję. W tym temacie, co ty tutaj ode mnie usłyszysz.

– Jak to – muszę? – żachnąłem się. Ja nic nie muszę. Jestem wolnym obywatelem Kanady. Jak będę chciał, to co innego. Ale nie wiem jeszcze, czy będę chciał – rozgadałem się na dobre – drink poparty miłym ciepełkiem baru zrobił swoje.

– Obawiam się, że jednak będziesz musiał – skwitował Phil i nagle przysunął się do mnie bliżej, tak blisko, że poczułem jego czosnkowy oddech pomieszany z wonią alkoholu. Odsunąłem się na bezpieczną odległość, ale on nie dał za wygraną i znowu się przysunął.

– Posłuchaj – rzekł dosyć wyraźnym szeptem. Tu chodzi o twoje bezpieczeństwo… i …

– Jakiś żart, mam nadzieję – próbowałem zignorować.

– … i może nawet o twoje życie – zakończył zdanie i wlepił we mnie swoje świńskie oczka.

ciąg dalszy nastąpi

Poleć:

O Autorze:

Edek Wojciak

1 Comment

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.