Martwy byk – powieść w odcinkach (36)

0

Rozdział III.

Kocha, lubi, szanuje…

– Ty go nadal kochasz? – takie pytanie nie wiadomo po co zadałem Monice, leżącej głową w moich nogach i wgapiającą się w ekran wielkiego odbiornika telewizyjnego. – Hej, do ciebie mówię! – podniosłem głos oktawę wyżej.

– Kogo do diabła niby kocham, i to nadal? – zapytała ze złością. Myślałam, że śpisz – dodała. Co ci przyszło do głowy?

– A tam, nic takiego, czasami gadam przez sen, sama mówiłaś.

Spojrzałem na zegarek. Była druga w nocy. Leżeliśmy w jej łóżku, w jej apartamencie. Mnie sen złożył od razu po godzinnym seksie, jaki fundowała mi ta niezmordowana ruda istota od trzech dni, regularnie, jakby mi ktoś to przepisał na receptę. Nie miałem powodu do narzekań. W łóżku była świetna. Nie powiem, miała takie samo zdanie o mnie, chociaż jej nie wierzyłem. Ale miło było usłyszeć od czasu do czasu taki komplement od pięknej, młodej kobiety.

– Miałam dwa orgazmy – przypomniała Ruda to, o czym już mówiła dwie godziny temu. Jest mi z tobą bardzo dobrze, tak dobrze, że aż się sama sobie dziwie, że aż tak. To ci jeszcze nie wystarcza? Po co te głupie pytania?

– Bo znowu przyszedł do mnie we śnie Martwy Byk. I jakoś mi się skojarzył z tym, co o nim opowiadałaś wczoraj. No, o tych waszych planach, o tej waszej kasie w Meksyku, no – w ogóle. I aż mi się przykro zrobiło, że tak głupio się ta wasza historia zakończyła. I długo, dosyć długo leżałem z zamkniętymi oczami, tocząc sam ze sobą wewnętrzną dyskusję na temat miłości. Jak to możliwe, żeby kobieta zapomniała o tym jedynym, kochanym mężczyźnie, z którym jeszcze kilka miesięcy temu planowała cudowne życie we dwoje? Kim wy kobiety jesteście?

Monika podniosła się z łóżka, obeszła je, podeszła do mnie z drugiej strony i nachylając się blisko do mojej głowy wszeptała mi w ucho jędzowatym szeptem kilka pytań: – A kto ci powiedział, że o nim zapomniałam? Mam bez przerwy ci o nim opowiadać? – Ty normalny jesteś? – Pytałeś, to ci opowiedziałam, i koniec… Mam tobie wyznawać zamiast jemu, bo on nie żyje, że bardzo go kocham? – A jeśli nawet tak jest? – To co mi z tego przyjdzie, skoro jest martwy jak… no, jak Martwy Byk?

I kontynuowała, rozjuszona jak wściekła ruda kotka:

– Wiesz, jaki  ty głupi jesteś? – Masz mnie? – Chcesz mnie mieć? – Czy nie chcesz? – Czy ty zdajesz sobie sprawę, że po takiej gadce mi się ciebie odechciewa? I że wtedy zapominam o orgazmach z tobą? I że mi się w ogóle odechciewa mężczyzn? – I że tęsknię za kobietą? Normalną, piękną, pachnącą kobietą? Wiesz?

– Skoro tak mówisz, to chyba wiem, nie? – zagadałem niezbyt mądrze. – Domyślam się nawet, która kobieta chodzi ci po głowie… swoją drogą, nie powiem, żeby mi się też nie podobała… i że nie miałbym na nią ochoty… nie powiem też, że odmówiłbym jej, gdyby znowu zaistniała okoliczność… no, gdybyśmy się mogli znowu spotkać we troje…

Spojrzałem w oczy Rudej Monice. Długo się wpatrywałem. Wystarczająco długo, żeby dostrzec, jak się zmieniają. Z niebieskich, matowych, zrobiły się błękitne i błyszczące. Jasne było, że zrozumieliśmy się bez słów

Pogłaskałem ją po głowie i pocałowałem w czoło.

– Wracając do moich snów – ciągnąłem może niepotrzebnie, ale i tak już dawno miałem jej to powiedzieć.

–  Co ja zrobię, że ten Jason ciągle do mnie przychodzi we śnie, pochyla się nade mną i wygaduje głupoty? – Co ja mam zrobić? Ja już chyba nigdy nie będę normalny… Stoi nade mną i gada, żebym mu coś oddał? A ja nie mam nic, co by do niego należało… Wtedy zaczynam rozmyślać o tym waszym związku… nie mogę nic na to poradzić. I jest mi przykro. Tak, z tego powodu, że wam nie wyszło. Mam prawo tak myśleć, czy nie mam? Bo mnie nachodzą dziwne, ale dosyć logiczne swoją drogą skojarzenia. Nie uważasz, że mam trochę racji? – Przecież ten cały atak na WTC związał nas, powiązał, zasupłał tak, że wszyscy nie możemy się od siebie wyzwolić. Co to jest? Jakieś błędne, raczej – obłędne koło… nie rozumiem. Boli mnie głowa. Daj mi jakiegoś procha, proszę.

– Okej, mogę ci dać, tylko już nie wariuj. Dam ci takiego, co cię uśpi do rana. Dostaniesz podwójny lorazepam.

Trzy dni wcześniej, tak jak obiecałem, odwiedziłem Phila Schneidera w jego sklepie. I tak jak się zobowiązałem, oddałem mu co do grosza jego dwadzieścia pięć patyków. Nie miałem przy sobie takiej gotówki, więc pofatygowałem się do mojego banku i podjąłem z depozytu, przy okazji opłacając skrzynkę na dalsze trzy miesiące. Pobrałem nawet o dychę więcej, gdyż przyszedł mi do głowy pewien pomysł.

Jubiler okazał zdziwienie, jakby nie dowierzał, że dotrzymam słowa. Najwyraźniej mile zaskoczony, zaprosił mnie na kolację. Wtedy ja ni z gruszki ni z pietruszki zaproponowałem Dakota Bar zlokalizowany w Dakota Apartaments, tak – w tym samym budynku, gdzie mieszkała Julia Bykowsky. Wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy.

Było dosyć ciepło jak na listopadowe popołudnie, pamiętając, jak okropnie śnieżyło dnia poprzedniego. Lokal usytuowany jest naprzeciwko Central Parku, więc mieliśmy nawet przyjemny widok z olbrzymiego okna po lewej części baru. Tym razem ja miałem zamawiać, a Phil – płacić. Nie miałem powodów, żeby mu nie wierzyć. Podali olbrzymią pizzę, tak dużą, że już solidnie najedzeni stwierdziliśmy, że zostało jeszcze jej co najmniej pół. Wesoło się przekomarzaliśmy i nie pamiętam który z nas wpadł na pomysł, żeby kogoś zaprosić do towarzystwa, najlepiej jakąś piękną kobietę. Wybór padł oczywiście na Julię. Obaj ją znaliśmy, a ona nas. Na dodatek mieszkała w tym samym budynku. Dlaczego nie?  Natychmiast zadzwoniłem. Kiedy dowiedziała się jak blisko niej jesteśmy, bez ociągania zapowiedziała swoje przyjście z jakiś kwadrans.

Jak zawsze zadziwiała urodą i strojem odpowiednio do niej dobranym. Już kiedyś ją taką złotą widziałem. Siadła, a kiedy założyła nogę na nogę i przysięgam, w sposób wyrafinowany i zaplanowany pokazała koronkę czarnej podwiązki, znowu ogarnęło mnie pożądanie, jakiego kiedyś już doznałem, w takim samym kształcie i o takim samym nasyceniu jak kiedyś, takie de javu.

Piliśmy drinki i miło się nam gawędziło. Nie wkraczaliśmy w zaklęte rewiry ataku na WTC, gdyż udawało mi się sprytnie lawirować konwersacją wokół tematów mody, pogody i planów urlopowych. Zauważyłem, że Phil Schneider powoli wycofuje się z konwersacji i zaczyna jakby ziewać, na koniec zapłacił za wszystko i dyskretnie się pożegnał. Zostaliśmy we dwoje.

Patrzyliśmy sobie w oczy, niewiele, w końcu nawet nic do siebie nie mówiąc. Nie wiem, jak to się stało. Prawdopodobnie wpadliśmy jednocześnie na ten sam pomysł, bo kiedy wziąłem ją za rękę i wyprowadziłem na ulicę, kiedy zawołałem taksówkę i kiedy podałem swój adres, wcale nie wyglądała na zdziwioną. Ani także wtedy, gdy zamiast do swojego apartamentu, zaprowadziłem ją pod drzwi Rudej Moniki. Otworzyła i najwidoczniej ucieszyła się, bo przecież gdyby nasza wizyta nie sprawiłaby jej przyjemności, nie zaprosiłaby nas do środka z tak radosnym uśmiechem.

Rozsiedliśmy się w pokoju gościnnym, każde ze swoim ulubionym drinkiem. Ja ciągnąłem Jacka Danielsa, a on smakował jak za dawnych lat. Jak wtedy zanim jeszcze zacząłem wpadać w pijackie korkociągi, trwające o niebo dłużej niż regularnie przepijane long weekendy. Zanim zauważyłem, że piję nie dla przyjemności, nie dla towarzystwa, tylko po to, by się jak najszybciej i jak najtrwalej upić, najczęściej w samotności. Potem kilka lat zajęło mi oszukiwanie siebie, że to nie choroba. Aż w końcu wymodliłem przyznanie się do uzależnienia. I dalej już ciurkiem: odwyk, kluby AA, unikanie barów, zerwanie toksycznych znajomości. Wyglądało całkiem fajnie, jakbym już na zawsze miał załatwione. Aż przyszła inna choroba, nie wiadomo, która gorsza. I tak zwana wpadka alkoholowa, bo łatwo, zbyt łatwo pogodziłem się z jej następstwem, czyli rychłą śmiercią. Pomoc kolegi z odwyku zadziałała w miarę skutecznie. Przerwałem beznadziejne picie wraz z użalaniem się nad sobą. A potem Polska, Zakopane, Agata, wyprawa do Nowego Jorku. Zamach na WTC. Moje cudowne ocalenie. Rekonwalescencja. I co się stało? Cud? Przecież niby wiadomo, że cudów nie ma. A jednak… Piję i nie wpadam w ciągi. Prostata niby uszkodzona, a działa jak za dawnych lat.

Siedzę z najpiękniejszymi kobietami na świecie. Na pewno nie ma dwóch piękniejszych w całym Nowym Jorku. Każda inna, każda wyjątkowa, cudowna w swoim rodzaju. Gadamy o niczym. Popijamy, przegryzamy serem. Ślicznotki siedzą już u moich stóp na dywaniku. No dobra, obejmuję obie za ramiona, a one przytulają się do mnie, lepiej – lgną do mnie jak małe kotki. Moje dłonie ześlizgują mi się niby przypadkiem niżej, na ich piersi, które już raz dotknięte zaczynają żyć swoim życiem. Monika wykonuje kilka ruchów ramionami, powoli, jeszcze wolniej, a ramiączka jej stanika same zsuwają się w dół. Julia tylko kopiuje jej ruchy z podobnym skutkiem.

Aż nagle zauważam coś niezwykłego. Tak, one tulą się do mnie, tak – obnażając piersi, ale ich oczy nie są skierowane na mnie. One patrzą na siebie. Nie to, że mnie omijają wzrokiem, nie to, że mnie lekceważą. One przeze mnie wpatrują się w siebie. Niby mnie kokietują, ale tak naprawdę kokietują siebie wzajemnie. Czarne oczy wbijają się namiętnie w oczy niebieskie. I odwrotnie. Ich usta rozchylone w  lubieżnych uśmiechach pokazują białe zęby, spomiędzy których raz po raz wysuwają się różowe języczki pełne skrzącej się śliny.

Nie wytrzymuję. Pochylam się do Julii i zlizuję tę ślinę z jej zębów, a ona jakby w podzięce wsuwa w moje usta swój język głęboko i tam wierci, zasysa, i nie wyjmuje. Zaraz Monika dopada do naszych połączonych ust i oto nie wiadomo jak i kiedy całujemy się we troje. I wszyscy na raz, i każde z osobna. Przychodzi moment, na który podświadomie czekałem. Oto dwie ślicznotki zaczynają sobie lizać piersi. Jakie to piękne – myślę, kiedy przesuwam się metr do tyłu obserwując je ciekawie.

– Erotyka to, czy estetyka? – zadaję sobie w myślach pytanie, na które nie znajduję odpowiedzi. Zaraz, zaraz, chwileczkę. – Nie, właściwie to prawidłowa odpowiedź brzmi: – I jedno, i drugie.

W całkowitej ciszy dane mi było obserwować majestatyczne przemieszczanie się niewieścich ciał po dywanie. Wreszcie kiedy przypomniały sobie o moim istnieniu, byłem o krok od wybuchu. Z jednakowymi zuchwałymi uśmieszkami na ślicznych, zarumienionych buziach, dotarły do mnie i starły mnie na proch. Nie pamiętam niczego tak doskonale zmysłowego. Tylko z najdalszych zakamarków świadomości docierało do mnie pytanie:

– A gdzie tutaj etyka? Postanowiłem rozważyć to nazajutrz. Przecież jutro też będzie dzień. Sen przyszedł nagle a obudzenie nastąpiło późnym przedpołudniem. Sam w wielkim łożu. Zachowawczo uznałem wydarzenia nocy za przewidzenie.

Rześki i wypoczęty, po skonsumowaniu jajecznicy z pięciu jaj na bekonie, powędrowałem do swojego apartamentu. Ślady minionej nocy ujawniały się głównie wesołym nastrojem i wiarą w siebie, jakiej nie pamiętałem od kilkunastu lat. Zero kaca, żadnych wyrzutów sumienia, za to niesamowite uczucie lekkości i siły.

Postanowiłem to wykorzystać. Byłem solidnie zaopatrzony w gotówkę. Zaplanowałem przeczekać jeszcze kilka dni i zniknąc z Nowego Jorku. Sprawy zasygnalizowane mi przez Phila Schneidera były zbyt poważne, by je lekceważyć. W moje plany nie wtajemniczałem nikogo, nawet tak bardzo ostatnio mi bliskiej Monice nie powiedziałem ani słowa.

Podwójna dawka lorazepamu uczyniła cuda. Przespałem resztę nocy jak zabity. Z lekkim zawrotem głowy obudziłem się tak jak ostatnio w pustym łóżku. Ach prawda, Monika pojechała do pracy. Znowu zaczęła latać do Meksyku. I bardzo dobrze. Zamówiłem taksówkę, zjechałem na dół i kazałem się zawieźć na lotnisko Kennedy’ego. Samoloty do Toronto latały co kilka godzin. Poleciałem.

Rozdział IV.

Oh, Canada

Pogoda w Toronto była zadziwiająco łaskawa. Często zdarzało się, że w listopadzie powracały na krótko ostatnie ciepłe dni. Ale nieczęsto bywało, by Indiańskie Lato trwało tak długo.

Hinduski kierowca zawiózł mnie do mojego apartamentu na Confederation. Dawno w nim nie byłem, około roku, to na pewno. Wywietrzyłem i rozejrzałem się po ogołoconym z mebli mieszkaniu. Była żona, która jeszcze przed dwoma laty systematycznie mnie z niego wyrzucała, przed rokiem poszła na układ i wyprowadziła się razem z moim nie za bardzo za mną przepadającym synalkiem, dziewiętnastolatkiem z tak zawziętą fizjonomią, jak replika matki. Pobujałem się w skórzanym fotelu na biegunach ustawionym naprzeciwko pustego regału na telewizor i zrobiło mi się tak błogo, że zasnąłem.

We śnie przyszedł do mnie stary znajomy. Martwy Byk łaził po moim mieszkaniu i zaglądał do pustych szaf, obmacując ich półki. Jak zwykle czegoś szukał. Wyglądał dosyć marnie tym razem. Kikut zawinięty był w rodzaj rękawa ze skóry. Twarz, tak zwykle urodziwa choć martwa, tym razem oszpecona była kilkoma bliznami, a prawe oko zasłaniała skórzana opaska, toteż wyglądał jak pirat. Włosy miał przerzedzone i trudno było się w tej postaci dopatrzeć dawnej świetności, czyli podobieństwa do George’a Clooneya.

– Czego tak szukasz i szukasz? – odważyłem się odezwać po raz pierwszy od czasu, jak zaczął do mnie przychodzić w snach, może dlatego, że tym razem odwiedził mnie na moim prywatnym gruncie. – Ja nic twojego nie mam. Już nie mam. Powinieneś wiedzieć, że rolexa skonfiskowało FBI. A walizka z kasą? I tak do ciebie nie należała, więc dalej nie należy.

Spojrzał na mnie jednym okiem, a właściwie nim łypnął.

– Nie bądź taki ważny – powiedział zachrypniętym głosem. – Zastanów się nad własnym życiem, nad swoją marną przyszłością. Coś ci powiem i chciałbym, żebyś o tym nigdy nie zapomniał.

– Ja nie umarłem, cwaniaczku. Żyję, i całkiem dobrze mi się powodzi. Nie muszę się już bać ani głupich gangsterów, ani jeszcze głupszych agentów specjalnych. Jestem wolnym człowiekiem. Nikt mnie nie zna i nikt mnie już nigdy nie rozpozna. Mam w dupie starą lesbę moją żonę, mam w dupie niezrównoważoną nimfetkę Monikę. Bez żalu pozbyłem się ich towarzystwa. Cieszysz się, że odziedziczyłeś po mnie te zboczone suki? No pewnie, możesz być dumny… hihihi… Ja się cieszę razem z tobą.  Gratulacje, nie ma co.

Może gadałby jeszcze dłużej, ale już nie mogłem go dalej słuchać. Śmiał się, kpił ze mnie w żywe oczy i to w moim własnym domu. Zerwałem się na równe nogi, to znaczy, usiłowałem się zerwać, ale skutek był taki, że wywaliłem się z fotela na podłogę. Z tego parteru daremnie poszukiwałem wzrokiem śladów Martwego Byka. Nigdzie go nie było.

Ogarnąłem jako tako swój wygląd i rzeczywiście, zacząłem się nad sobą zastanawiać. Po co ja tutaj przyleciałem? Tam chociaż nie byłem tak przeraźliwie samotny. Natychmiast jednak przypomniały mi się zgryźliwe uwagi Martwego Byka z tego dziwnego snu i w duchu przyznałem mu rację. Za bardzo zaangażowałem się w te dwie kobiety z Nowego Jorku. Przecież miedzy Bogiem a prawdą, od kilku miesięcy stanowiły jedyne moje towarzystwo.

– Musisz uważać – na dłuższa metę może to być niebezpieczne – upomniałem się w myślach. I wtedy poczułem wilczy głód.

Przejrzałem zawartość portfela i stwierdziłem obecność dużej ilości dolarów, ale amerykańskich, w tym dziesięć tysięcy pobranych z bankowego depozytu. Suma, jaką można bezpiecznie przewieźć przez granicę, nie narażając się celnikom. Postanowiłem zawieźć je do banku.

Zjechałem do garażu gdzie pod kilkucentymetrową warstwą kurzu drzemała moja kilkuletnia Honda Accord. Podłączyłem klemy do odłączonego na rok akumulatora, przemyłem szyby i z zadowoleniem słuchałem regularnej pracy silnika.

Edward Wójciak

ciąg dalszy nastąpi

 

Poleć:

O Autorze:

Edek Wojciak

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.