Martwy byk – powieść w odcinkach (39)

0

Zastopowałem picie. Trzęsąc się z powodu odstawienia lekarstwa, zastanawiałem się nad swoim życiem. Wyglądało marnie. Miałem pieniądze, ale nagle z całą jasnością zobaczyłem, że to nie jest wszystko, czego oczekiwałem od życia. Ale, ale, miałem przecież syna! Gdzieś daleko, nieosiągalny, jednak był. A Senek? – Co z tego, że mi wybacza? – Nie miałem na ten temat zdania. Postanowiłem jednak działać. Nie mogłem kontaktować się z Samantą. Nie wiedziałem, czy dotarli do niej milicyjni wywiadowcy. Bałem się sprawdzać. Może dotarli? Nie ufałem teraz nikomu, nawet moim przyjaciołom ze stacji. Nie chciałem w ogóle pokazywać się w Białkowicach.

Aż naraz przypomniałem sobie o pewnym moim znajomym z tajnej milicji. Nazywaliśmy go w skrócie Esbekiem. Mieszkał w Łodzi, a w Białkowicach odwiedzał starego ojca.  Często przyjeżdżał na stacje i upijaliśmy się wódką. Pamiętałem wciąż jego słowa, kiedy po pijanemu obiecywał, że możemy zawsze na niego liczyć. Czy można wierzyć milicjantowi z esbecji?

Obawiałem się, że nie za bardzo. Ale hazard był moim żywiołem. Odszukałem jego tajemny numer i wykonałem telefon. Zaryzykowałem, nie pierwszy i nie ostatni raz w życiu. Dałem Esbekowi namiary na Samantę. Poprosiłem, żeby ją przywiózł do Łodzi. Umówiliśmy się w barze Grand Hotelu. Przyjechali oboje.

Samanta wydoroślała przez ten czas, skobieciała. Rzuciła mi się na szyję, aż zatrzeszczały moje połamane żebra. Zapewniła o swojej wiecznej miłości i bezgranicznym oddaniu. A także o tym, że kasa znajduje się nienaruszona w bezpiecznym miejscu.

Esbek wysłuchał mnie uważnie. Mówiłem bez osłonek. Chcemy z moją dziewczyną opuścić kraj. Ja mam szlaban na paszport, ona w zasadzie też, bo nie pracuje, nie ma oficjalnych dochodów. Czy może nam pomóc.

Zaczął poważnie, od naświetlenia sytuacji politycznej. Strajki zalewają kraj, nowa siła antysocjalistyczna chce obalić władzę. On tej władzy nie wróży długiego żywota. Sam planuje zerwać się z tego bałaganu. Szanse na godziwe życie w najbliższej przyszłości ocenia na zero. Na koniec powiedział ściszając głos:

– Teraz, albo długo, długo – nigdy. Mam cynk, że tylko patrzeć, a zamkną na amen granice. Szykuje się niezła rozróba. Może być z tego wojna. Tylko nikomu ani mru, mru. Postara się nam pomóc. Musimy tylko dostarczyć mu zdjęcia do paszportów i szczegółowe dane osobowe. Ustaliliśmy datę razem z miejscem następnego spotkania oraz przybliżoną wysokość honorarium. Będzie miał koszty własne. Suma raczej śmieszna, leżała w zasięgu naszych możliwości. Kazał nam wszystkie oszczędności zamienić na dolary amerykańskie i na wszelki wypadek zabrać gotówkę na spotkanie. A potem się urżnęliśmy.

Samanta zamieniała kasę u warszawskich cinkciarzy. Ja swoją już dawno miałem zamienioną. Byliśmy nadzwyczaj ostrożni. Mimo wszystko, obawiałem się aresztowania. Nie ufałem już nikomu.

W domu byłem grzeczny i kochający. A może ja rzeczywiście kochałem tę moją Matyldę? Jeśli nie, to dlaczego puszczałem teraz w kółko sentymentalno-landrynkową „Angie” Stonesów? Czy tylko ze względu na tekst, jak ulał pasujący do nowego etapu w moim życiu? Wiele jej zawdzięczałem, nie miałem wątpliwości. Tak żegnałem się z kochaną jednak, jak uznałem w końcu, Matyldą, ale tylko ja jeden z nas dwojga wiedziałem, że żegnamy się na zawsze:

Och, Angie, nie płacz,

Twoje słodkie pocałunki są mokre, ach!

Nie mogę znieść smutku w twoich oczach,

Ale Angie, Angie,

Czy nie czas się pożegnać?

Nie ma miłości w naszych duszach,

Nie umiemy o nią żebrać.

Puste kieszenie w naszych płaszczach,

Podbitych smutkiem jesieni.

Nie można powiedzieć, żebyśmy byli zadowoleni.

Ale Angie, Angie,

Cieszmy się, że żyjemy,

Angie, Angie,

Chyba nic nie straciliśmy –

Nikt nie powie, że nie spróbowaliśmy.

Już we wrześniu cały kraj zadrżał, częściowo z niepokoju, po części z nadziei. Krajowy Zjazd Delegatów NSZZ Solidarność wysłał przesłanie do ludzi pracy Europy Wschodniej. Zaczynało się robić gorąco. W odpowiedzi na tę obelgę VI Plenum KC PZPR mianowało generała Jaruzelskiego swoim pierwszym sekretarzem, wręczając mu tym samym, wszystkie połączone najważniejsze funkcje w państwie. Rozpoczęła się intensyfikacja przygotowań do ostatecznej rozprawy z opozycją.

Był koniec listopada. Spotkaliśmy się w warszawskim hotelu Forum. Wypiliśmy tylko po piwku, kiedy Esbek zszokował nas kompletnie:

– Tutaj nie rozmawiamy, przenosimy się do jednego z moich lokali kontaktowych. Nie musicie się niczego obawiać.

Łatwo mu było powiedzieć. Z duszami na ramieniu i w całkowitej ciszy jechaliśmy taksówką na Żoliborz. W mieszkaniu nie było nikogo. Odetchnęliśmy z ulgą. Esbek postawił butelkę Soplicy i kazał nam się odprężać. Opowiedział nawet parę aktualnych kawałów politycznych, z których niestety, ale sam się musiał śmiać. Byliśmy zbyt spięci, żeby mu wtórować.

A kiedy się odprężyliśmy, szokował nas dalej:

– Musicie robić teraz dokładnie to, co ja wam każę. Żadnych dyskusji. Z tego lokalu pojedziecie prosto na lotnisko. Dostaniecie walizki z ciuchami, żebyście nie wyglądali podejrzanie. Wszystko jest na dobrej drodze. Dawajcie kasę, zdjęcia i dokumenty. Macie przed sobą około tygodnia czekania. Na razie, bo więcej sam jeszcze dokładnie nie wiem. Będę was tu odwiedzał. Proszę czuć się jak u siebie w domu. Tam jest lodówka. Nie wolno wam wychodzić z mieszkania.

Samanta wpadła w rozpacz. Nie miała swoich ciuchów, myślała, że jakoś pożegna się z matką. Ja się trzymałem, a właściwie trzymała mnie kochana wódeczka. Sprawdziłem lodówkę. Zapas wyglądał zachęcająco. Mieliśmy szczęście, że zabraliśmy ze sobą kasę. Odwrotu już nie było. Dziewczyna wyglądała na zupełnie zagubioną. Cała jej werwa prysnęła jak mydlana bańka. Zwątpiła w swoje marzenia, zwątpiła we mnie. Mało mnie nie pobiła, obwiniając za wszystko. Tylko za co? Przecież sama to pierwsza wymyśliła. Musiałem dyżurować przy drzwiach, żeby jej czasem nie strzeliła do głowy ucieczka.

A ja? Ja piłem. Na drugi dzień piliśmy już we dwoje. Piliśmy i kochaliśmy się. Jak rozbitkowie na bezludnej wyspie, wypatrujący zbawiennego dymku, choćby nawet miał pochodzić z pirackiego statku. W trzy dni pozbyliśmy się tygodniowego zapasu alkoholu. Na szczęście nasz towarzysz donosił. Pod koniec tygodnia Esbek wpadł z tajemniczą miną. Przytaszczył dwie walizki. Rzucił o stół nowiutkimi paszportami. Miały wbite wizy amerykańskie.

– Jutro zawożę was na lotnisko! – wołał radośnie, jakby to on miał powód do zadowolenia. Lecicie do Nowego Yorku. Może się tam kiedyś spotkamy?

Groźny ryk zapanował nad światem. Ogromny samolot odpalał silniki. Wyraźnie podekscytowana Samanta wyglądała ciekawie przez okienko. Właśnie spełniał się jej sen. Ja, zamroczony wódą, odpływałem w niebyt.

Wylądowaliśmy w Nowym Jorku. Samanta natychmiast wpadła w nastrój dziwacznego optymizmu. Zachwyciła ją gościnność Amerykanów. Mimo że nie mieliśmy żadnych znajomych, zdołaliśmy się dostać w tryby rządowego programu dla uciekinierów politycznych. Znaleźliśmy miłe mieszkanko. Zaczęliśmy się właśnie urządzać, kiedy w Polsce wybuchła wojna. Tak pisały wszystkie gazety, w taki sposób prezentowano rzecz w telewizji: czołgi na ulicach Warszawy, aresztowania patriotów z „Solidarności”, koncentracja wojsk sowieckich nad naszymi granicami. Zachodziliśmy w głowę, jak ten Esbek wszystko to dokładnie przewidział, że wysłał nas za ocean na parę dni przed stanem wojennym? Byliśmy mu naprawdę wdzięczni.

Jednak już wkrótce zaczęły ją atakować lęki i wątpliwości. Szczególnie dotyczyło to jej matki, którą zostawiła na pastwę losu. Próbowała się z nią kontaktować, w grudniu i w styczniu bez żadnej szansy. Uspokajałem ją jak mogłem.

– Wojskowi. Przecież twój ojciec jest majorem, tak? Teraz to oni rządzą – tłumaczyłem. Nie martw się, oni mają wszystkich dóbr pod dostatkiem. Zaopiekują się twoją matką.

Później okazało się, że miałem rację.

Edward Wójciak

ciąg dalszy nastąpi

Poleć:

O Autorze:

Edek Wojciak

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.