Martwy byk – powieść w odcinkach (40)

0

Uczyliśmy się angielskiego i zwiedzaliśmy miasto. Miasto, o którym marzyli w Polsce młodzi
chłopcy było teraz moim miastem, które mnie urzekło do tego stopnia, że zakochałem się w
nim na śmierć i życie.

Poszerzało się powoli grono znajomych. Wkrótce spotkaliśmy się z rodziną Bartka, mojego
brata, tego, który już dawno siedział w Nowym Jorku po ucieczce ze statku Polskiej Żeglugi
Morskiej, na którym pracował jako kucharz. Teraz był już poważnym i poważanym w
Polonii nowojorskiej dżentelmenem. Moje przeciwieństwo. Ostrożnie próbował nam pomóc.
Na Samantę boczył się, ale z kulturalnym dystansem, tymczasem jego żona nienawidziła jej
oficjalnie. Raziła ją znaczna różnica wieku, dzieląca mnie i moją wybrankę oraz ją. Nic
dziwnego – ona miała dopiero dwadzieścia lat, natomiast ta wieśniaczka spod Tarnowa,
sterana życiem i twardą robotą, teraz była już paniusią na emeryturze. Zadzierała nosa, udając
obrażoną arystokratkę. Traktowała ją jak trędowatą i nigdy nie zaakceptowała. Na początku
zapraszali nas na imprezy towarzyskie do kościoła. Nie mogłem patrzeć na jej czerwoną gębę,
na ten krótki, gruby odwłok, wciśnięty w bistorowe opakowanie. Samanta kilka razy upiła się
i celowo wywołała na parafialnych przyjęciach awantury. Przestali nas zapraszać. I o to
właśnie Samancie chodziło.

Dla nas, niby uciekinierów politycznych, były to dobre czasy. Rząd USA jeszcze wtedy
energicznie pomagał. Szybko nauczyliśmy się angielskiego. Samanta ukończyła kurs
księgowości, a zaraz potem dostała nieźle płatną posadę sekretarki w dużej amerykańskiej
firmie finansowej. Niby – żyć, nie umierać.

Trudno mi o tym wszystkim myśleć. Zaraz oblewa mnie zimny pot zawstydzenia zwłaszcza w
chwili, kiedy ciąg wspomnień dochodzi do tego właśnie punktu. Do momentu, w którym
sielanka przechodzi w koszmar, jak to często w życiu bywa. Na samą myśl robi mi się słabo.
Dlaczego? – Bo chciałbym, lecz nie potrafię się opanować, nie mogę się powstrzymać przed
kontynuacją wspominania tego mojego największego życiowego nieszczęścia.

Czasem słyszy się, głównie od kobiet, że jeśli mężczyzna nie szanuje swojej kobiety, jeśli się
nią nie opiekuje i nie pielęgnuje uczucia, kiedy ją w końcu utraci, a że utraci to jest pewne jak
w banku – to bezwzględnie, bezpowrotnie. Tak ja, poprzez moje alkoholowe skłonności, przez
beztroskę i lekkie traktowanie wszystkiego dosłownie co mnie otaczało, przez lekceważenie
prawdziwej miłości, uczucia, które żywiła do mnie Samanta, przez lekceważenie samego
siebie i tłumienia moich do niej uczuć, straciłem bezpowrotnie największy skarb mojego
życia.

Zrujnowałem nie tylko swoje, ja zrujnowałem jej życie. W każdym razie ona tak twierdziła.
Po definitywnym naszym rozstaniu widzieliśmy się tylko jeden, jedyny raz. Zdarzyło się to na
urodzinach Freda, na które wybrałem się całkiem niepotrzebnie wraz z moją żoną, na którą
teraz w myślach nazywałem już nie jak kiedyś Senkiem, lecz Zmorą.

Samanta, piękna jak anioł, wyniosła i niedostępna, podeszła do nas na odległość metra, zmierzyła zimnym spojrzeniem i włożyła rękę do eleganckiej torebki. Moja żona odruchowo cofnęła się o krok, ja zaś stałem w miejscu, wrośnięty w podłoże jak słup soli.

Piękna jak marzenie. Kobieta mojego życia. Już nie moja. Wyciągnęła z torebki białą kopertę,
wręczyła mi ją z kamiennym wyrazem twarzy i szepnęła zimno: – jestem ci to winna. I
odeszła, kołysząc biodrami. Moja Zmora popłakała się z bezsilnej złości.

A ja? Przeprosiłem Zmorę i uciekłem do toalety. To, co przeczytałem, niewiele różniło się od wiedzy, jaką już posiadałem na temat przypadków, decyzji i losów mojej byłej miłości, jednakże chociaż wiele mi nie wyjaśniało to przyznam – refleksje i spostrzeżenia wprowadziły mnie w zakłopotanie i wywoływały poczucie winy. Treść tego – można powiedzieć – fragmentu pamiętnika, wspomnienia lub wyznania wyglądała jakoś tak…

Rozdział VI.

Opowieść Samanty

Kochałam go na zabój, na całość, całkowicie bezkrytycznie. Wszystko zaczęło się nam
układać jak po sznurku, dopóki nie pojawiła się w jego życiu inna kobieta. A dokładnie – jego
niby żona z dzieckiem. Oni od dawna już mieszkali w Toronto. Tam też urzędował Fred,
drugi brat Srebrnego Chrząszcza. To on namierzył tę jego babę z bachorem, dosyć długo po
tym, gdy w tajemnicy przed Srebrnym uciekła z kraju.

Jeśli chodzi o mojego partnera Srebrnego Chrząszcza, na początku wystartował znakomicie.
Znał nieźle język angielski i miał pieniądze na utrzymanie, z których zresztą wspólnie przez
czas jakiś korzystaliśmy. Przypomniał sobie, że dawno temu miał nauczycielskie aspiracje.
Zapisał się na kurs pedagogiczny przy Columbia University i w dwa lata jakimś cudem
uzyskał dyplom. Muszę przyznać, że przez ten czas wspólnego życia wpatrzona byłam w
niego jak w obraz. Ciągle zakochana, dałabym sobie wtedy za niego obciąć rękę – ufałam mu
całkowicie, gotowa poświęcić wszystko.

Lecz on, ten mój ukochany, nic się nie zmienił. Był takim samym słodkim lekkoduchem i
lowelasem, jak przed wyjazdem z Polski. Dalej grał rolę króla życia. Nawykły do lekko
zarobionych pieniędzy, a także do łatwego ich wydawania, nie rezygnował ze starego stylu.
Urzędował w knajpach, był duszą każdego towarzystwa.

Naturalnie, obracał też panienki. W tym był geniuszem. Cierpiałam w milczeniu, łudząc się, że człowiek się zmieni. Nie był przecież młodzieńcem, a zachowywał się nieodpowiednio do swojego wieku. Nie dość, że zaczął mnie zaniedbywać, to jeszcze utrzymywał kontakty z tą swoją żoną. Coraz częściej do niej wydzwaniał. Chociaż tego przede mną nie ukrywał, wkurzało mnie to okropnie. Miał przecież w domu piękną, młodą dziewczynę, czyli mnie. A tamta opuściła go przed laty, gdy był jeszcze studentem i tak na dobre nawet nie zdążył rozpocząć z nią życia.

Pojawił się Gruby Milioner, brat Srebrnego Chrząszcza z Kanady. Kiedy po raz pierwszy
przyjechał do nas w odwiedziny, nie był jeszcze tak potwornie gruby. Wręcz przeciwnie, robił
dobre wrażenie: wysoki, potężny, czarnowłosy, z tym samym porażającym stylem króla życia.

Choć sporo starszy od Chrząszcza, mógł się podobać. I mnie się nawet podobał. Coś
mnie do niego ciągnęło – coś, czego nie umiałam sobie wytłumaczyć. Aż młodszy brat to
zauważył i zrobił mi nawet o to kilka razy awanturę. Fred był statecznym, dobrze ustawionym
biznesmenem. W każdym razie tak twierdził i na takiego wyglądał. Posiadał kilka
nieruchomości na przedmieściach Toronto oraz dobrze prosperującą knajpę dla Polaków.
Bardzo mnie polubił i kiedyś, podczas jego wizyty u nas, w Nowym Jorku, po większej
wódce, opowiedział mi o swoim nieszczęśliwym życiu.

Za komuny był oficerem wojska polskiego. Wdał się w jakąś niebezpieczną aferę z małoletnią córką dowódcy i zmuszony był uciekać z kraju. Ten dowódca chciał wymusić na nim honorowe samobójstwo, lecz Fred wybrał wolność. Ale nic nie ma za darmo, to jego ulubione powie-dzenie.

W ucieczce pomogła mu późniejsza żona, imieniem Żaneta, wówczas dobrze już ustawiona w Ameryce zdzira ze Szczecina. Na początku była cacy, ale w miarę upływu czasu, kiedy poznał ją bliżej, odkrył w niej babskiego potwora. Miała apodyktyczny charakter. Była bardzo bogata,
dorobiona na spadku po matce. Ta matka zgarniała kasę, wykończając kilku kolejnych
bogatych, amerykańskich mężów. Zresztą Żaneta też jednego wykończyła. Próbowała
Grubego ustawiać na swój strój. Ale trafiła kosa na kamień. Bo ten człowiek ma bardzo
twardy charakter. Wtedy Żaneta pokochała kokainę. Stać ją było na to. Doszło do tego, że nic
ich nie łączyło, oprócz majątku i wspólnych interesów. Jak się miałam wkrótce dowiedzieć,
nie całkiem legalnych.

Fred stał się łącznikiem między rozdzielonymi małżonkami, pomiędzy Chrząszczem i tamtą
uciekinierką w Toronto. Nienawidziłam go za to, że zasiał w głowie Srebrnego ziarno
niepokoju. Do tego stopnia, że ten coraz częściej przebąkiwał o przeniesieniu się do Kanady,
bo to niby tam jest więcej nowej Polonii posolidarnościowej, lepsze perspektywy pracy, a co
za tym idzie, łatwiej można się będzie urządzić. Niby nam, wspólnie. Przeczuwałam
katastrofę. Oczywiście, nie miałam wcale zamiaru ulegać.

Znowu zaczął mocno popijać. Pił jednak inaczej; nie tak, jak tamten szczęśliwy i wesoły
gazer, z naszych pierwszych lat. Teraz rzucało się w oczy, że wtedy to on wcale nie był
pijakiem. W tamtych czasach alkohol działał na niego stymulująco. Pomagał mu w życiu.
Tymczasem teraz wóda zaczęła mu przeszkadzać. Po wypiciu wychodziły z niego kompleksy.

Przedtem taki nie był. Długoletnie picie dawało o sobie znać. Zachowywał się, jak
zdeklarowany alkoholik. Już nie był po wódzie taki jurny. Zauważył to, ale nie chciał w tę
twardą rzeczywistość uwierzyć. Zaczął o wszystko obwiniać mnie. W końcu czynił mnie
odpowiedzialną za całe swoje – jak po wódzie często powtarzał – zmarnowane życie.

Chyba po to, żeby sobie i mnie udowodnić, jakim jeszcze jest samcem, wpadł w wir imprez z
kobietami. Ale jakie to były kobiety? Ostanie szmaty to były. Chciało mi się z niego śmiać.
Doszło do tego, że często zaniedbywał pracę. W końcu go z niej zwolnili. Teraz był na moim
utrzymaniu. Widocznie wciąż go kochałam, skoro się na to zgadzałam. Coraz częściej bredził,
że pomóc mu tylko może zmiana środowiska. Miał na myśli tę swoją wymarzoną Kanadę.
Chciałam mu pomóc, więc poświęciłam się dla niego. Zgodziłam się na wyjazd. Teraz to
wiem, że popełniłam największy błąd swojego życia.

Skasowaliśmy sprawy w Nowym Jorku i przenieśliśmy się do Toronto. Zamieszkaliśmy na
początku u Freda. Miał taki dom – triplex , jakich niewiele tutaj, za to są popularne w Stanach
i Montrealu. Zajęliśmy jedną jego część, na piętrze.

Trzeba przyznać, że ta przeprowadzka miała początkowo dobry wpływ na Srebrnego.
Zastopował picie. Od razu dostał pracę nauczyciela w high school. On zawsze potrafił stanąć
na nogi. Byłam z niego dumna. Rozpoczęliśmy nowe życie. Kupiliśmy meble, telewizor,
nowe auto, potem drugie. Żyliśmy jak mąż z żoną. Myślałam, żeby się z nim związać ślubem,
ale jemu nie było to w głowie. Ciągle nie miał rozwodu z tą swoją żoną. Zaczęłam nalegać.
Nie zwracał na mnie uwagi. Reagował jak szczeniak. Znowu wpadał w ciągi. Po wódzie
stawał się nieelegancki. Kiedy mu to wytykałam, stosował najprostsze wyjście: ucieczki z
domu. Znikał czasem na kilka dni. Byłam załamana. Wracał skruszony. Przepraszał.
Zaczęłam go podejrzewać o kontakty z żoną. Tym bardziej, że wracał do domu zawsze
trzeźwy, ogolony i zadbany. Trafił mnie szlag. Poprosiłam o poważną rozmowę. Przyznał się,
że kontaktuje się z synem, ale z żoną nic go nie łączy. Uwierzyłam. Błagałam na kolanach,
żeby mnie nie zostawiał. Przysięgał, że ani mu to w głowie, obiecywał poprawę i miłość na
wieki.

Ale ten człowiek już nigdy nie był taki sam, jak przedtem. Stwierdziłam z przerażeniem, że
owszem, kocham Srebrnego, ale już nie tego, tylko tamtego, z tamtych polskich lat. Logicznie
wyszło na to, że nie kocham już faceta, z którym mieszkam. W miarę jak odrzucałam tę
straszliwą myśl, coraz częściej wracała do mnie, aż przeszła w pewność. Z tym, że nie było to
całkowicie takie proste. Stałam się kłębkiem nerwów, życie zaczęło tracić dla mnie sens.
Wpadałam w depresję, sama jeszcze o tym nie wiedząc. Srebrny na całego prowadził
podwójne życie. Przeczucie mnie nie myliło. Trochę mieszkał ze mną, trochę z żoną. Kiedy z
nim o niej rozmawiałam, żalił się na nią. Podejrzewałam, że tak samo narzeka na mnie – do
niej. Paranoja zaczęła się nakręcać!

A ja zaczęłam robić głupstwa. Bardzo mi w tym pomagała Żaneta, żona Freda. Mieszkałyśmy
w jednym budynku. Była starą, zużytą babą, ze śladami dawnej urody i wiecznymi
pretensjami do życia. Często, kiedy Srebrny jak zwykle balangował, a Fred biegał za
podejrzanymi interesami, przychodziłam do niej, żeby się wypłakać. Pocieszała mnie
twierdząc, że oni obaj są tacy sami.

Z ciekawości spróbowałam kokainy. Polubiłam stan, jaki we mnie wyzwalała. Znów czułam się wolna, niezależna i młoda. Bo ja zapomniałam z tego wszystkiego, że jestem jeszcze całkiem młodą, piękną dziewczyną. Dopiero Żaneta razem z kokainą mi to pokazały. Nie ma co, ta dopiero otaczała się wyśmienitym towarzystwem: jak nie kurwa, to złodziej, taka mieszanka przewalała się przez jej dom. Poznałam to dno dokładnie.

Jedna z tych pań prowadziła gabinet masażu. Głównie masowało się u niej facetów, ze
szczególnym upodobaniem do niektórych części ciała. Poszłam tam kilka razy i zauważyłam,
że dziewczyny zarabiają duże pieniądze. Pragnęłam kasy, jak kania deszczu. To nie Nowy
Jork, tam miałam dobrą, dobrze płatną pracę. Można powiedzieć tak: – dla nic niewartego
faceta zrezygnowałam z dosyć wysokiej pozycji społecznej. Tutaj pracowałam za grosze w
polskich delikatesach. Zarobków nie starczało nawet na kosmetyki.

Spróbowałam i zostałam. Przychodziłam kilka razy w tygodniu. Praca lekka, nie kurzyło się. Zaczęłam odkładać forsę. Mój mężczyzna zauważył, że się nieco zmieniłam. Nosiłam głowę do góry, kupowałam lepsze ciuchy, pachniałam inaczej. Pytał teraz z wyraźnym niepokojem, gdzie ja znikam na długie godziny. Byłam dla niego opryskliwa. Poradziłam, żeby zainteresował się raczej sobą – przecież nie muszę mu szczegółowo opowiadać o moim życiu, tym bardziej, że on pierwszy zaczął mieć swoje tajemnice. Robił się coraz bardziej rozdrażniony, trudny we współżyciu.

Zaczął mnie śledzić, ale bez większych rezultatów. Więc wymykał się do tej swojej starej
żony coraz częściej i na coraz dłużej. Wszystkiemu przyglądała się Żaneta. Upiła mnie kiedyś wódką. Byłyśmy w świetnych nastrojach. Namówiła mnie, żebym zadzwoniła do żony Srebrnego. Zrobiłam to. Nakrzyczałam na nią, naubliżałam jej od starych kurew i w końcu kazałam jej zabrać sobie tego pijaka. Na stałe.

Następnego dnia mój pijak wrócił do domu z bardzo poważną miną. Nie odzywał się do mnie,
za to wyciągnął dwie walizki i przystąpił do pakowania dobytku. Pomagałam mu w tym w
milczeniu. A potem wyprowadziłam go z domu. Poszedł. Nawet się nie obejrzał. Byłam w
szoku! Zostałam odrzucona i porzucona. Nie myślałam nigdy, że to tak może boleć.
Siedziałam w domu i żałowałam swojego postępku. Po co ja go wyrzuciłam? Nie bardzo
przytomna z tego nieszczęścia wydzwaniałam do jego nowego gniazda, przepraszając za
grzechy.

Jakie życie jest okrutne! Jak przeznaczenie potrafi wyjąć niespodzianie z zanadrza całkowicie
zwariowane atuty, jakich nie byłby w stanie przewidzieć żaden wróżbita. Teraz to ja byłam
jego kochanką. Wpadał do mnie, kradnąc dla mnie nieliczne chwile ze swego małżeńskiego
życia. Odwiedzał mnie zwykle po to, żeby się napić. Zrobił sobie z mojego domu melinę.
Zmienił się jeszcze bardziej na niekorzyść. Brudny, źle ubrany, postarzały, nie przypominał
dawnego amanta. Powoli zaczynałam nabierać do tej niby-miłości dystansu. Kiedy w końcu
pewnej nocy przytelepał się do mnie, wczołgał się w butach na łóżko i pobrudził mi czystą
pościel, podjęłam ostateczną decyzję. Rano odebrałam mu klucze i bez słowa pokazałam
drzwi. Tym razem nie żałowałam już, że odchodzi na zawsze. Już nie dzwonił. Sporządniał.
Ponoć dobrowolnie poddał się kuracji odwykowej.

Te nasze małe wojny wytrąciły mnie z równowagi. Mimo wszystko nie mogłam się pogodzić
z myślą, że mój facet zostawił mnie dla innej. Postanowiłam się zemścić. Zamiast na nim,
mściłam się, głupia, na sobie. Siedziałam bez przerwy w domu i wyglądałam przez okno.
Coraz częściej pomagałam sobie kokainą. To było kosztowne. I wtedy Żaneta pospieszyła mi
z pomocą. Wprowadziła mnie w interes, którym zajmowali się razem z Fredem. W tej ich
knajpie przewalali kokainę, marihuanę i wszystkie inne świństwa. Prowadzili hurt. Zrobili
mnie łączniczką. Poprawiłam sobie życie, zaczęłam odkładać pieniądze.

Edward Wójciak

ciąg dalszy nastąpi

Poleć:

O Autorze:

Edek Wojciak

Comments are closed.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.