Martwy byk – powieść w odcinkach (38)

0

Wiedziałem, chociaż jej tego nie powiedziałem, że takie sny świadczą o braku mężczyzny. Nie miała chłopaka, nie miała nawet ojca. Wróciliśmy do samochodu. Przed domem rzuciła mi się na szyję. Byłem zdumiony. Błagała, żebym jej nie zostawiał. Bez słowa zawróciłem. Wypadliśmy na trasę. Mój Fiat sam zaprowadził nas do motelu Mak, pod Warszawą. Obsługa znała mnie bardzo dobrze. O każdej porze dnia i nocy miałem tam zapewniony pokój i cały serwis. Jednak tym razem było już późno, i nie mieli ani jednego wolnego miejsca. Zaprzyjaźniony barman zaoferował mi swoje awaryjne łóżko, wciśnięte w maleńką przestrzeń za barem, pośród walających się instrumentów muzycznych. Zgodziłem się, najbardziej z uwagi na to, że oddawał mi do dyspozycji ich słynny bar.

Zaczęliśmy pić whisky i przepijać ją Żywcem. Oraz gawędzić. To znaczy ja piłem, a ona gawędziła. Nie tknęła swojej szklanki. Powtarzała to, co mówiła przedtem przez telefon. Że zakochała się we mnie, a u niej jest to ważniejsze, niż jej życie. Na dowód swojej prawdomówności rozebrała się przede mną, by zaprezentować swoje wdzięki ze wszystkich stron. Byłem zimny jak głaz. Nie wiedziałem, czy jest dorosła według prawa. Wyglądała na wariatkę, więc wolałem nie ryzykować. Adaś, jeden z moich kolegów, przegarował za takie coś niewinnie cztery lata w więzieniu. Butelka robiła się pusta, w miarę częstotliwości mojego zapadania w drzemkę. W końcu zasnąłem na dobre, a kiedy się obudziłem, dziewczyna już ubrana, gotowa była do drogi. Stanowczo chciała jechać. Skołowany od tego picia ledwie widziałem na oczy, ale pojechałem. Gdzieś w połowie drogi zaczęła bawić się moją dłonią, spoczywającą na kierownicy. Robiła to z taką wprawą, że wszystko we mnie stanęło. Objąłem ją tą ręką i nie przerywając jazdy, pieściłem za uchem. W pewnej chwili rozkazała, żebym wjechał do lasu. Kiedy zjeżdżałem, ona zdążyła się rozebrać. Oszalałem z podniecenia. Zapomniałem o przypadku Adasia. Kochaliśmy się bez żadnych oporów, jakbyśmy to robili od zawsze, jak starzy kochankowie.

Na temat kochania wiedziała wszystko. Była w sam raz, nie za ciasna, nie za luźna. Taka, jak lubiłem. Prosiła tylko, co mnie strasznie rozbawiło, żebym jej nie nawpuszczał tam plemników. To ja zapytałem, co mam z tym zrobić. Załatwiła temat z niespodziewaną wprawą. Byłem w siódmym niebie. Ona chyba w ósmym, jeśli takie istnieje. Powiedziała mi to, dodając, że od teraz mogę zawsze na nią liczyć. Będzie na każde moje zawołanie, w dzień, czy w nocy. Jest teraz sługą swojego pana. Boskiego pana – dodała, łasząc się do mnie jak szczenię.

I tak się zaczęła historia z Samantą. Jej obietnice nie były czczym gadaniem podnieconej panienki. Od tej pory zawsze, kiedy byłem już odpowiednio pijany, dzwoniłem do niej, a ona niezależnie od pory, była gotowa. Uciekała dla mnie z domu, uciekała z lekcji. Kiedy tylko rozkazałem. Bo teraz grałem w tę jej grę, ku obopólnemu zadowoleniu. Motele w promieniu stu kilometrów znały nas wyjątkowo dobrze, gdyż były naszymi domami. Balowaliśmy zwykle dwa, trzy dni, aż kończyły mi się pieniądze, a co za tym idzie – mój alkohol. Nie było przypadku, żebym był trzeźwy podczas tych wypraw. Zawsze zaprawiony, z zapasem wódy. Jej to nie przeszkadzało. A ja teraz, tylko po dużej wódce mogłem pokazać, co potrafię. Mogłem kochać się bez końca, dosłownie godzinami. Byliśmy w tym doskonale dopasowani. Odprawialiśmy miłosne misteria, w których ona wznosiła się na szczyty wyrafinowania. Nie wystarczała jej normalna miłość. Kochała perwersję. Często zastanawiałem się, jak ona to wszystko ze mną wytrzymuje. Po co? Na co jej starszy, a na dodatek ciągle pijany facet? Co dziwne i dla mnie mało zrozumiałe, nie brała do ust alkoholu. Rajcował ją wyłącznie seks i słuchanie moich pijackich, przemądrzałych banałów. Mówiła niewiele, za to słuchała mnie jak radia, wpatrzona z podziwem w moje oczy.

W łóżku zawsze byłem dżentelmenem. Jej przestało to imponować. Wpadała w transy i amoki. Prowadziła jakąś cholernie imponującą mi grę, w którą dawałem się wciągać znowu i na nowo. W kółko. Nigdy nie miałem dość.

Cuda w łóżku wyprawiała. Niewiele pamiętam, ale coś niecoś tak. Wariowała. Na przykład, pamiętam jak wyskakiwała i wczołgiwała się z powrotem, nadziewała się na mnie jak na pal; oszalała z bólu, wpadała w drgawki. Twarz nabierała natchnionego wyrazu niedowierzania, zdziwienia i zawziętej satysfakcji. Jej ciało trzepotało gwałtownie, jakby w przedśmiertnych drgawkach, a kiedy opadało na skraj łóżka, zamierało wyprężone w ostatnim spazmie. Głowa zwisała w dół, tuż przy podłodze, a z posiniałych ust wydobywał się chrapliwy szept:

– Kocham cię, mój panie.

Zdumiony, a zarazem zachwycony, wpatrywałem się w nią, kiedy zasypiała w tej dziwnej pozycji, a duże łzy powoli toczyły się po bladej, przepełnionej natchnieniem twarzy.

Teraz była tylko Samanta. Inne dziewczyny nie miały przy niej szans. Prezentowały się żałośnie śmiesznie. Zawsze zadbała, żeby nasze ucieczki miały właściwą oprawę. Kochała Beatlesów, więc często zabierała ze sobą olbrzymi szpulowy magnetofon i komplety taśm. Ponieważ ja lubiłem obie wielkie grupy, zabierała dla mnie Stonesów. Nie bacząc na uśmieszki przygodnych ludzi, taszczyła wielkie pudło po motelowych schodach. Bywało, że dojeżdżała do mnie autobusami. Taka była uparta. Jej konsekwencja przejawiała się w każdej dziedzinie życia. A najbardziej – w bezgranicznej do mnie miłości i zdumiewającym oddaniu.

Nadszedł czas jej matury. Nie zapomnę, jak przybiegła do mnie w nasze ulubione miejsce nad Białką, otoczone trzcinami. Nazywała mnie wtedy Srebrnym Chrząszczem. Dlatego, że niby w tej trzcinie brzmię, czyli grzmię, czyli ją grzmocę. No więc przybiegła wołając, że teraz jest nareszcie wolna. Teraz możemy uciekać na poważnie.

Co miała na myśli? Oczywiście, ucieczkę za granicę. We dwoje. Ani mi się to wtedy śniło. Ale życie lubi płatać najdziwniejsze figle. Te kpiny losu nie ominęły i mnie. A może to było przeznaczenie?

Pewnie tak, bo sprawy zaczęły przybierać dziwnie uporządkowany obrót. Należy zacząć od sposobu, w jaki dokonywaliśmy wpłat naszych utargów ze stacji. W tym okresie paliwo było reglamentowane, choć nigdy go nie brakowało. Z tego powodu kolejki na stacjach były niewyobrażalnie długie, utargi zaś przekraczały zawsze pół miliona złotych. Po zakończeniu sprzedaży woziliśmy je do domu, żeby następnego dnia wpłacić na poczcie, gdyż nie mieliśmy kasy pancernej, ani nie korzystaliśmy z usług inkasenta. Tym razem tak się złożyło, że kilku kolejnych dwóch utargów nie wpłaciłem, tylko woziłem je w samochodowej skrytce.

Ostatnio zapominałem wracać do domu. Popijałem zdrowo i po prostu zapominałem. Zdarzało się to i przedtem. Wpłaty robiło się z opóźnieniem i nikt dotychczas nie protestował. Tej nocy mieliśmy ze wspólnikiem siedemset tysięcy. A w naszej prywatnej kasie tyle, że baliśmy się tym dzielić. Zadowoleni z siebie, jak zwykle zresztą, obciągnęliśmy flaszkę, potem drugą, którą przynieśli chłopaki z drogówki. Nie byłem pijany, tylko bardzo zmęczony. Postanowiłem urwać się im, pojechać nareszcie do domu, żeby odespać kilka zarwanych nocy. Wsunąłem paczkę z utargiem za pas dżinsów i odjechałem.

Wypadek zdarzył się na wysokości Lubochni, w miejscu, gdzie trasa Warszawa – Katowice była od kilku miesięcy w remoncie. Prawy pas zablokowano betonowymi barierkami, a dalej szerokim piaskowym wałem. Wiedziałem o tym dobrze, gdyż codziennie zjeżdżałem w tym miejscu na przeciwny pas, oznakowany pachołkami z migającymi światełkami. Musiałem na ułamek sekundy zasnąć. Obudził mnie przeraźliwy huk. Stanąłem odruchowo na hamulcu. Więcej nie pamiętam.

Ocuciła mnie jaskrawa jasność. Unosiłem się w powietrzu. Otoczył niespotykany spokój, ogarnęło słodkie rozmarzenie. Zobaczyłem, jak daleko, za białym płomieniem, jakaś długa na kilka pięter postać nakazuje mi złotym palcem, jak wskazówką gigantycznego zegara, powrót na dół. Znalazłem się z powrotem za kierownicą, która miała kształt naleśnika, wypchnięta przez nieistniejącą aktualnie przednią szybę. Próbowałem naiwnie uruchomić silnik, kiedy nadbiegło dwóch wieśniaków. Byłem jeszcze w szoku, więc kazałem im się wynosić. Wyszedłem na zewnątrz wraka. Upadłem, ale nie zemdlałem.

Nawykły do podejmowania błyskawicznych decyzji, kazałem chłopom postarać się o jakiś pojazd. Oni poszli, a ja wymiotowałem. Kiedy skończyłem, osunąłem się na ziemię i wtedy ujrzałem pół fiata. Tyle z niego zostało. Dopiero teraz przyszła do mnie wiadomość, że miałem wypadek i to po pijanemu. Pierwszy raz w moim życiu.

Przypomniałem sobie o państwowej kasie. Dostałem się jakoś do skrytki, wydostałem stare utargi, połączyłem z dzisiejszym i wsunąłem za majtki. Właśnie wtedy nadjechali Wołgą moi wybawiciele. Ja leciałem już przez ręce, ale nie chciałem zemdleć.

Dałem chłopom dwa tysiące, przykazując, by zawieźli mnie do stacji Polmozbytu w Białkowicach, gdzie wszyscy chłopcy byli moimi przyjaciółmi. Miałem teraz znów chwile dziwnej jasności w głowie. Kazałem im odholować wrak mojego samochodu z miejsca wypadku na ich stację i dobrze ukryć. Sam pokuśtykałem do telefonu i zadzwoniłem do Samanty. Rozkazałem, żeby wyszła z domu i czekała na mnie na jego tyłach. Do skutku. Dopiero teraz poprosiłem kolegę, żeby zawiózł mnie swoim żukiem do szpitala. Modliłem się, żebym w tym czasie nie zemdlał, a byłem tego coraz bliższy.

Po drodze, na moją prośbę, chłopak zboczył pod dom Samanty. Nie pytała o nic, wystarczyło, że na mnie spojrzała. Nie byłem w stanie z tego samochodu wysiąść. Dopiero teraz dopadł mnie ból. Cały byłem jednym bólem. Przywołałem ją gestem do siebie. Gdy podeszła, przytuliłem i  pocałowałem w ucho, a w tym samym czasie, dyskretnie wsunąłem za jej kurteczkę kilka paczek banknotów, nakazując szeptem, żeby dobrze je schowała. Potem dopiero spokojnie zemdlałem.

Ocucono mnie w izbie przyjęć. Znajomi lekarze stwierdzili złamanie nosa, pęknięcie dwóch żeber i wstrząs mózgu. Nos naprawili mi na poczekaniu, resztą zajmowali się podczas długiej, bolesnej nocy. Najgorszy był ból w klatce piersiowej. Nie mogłem nawet kichnąć, bo od razu znajdowałem się na krawędzi omdlenia.

Oczywiście zainteresowała się mną milicja. Nie miejscowa, tylko z komendy wojewódzkiej. Wręczyli mi nakaz aresztowania. Był to areszt domowy. Nie pytali o alkohol, pytali o pieniądze. Nic nie pamiętałem. Miałem całkowitą amnezję powypadkową. Przecież przeżyłem wstrząs mózgu.

Dyrekcja CPN-u zwolniła mnie od razu. Nie miałem powrotu na stację. Wcale tego nie żałowałem. Odszkodowanie wypłaciłem sobie sam.

Przez tydzień leżałem w szpitalu. Przychodzili wszyscy przyjaciele. Piliśmy wódkę, którą przynosili. Mój wspólnik błagał, żebym sobie przypomniał, co się stało z kasą. Nie mogłem sobie przypomnieć. Był załamany, bał się, że też poleci z pracy. Nie poleciał. Za tydzień Matylda odebrała mnie ze szpitala. Nie wolno mi było opuszczać miasta. Jak ja w takim stanie mógłbym opuścić miasto?!

Przez dwa tygodnie leżałem w łóżku, pod troskliwą opieką konkubiny oraz dyskretną obserwacją milicji. Matylda wzięła urlop i zatruwała mi życie. Zachowywała się podejrzanie. Nie opuszczała mnie nawet na sekundę. Zbrzydło mi to. Pragnąłem być sam. Nie miałem żadnego kontaktu z Samantą. Modliłem się, żeby czasem nie zachciało jej się do mnie zadzwonić. Nie dzwoniła. Mądra dziewczyna. W tym czasie milicja dwukrotnie przeprowadziła w domu rewizję. Wyszli z niczym.

W końcu moja dobra samarytanka musiała iść do pracy. Opuszczała dom niechętnie. Po jakimś czasie okazało się, dlaczego. Któregoś ranka odebrałem od listonosza pocztę. Myślałem, że padnę: – Dostałem list z Kanady! A w nim pretensje, że nie odpisuję, co się ze mną dzieje, dlaczego nie przyjeżdżam. I tak dalej, w tym stylu.

– Matylda jest do zabicia! Ta wołowata krowa chowała moje listy! – darłem się na całe gardło, czołgając się w bólu po podłodze.

Skutki mojej rewizji miały zdecydowanie bardziej pozytywny charakter. W szafie Matyldy pod stertą majtek, leżały sobie niewinnie trzy listy wysłane z Toronto. Sprawdziłem drobiazgowo – żaden z nich nie był otwierany, znałem się na tym. Miałem dużo czasu. Rozbebeszone mieszkanie zostawiłem dla Matyldy. A na stole w jadalni położyłem wszystkie listy. Już zdążyłem je po kilka razy przeczytać. Były krótkie i lakoniczne, wystarczająco jednak treściwe, żeby potrząsnąć mną do spodu.  

Od dziesięciu lat byłem ojcem. Mój syn ma na imię Jacek. Senek wychowuje go samodzielnie. Nie wyszła za mąż, jest ciągle formalnie moją żoną, choć ma kogoś. Krótko wyjaśniała mi tamtą historię sprzed lat.

Wtedy, po naocznym stwierdzeniu mojej zdrady wpadła w ślepą rozpacz. Kochała mnie tak, że nie mogła w to uwierzyć, że mogłem być taki podły. Ale przecież sama widziała. Jechała za szybko, nie widziała nic z powodu łez. Obudziła się w szpitalu. Wypadek nie był groźny, wyszła lekko podrapana. Jej niechętni mi zawsze rodzice triumfowali. Wywieźli ją do Warszawy. Nie musieli zbytnio  namawiać do opuszczenia kraju. Sama czuła, że jest to jedyny sposób ucieczki przede mną. Zemsta była czynnikiem towarzyszącym. Mój syn jest moją kopią. Przemyślała wszystko. Czas zrobił swoje. Resztę opowie mi, kiedy przyjadę do nich w odwiedziny. Przebacza mi. W jednym z listów było zaproszenie.

Skakałem z radości do góry, do czasu, aż ból w klatce nie rzucił mną o podłogę. Leżałem szczęśliwy i płakałem. Dziękowałem opatrzności za ten wypadek, a mojemu Aniołowi za odesłanie mnie na Ziemię. Z tego szczęścia upiłem się do nieprzytomności.

Kiedy się obudziłem z pijackiego snu, zobaczyłem Matyldę siedzącą nieruchomo w fotelu. Już nie płakała. Miała tylko głębokie sińce pod oczami. Zupełnie takie, jak moje. Wyglądała staro. Nie zamieniliśmy ze sobą ani jednego słowa. Ubrałem się niezdarnie i po raz pierwszy od wielu dni wyszedłem w miasto. Pierwsze kroki skierowałem do knajpy.

Przez jakiś tydzień kręciło się zwariowane kółko pijaństwa. Rano wychodziłem, w nocy taksówka przywoziła mnie do domu.

Aż któregoś ranka Matylda przemówiła. Przeprosiła mnie za swój haniebny, jak to określiła, uczynek. Tłumaczyła to swoją bezgraniczną miłością oraz lękiem przed samotnością. Teraz wie, że to nie miało najmniejszego sensu. Daje mi wolną rękę, tylko prosi, żebym przyhamował z piciem. Obawia się mianowicie, że może to się dla mnie skończyć czymś bardziej tragicznym. Przyznałem jej rację. W kwestii listów też wykazałem zrozumienie. Na jej korzyść częściowo przemawiał fakt, że żadnego z nich nie otworzyła. Przy okazji wręczyła mi wezwanie do sądu.

Na sprawie dostałem wyrok dwóch lat więzienia, w zawieszeniu na trzy lata. Na taki sam okres zatrzymali moje prawo jazdy. Nie wolno mi było w tym czasie opuszczać granic Polski. Zaproszenie do Kanady mogłem sobie włożyć w buty. Pozwalali za to na swobodne poruszanie się po kraju.

Edward Wójciak

ciąg dalszy nastąpi

Poleć:

O Autorze:

Edek Wojciak

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.