O stosunkach polsko-mołdawskich i współczesnej Mołdawii

0

Rozmowa z Iurie Bodrugiem, ambasadorem nadzwyczajnym i pełnomocnym Republiki Mołdawii w Warszawie

Leszek Wątróbski: Panie Ambasadorze, były czasu kiedy nasze państwa sąsiadowały ze sobą…

Iurie Bodrug: Hospodarstwo (odpowiednik księstwa) Mołdawskie i Rzeczpospolita były sąsiadami w czasach średniowiecza. I jak to między sąsiadami, bywało różnie. Wszyscy pamiętamy w Mołdawii, że nasze ówczesne państwo było lennikiem króla Polski. I kiedy się wchodzi na Wawel, to w górnej części bramy wjazdowej zobaczyć można herb średniowiecznej Mołdawii z głową żubra.

Przez kilkaset lat, do roku 1812, Mołdawia była okupowana przez Turcję, prawie do czasu najazdu cesarza Napoleona na wschodnią Europę. Po wojnie rosyjsko-tureckiej, w maju 1812 roku, doszło do przyłączenia wschodniej części średniowiecznej Mołdawii (tereny obecnej Republiki Moldowy) do Rosji. W ten sposób ziemie naszego gospodarstwa stały się częścią Imperium Rosyjskiego.

Mogę stwierdzić, że dziś w naszych wzajemnych stosunkach nie mamy żadnych znaczących problemów, bardzo dużo nasze kraje historyczne łączy i nic nie dzieli. Najbardziej łączy dążenie do dobrobytu i przyjaźni, ale i marzenie mojego kraju o integracji europejskiej. I tutaj doświadczenia Polski i Polaków są nam bardzo potrzebne.

L.W.: W Mołdawii jest wiele miejsc związanych z Polakami i naszą wspólną historią…

I.B.: W centrum Kiszyniowa, na przeciwko dużego budynku Związku Pisarzy Mołdawskich, stoi popiersie marszałka Józefa Piłsudskiego. Jak się bowiem okazuje, w roku 1932 marszałek Piłsudski, jako jedyna głowa obcego państwa, był z wizytą w Besarabii na manewrach wojskowych, gdzie przebywał na zaproszenie króla rumuńskiego Karola II. Marszałek został zakwaterowany w jedynym konsulacie zagranicznym, czyli polskim, jaki znajdował się w Kiszyniowie. Dziś w tym budynku mieści się ambasada USA i jest tablica pamiątkowa upamiętniająca wizytę polskiego marszałka.

Ambasador Iurie Bodrug (fot. Leszek Wątróbski)

Przed budynkiem filharmonii mołdawskiej jest popiersie najsłynniejszego burmistrza Kiszyniowa Karla Schmidta. Jego matka była Polką, a ojciec Niemcem. Burmistrz Schmidt, na przełomie XIX i XX wieku wprowadził prąd i oświetlenie na ulice naszej stolicy oraz tramwaje elektryczne. W XIX wieku, z 18 burmistrzów Kiszyniowa, aż 5 to byli Polacy, którzy odegrali dużą rolę w życiu politycznym i społecznym naszej stolicy. W 2013 roku, w rocznicę Powstania Styczniowego w Polsce (1863), wydaliśmy tu zbiór dokumentów o udziale Polaków w walkach powstańczych na terenie Mołdawii i Besarabii, gdzie powstańcy kupowali broń do walki z caratem, która dziwnymi drogami trafiała bezpośrednio do Polski. Poprzedni prezydent Mołdawii przekazał stronie polskiej, w roku 2012, kopie zbioru dokumentów o spisku na marszałka J. Piłsudskiego, który został przygotowany na jego życie w trakcie wizyty do Besarabii.

I wreszcie Kiszyniów, który jest jedyną stolicą na świecie, gdzie biblioteka literatury polskiej im. Adama Mickiewicza mieści się przy ul. Lecha Kaczyńskiego. Tam, każda delegacja z Polski składa kwiaty przy tablicy Sw. Pamięci Prezydenta Kaczyńskiego. Nie mogę nie powiedzieć jeszcze, ze moim zdaniem, najładniejszy pomnik Papieża Jana Pawla II, jest bez wątpienia, u nas w Kiszyniowie, przed kościołem rzymsko-katolickim w ścisłym centrum miasta.

Sztandar Stowarzyszenia Dom Polski w Bielcach (fot. Leszek Wątróbski)

Na zmieniającą się nieustannie Polskę spoglądam ze zdziwieniem i jednocześnie z pewnego rodzaju zazdrością. A pracuję tu, jako ambasador od 2010 roku, a wcześniej przez 3 lata jako radca naszej ambasady. Pamiętam Polskę jeszcze sprzed wielu lat, kiedy w drodze do NRD przejeżdżałem przez Wasz kraj. Pamiętam puste półki z octem, musztardą i ziemniakami. Pamiętam też, co pisały gazety radzieckie o „złej” Solidarności czy „złym” jej przywódcy Lechu Wałęsie czy głodzie w Polsce. Ich opinie były jednak bardzo propagandowe.

Nasze stosunki z Polską układają się dziś bardzo dobrze. Polska, tak samo jak i Rumunia i inne kraje, są aktualnie naszymi głównymi przedstawicielami w kancelariach europejskich. Obecnie na terenie Polski przebywa około 1 tys. Mołdawian. Tylu się przynajmniej u nas zarejestrowało. Znając jednak życie może ich być znacznie więcej, nawet kilkakrotnie. Mołdawianie mogą przecież podróżować po całej Europie także na podstawie paszportów rumuńskich, które posiada duży procent naszych obywateli.

W naszej ustawie o obywatelstwie jest zapisane, że człowiek, który stracił obywatelstwo Rumunii nie z własnej woli, a w roku 1940 Rosjanie nikogo o to nie pytali, ma prawo do powrotu i odzyskania przedwojennego obywatelstwa rodziców lub przodków. To wszystko się dzieje zgodnie z prawem unijnym. Nie możemy więc dokładnie policzyć, ilu naszych obywateli przebywa aktualnie na terytorium Polski

L.W.:  Mołdawia ogłosiła swoją niepodległość 27 sierpnia 1991…

I.B.: Mołdawia po odzyskaniu niepodległości poszukiwała swojej przyszłości. Jesteśmy nadal członkiem Wspólnoty Niepodległych Państw (WNP), którego założycielami, przypomnę, były 3 kraje: Białoruś, Rosja i Ukraina. Podpisały one porozumienie białowieskie w grudniu 1991 roku. Członkostwo zwyczajne WNP posiada obecnie: Armenia, Azerbejdżan, Białoruś, Kazachstan, Kirgistan, Mołdawia, Rosja, Tadżykistan, Uzbekistan. Turkmenistan był członkiem zwyczajnym do 2005 roku, od tego czasu posiada status członka stowarzyszonego.

L.W.: Mołdawianie odwiedzający Polskę to…

I.B.:…między innymi studenci. Jest ich prawie dwustu, na różnych uczelniach i na różnych kierunkach. Jest też trochę naszych studentów na paszportach rumuńskich. Ilu, tego też nie wiemy. Nie każda uczelnie zgadza się na przekazanie nam takich informacji. Istnieje przecież ochrona danych osobowych. Są pracownicy, ale stosunkowo niewiele. Dokładnie wiem, iż Mołdawiane w Polsce nie stanowią problem dla władz lub pracodawców.

Przez ostatnie 8 lat, jak tu pracuję, Polskę odwiedziło także około 5 tys. mołdawskich urzędników różnego szczebla. Oni przyjeżdżali tu z oficjalnymi wizytami oraz na szkolenia i turystycznie. Dla nas takie spotkania są bardzo ważne. Nasi urzędnicy, podczas każdej wizyty w Polsce, czegoś się nauczą. Mogą tu przecież poznawać wasze doświadczenia. Spotykam się prawie zawsze z naszymi delegacjami. I mówię im, że i Wy nie wszystko mieliście od razu i że ani Krakowa, ani Kiszyniowa od razu nie zbudowano. Patrzymy i uczymy się od Polski i Polaków. Aby coś zbudować, trzeba przecież wiele czasu i doświadczenia. Widzimy, że potrzebna jest też pomoc władz samorządowych, wojewódzkich i państwowych czy wreszcie funduszy unijnych. Wiemy, że tak było np. z drogami w Polsce, które powstałe z finansową pomocą z Unii Europejskiej. Teraz macie po czym wygodnie i szybko jeździć. Patrzymy jak Polska się zmieniła w ostatnich latach, w tym dzięki wykorzystaniu unijnych funduszy. My jeszcze takich możliwości nie mamy, ale widzimy, że jakie możliwości się otwierają, jak warto być członkiem Unii Europejskiej.

L.W.: Mołdawia to z punktu widzenia europejskiego turysty „terra incognita”. Czy słusznie?

I.B.: Mamy tu w Mołdawii kilka ciekawych szlaków turystycznych. Do najciekawszych z nich należy bez wątpienia szlak winiarski połączony z degustacją w najsłynniejszych zakładach winiarskich – w Milestii Mici i Cricova. Choć Milestii Mici jest większy, to warto postawić na Cricovą. Jest to bowiem coś więcej niż winnica. To także fabryka szampanów i miejsce ekskluzywnych spotkań mołdawskich władz z obcymi politykami i dyplomatami. Tutaj przyjeżdża niemal każda zagraniczna delegacja odwiedzająca Kiszyniów, ale jest tez obiektem otwartym dla turystów.

Milestii Mici to tez obiekt turystyczny, ale i zakład produkcyjny i największy na świecie podziemny magazyn wina. Istnieje jeszcze jedna ważna różnica – piwnice Milestii Mici jak i Cricova zwiedzają się samochodem, a dodatkowo, Cricova jest wyposażona we własne pojazdy. Do obu piwnic można się dojechać autobusem, przy okazji wizyty w Kiszyniowie. Łączna długość korytarzy w Cricova sięga prawie 180 km, a w Milestii Mici nawet 240 km. Co prawda turystom pokazuje się tylko niewielką część podziemi, ale mimo wszystko, odległości między poszczególnymi punktami wycieczki są dość duże.

Zamek Cetatea. Soroca (fot. archiwum)

L.W.: Ciekawy jest także szlak cerkwi i klasztorów…

I.B.: Są to malownicze cerkwie północnej Mołdawii. Stanowią one grupę unikatowych cerkwi prawosławnych położonych na Bukowinie, ozdobionych zarówno malowidłami wewnętrznymi, jak i pochodzącymi z XVI w. freskami zewnętrznymi, pokrywającymi fasady na całej ich powierzchni. Osiem z nich jest wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Warte zobaczenia są też skalne monastyry (klasztory). Są jedną z największych atrakcji turystycznych Mołdawii. Wśród najbardziej znanych znajduje się m.in. Monastyr Curchi, będący najważniejszym miejscem dla naszej duchowości. Ten męski klasztor położony jest w Parku Narodowym Orhei, po sąsiedzku ze słynnym Stary Orchei, gdzie znajduje się czynny klasztor wykopany w skale, na wysokim brzegu rzeki.

L.W.: Kolejny warty zobaczenia szlak turystyczny dotyczy sztuki kulinarnej Mołdawii…

I.B.: …kuchni mołdawskiej, nie dotkniętej jeszcze skażeniem cywilizacji. Nasze skarby kulinarne, gospodarstwa agroturystyczne i wiejskie targi są tego najlepszym przykładem. Można u nas kupić świetne produkty, przygotowywane bez żadnej chemii. Na takich wiejskich stoiskach stoją kobiety i sprzedają np. śmietanę z baniek kilkulitrowych. Trzeba ją najpierw spróbować i przekonać się jak smakuje. Można tę śmietanę kroić nożem – bo prawdziwa mołdawska śmietana jest tak gęsta jak masło. Spróbować prawdziwej owczej bryndzy… Zazwyczaj Mołdawianie sami produkują swoje jedzenie. U nas nie są tak rozpowszechnione jak w Polsce duże supermarkety. I dlatego nasza kuchnia jest raczej prawdziwą kuchnią domową. W Mołdawii je się dużo grilowanego mięsa i grilowanych warzyw. Mamy też gołąbki, ale są one zdecydowanie mniejsze niż polskie. Nie większe niż 3-4 cm. W starym zwyczaju mołdawskim jest tak, że kiedy gospodyni wita gości, to zaczyna od przeprosin. Mówi, że nie miała wiele czasu i dlatego gołąbki są dziś trochę większe, niż miały być…Wiadomo, że mniejsze gołąbki wymagają dużo więcej pracy. Gospodyni wyraża w ten sposób swój szacunek do gości i nikt nie ma prawa się wtedy na nią gniewać. Są też podawane papryki faszerowane małymi gołąbkami. W każdej z nich mieści się około 20 małych gołąbków.

Godny odnotowania, ale już poza sferą kulinarną, jest jeszcze fakt, iż bardzo popularne są także w Mołdawii wełniane, wiejskie dywany. Mimo, że mieszkam już w mieście od 40 lat, to też taki dywan u siebie na podłodze mam. We wszystkich tradycyjnych rodzinach mołdawskich, także w miastach, ściana bez takiego dywanu, to nie ściana. Ludzie zachowują tę tradycję bardzo sumiennie. -Zwiedzając współczesną Mołdawię warto jest zajrzeć do separatystycznej republiki Naddniestrza…

Klasztor prawosławny Orheiul Vechi (fot. archiwum)

Zgodnie z prawem, w tym międzynarodowym, Naddniestrze było zawsze częścią Mołdawii. Inną rzeczą jest fakt posiadania przez nich własnego rządu, paszportów, armii czy waluty. Jesteśmy jednak ciągle w trakcie prób zjednoczenia całego kraju. Powołaliśmy nawet specjalnego wicepremiera, zaraz po wojnie domowej w roku 1992, który zajmuje się sprawami związanymi wyłącznie ze zjednoczeniem kraju i spraw związanych z Naddniestrzem. Na dziś nie ma tam granicy i naszej służby celnej. My nie możemy i nie chcemy tam nikogo kontrolować. Kontrole przeprowadzają natomiast tylko naddniestrzańskie służby. Tam do dzisiaj stacjonują wojska rosyjskie byłej 14 Armii, pilnujące magazynów broni. Wiemy też, że ta broń jest własnością Rosji i musi być pod ich ochroną. Działa tam trójstronna komisja: mołdawsko-rosyjsko-naddniestrzańska. Tam już nikt nie strzela, ani nie walczy od wielu, wielu lat. Zadajemy więc sobie pytanie:, po co są tam nadal wojska rosyjskie? Można je zastąpić siłami policyjnymi, pod kontrolą międzynarodową, które będą spełniały te same zdania. Policja jest przecież od przestrzegania prawa i porządku. Niestety strona rosyjska i naddniestrzańska na naszą propozycję się nie zgadzają. Wiadomo, że prawie 70% produkcji Naddniestrza eksportuje się do krajów Unii Europejskiej z mołdawskimi certyfikatami pochodzenia. Samochody z numerami rejestracyjnymi Naddniestrza nie są wpuszczane do krajów Unii Europejskiej – uzgodniliśmy więc z instytucjami w Brukseli numery neutralne, bez znaków Mołdawii czy Naddniestrza, dla pojazdów naddniestrzańskich, aby dać ich ludziom możliwość podróżowania. My nie walczymy przecież z mieszkańcami Naddniestrza. Jestem realistą i niestety, nie widzę większych szans na szybie zmiany.

Tyraspol (Naddniestrze). Koncert w wykonaniu młodzieży polskiej (fot. Leszek Wątróbski)

L.W.: Mołdawianie to głównie wyznawcy prawosławia…

I.B.: Ponad dziewięćdziesiąt procent naszych obywateli to wyznawcy cerkwi prawosławnej. Prawie 2/3 parafii mołdawskich należy do Patriarchatu Moskiewskiego. Metropolita Kiszyniowa i całej Mołdawii jest członkiem synodu Cerkwi Rosyjskiej. Pozostali wyznawcy prawosławia, z arcybiskupem besarabskim na czele, należy do Patriarchatu Bukaresztańskiego, czyli wchodzi w skład Rumuńskiej Cerkwi Prawosławnej. Podział na część rosyjską i rumuńską jest podziałem historycznym. Przed II wojną światową Besarabia była bowiem częścią Rumunii. Są też nieliczne parafie należące do Bułgarskiej Cerkwi Prawosławnej. W Mołdawii są ponadto muzułmanie (4,95%), protestanci (3,15), katolicy (2,04%) oraz inni. Katolicy posiadają obecnie jedną diecezję z siedzibą w Kiszyniowie. Po ogłoszeniu niepodległości przez Mołdawię w roku 1991, kościół katolicki zaczął się odradzać. 28 października roku 1993 papież Jan Paweł II utworzył dla mołdawskich katolików, żyjących w diasporze, administraturę apostolską, która osiem lat później, w roku 2001 została przekształcona w pełnoprawną diecezję. I tak jest do dzisiaj.

Klasztor prawosławny Căpriana (fot. archiwum)

L.W.: A skąd u Pana taka dobra znajomość języka polskiego?

I.B.: Pracowałem tu w latach 2000-2003. Wtedy zaczęła się moja przygoda z językiem polskim. Mój syn chodził wówczas do liceum, a córka na zajęcia na uniwersytecie. Teraz mam tu 8-letnią wnuczkę, którą się opiekujemy wspólnie z żoną, Valentiną. Nasza wnuczka ma na podwórku trochę starszą koleżankę i 12 kolegów, do których stara się dopasować biegając jak oni, ale i ucząc się w czasie zabawy języka polskiego. Żona też zna dość dobrze język polski i jest dobrym pomocnikiem w mojej pracy. Przymuje gości, nawiązuje i utrzymuje kontakty z naszymi polskimi znajomymi oraz obcymi dyplomatami. Jestem z wykształcenia nauczycielem. Pracowałem przez 15 lat w administracji lokalnej na południu Mołdawii. W czasie przemian ustrojowych (1991) przeprowadziłem się w roku 1993 do Kiszyniowa, gdzie tworzono wówczas instytucje państwowe. W naszym WSZ było tylko kilkunastu pracowników. Ściągnął mnie tam do pracy mój starszy kolega. Mając więc doświadczenie w administracji publicznej podjąłem tam pracę. Rozpocząłem pracę w wieku prawie 40 lat na najniższym stanowisku – III sekretarza. Bardzo szybko awansowałem. Kierownictwo ministerstwa zauważyło, że daję sobie dobrze radę. I po półtora roku ja już byłem radcą, a później radcą – ministrem ambasady w Moskwie. To były lata 1994-1997. Po powrocie do Mołdawi powierzono mi stanowisko dyrektora do spraw WNP przez kilka dobrych lat. Następnie znalazłem się w Warszawie, jako radca. Potem wróciłem do Kiszyniowa i ponownie, od roku 2010, w Warszawie, jako ambasador. Przepracowałem w Warszawie już 2 kadencje. Pora pomyśleć o powrocie.

L.W.: Dziękuję za rozmowę. Oby przybliżyła ona znajomość Mołdawii wśród Polaków i Polonii.

rozmawiał Leszek Wątróbski

Poleć:

O Autorze:

Comments are closed.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.