Martwy byk – powieść w odcinkach (42)

0

– Koniec gry, panie Krawiec – powiedział Phil Schneider znużonym głosem. Te typki dorwali mnie i uczynili swoim posłańcem. Ja nie chcę z tym mieć więcej nic wspólnego. Moja rada jest jedna. Skoro masz tego miliona, a oni twierdzą, że masz, nie zwlekaj, bo nie masz z nimi żadnych szans. Oni obiecują, że mogą ci odpalić procent jako uczciwemu znalazcy. Tylko że policja nie ma prawa o niczym się dowiedzieć. Posłuchaj mnie uważnie. Może nie powinienem, ale chcę ci pomóc, głównie dlatego, że zależy mi na jak najszybszym wymiksowaniu się z tego kotła jako elementu gry. Nie chcę z wami mieć nic wspólnego, rozumiesz? No więc jestem zdecydowany negocjować z nimi, dla ciebie.

– Jaki łaskawca – mruknąłem bez przekonania, bardzo szybko ważąc w myślach, co mi się opłaca w tej sytuacji i na ile Phil mówi prawdę, a na ile blefuje. Bo wyczułem w tej całej gadce tego cwaniaczka chęć zarobienia na tej ewentualnej transakcji. I pomyślałem, że będzie chciał wyrwać dla siebie jak najwięcej od obydwu stron.

– To ile chcesz ode mnie za te negocjacje? – zapytałem, wydawało mi się, że przebiegle.

– Drobiazg. To zależy, jak wy się dogadacie. Później my będziemy negocjować. Ja i ty.

– No dobra, Phil – zagadnąłem pojednawczo. Tylko powiedz mi kim są ci oni. Bo nie za bardzo kojarzę, żebym jakimś „onym” był coś winien. A miliona to ja na oczy w życiu swoim na raz nie widziałem, wybacz. A ty – ty widziałeś?

– Ja widziałem – odpowiedział Phil Schneider. I powiem ci, że to jest kupa szmalu. Oni to jest mafia. A z mafią nie ma żartów. To już teraz wiesz, kto się tobą interesuje. I proszę, nie lekceważ sobie tej wiedzy. Oni twierdzą, że przypadkiem przebywałeś blisko ich ludzi tuż przed wybuchem i zwinąłeś nie tylko zegarek, ale także walizeczkę z milionem dolarów, które Martwy Byk miał niby to uprać dla nich. A jego wysłał tajny agent FBI. Oni wszyscy poszli z dymem do Bozi, ty się jakimś cudem uratowałeś. Razem z tymi fantami. Zegarek skasował agent FBI. Na razie z ich strony cisza. Nie wiadomo, na jak długo. A o walizeczkę dopominają się oni.

– A skąd niby ci oni wszystko tak dokładnie wiedzą? – Może od nieboszczyka? Na seansie spirytystycznym im powiedział?

– Może… po nich wszystkiego można się spodziewać, nawet tego – szepnął Phil Schneider. I dodał:

– Masz jeden, tylko jeden i aż jeden dzień do namysłu.

– Jak to – jeden? – zapytałem zaskoczony. – Co sugerujesz?

– Nie masz wyboru. Daję ci jeden dzień po to, żebyś sobie wszystko przemyślał i zorganizował. Dzisiaj jest środa, minęło już południe, więc się nie liczy. Zadzwoń do mnie w piątek rano. Zadzwoń do mnie, nie zapomnij. Jak się dobrze postarasz, wszystko się wyjaśni i będzie po bólu. Dla mnie, dla ciebie – dla wszystkich.

– Okejasa – odpowiedziałem dla świętego spokoju. – Tylko spadaj mi już z tego kibla, bo muszę tutaj coś ze sobą załatwić.

•••

Co mi mogą zrobić? – myślałem wylegując się  w pianie po uszy w mojej wannie, w mojej łazience, w moim – no może nie całkiem moim, za to w moim apartamencie wynajmowanym przy Dziesiątej Zachodniej w Greenwich Village numer 96, w sercu Nowego Jorku. Szkoda tylko, że sam. Okazało się bowiem, że Ruda Monika jeszcze nie wróciła ze swojej trasy do Meksyku.

– A gówno ci mogą zrobić! – odpowiedziałem sobie na pytanie kołaczące się jak pijany intruz w mojej głowie. – Mogą ci nagwizdać najwyżej. Przecież do kurwy nędzy mało nie straciłeś życia w tym ataku. Nachodzi cię ciągle ten trup bez łapy w tych twoich pojebanych snach. Mało nie srasz w spodnie na każde zwykłe trzaśnięcie drzwiami. Co oni mają do tego? Należy się tobie, nie im. Oni są zwykłymi opryszkami, ty jesteś porządnym obywatelem, na dodatek poszkodowanym w ataku terrorystycznym. Teoretycznie państwo jest za ten wypadek odpowiedzialne, a więc należy ci się od niego ochrona.

I tutaj przeleciała mi przez głowę myśl, ale tylko tak, na jedną sekundę, że mógłbym się, jak będę chciał, mógłbym przecież zwrócić się do rządu USA po ochronę. Ale zaraz mi przeleciały przez tą samą głowę fragmenty znanych filmów kryminalnych z mafią w tle.

– Nie ma mowy. Tylko nie tą drogą, bratku – zawołało w głowie. A jaką? Znowu zadałem sobie pytanie. – Jak to rozegrać, żeby uratować kasę i się z nikim nią nie dzielić? Skoro mi się należy, to nikomu więcej. Kto mnie zmusi do oddania tej kasy, kiedy nikt nie wie, czy ona w ogóle istnieje? Mogą się domyślać, czemu nie. Ale nikt nie wie na pewno. Tylko ja wiem.

Wyszedłem z wanny, zrobiłem sobie podwójną szkocką i zasiadłem w wygodnym fotelu przed telewizorem.

Obudził mnie jakiś szelest. Rozejrzałem się po pokoju w którym panował lekki półmrok. Wszystko w porządku. Przeniosłem się na łóżko i zapadłem ponownie w sen.

No i zaczęło się. Jak zwykle przyszedł Martwy Byk. Stanął nade mną i przytykając palec prawej dłoni do ust, nakazywał ciszę. Lewa ręka zwisała mu przy boku i miała zamiast dłoni protezę ubraną w czarną rękawiczkę. Cały ubrany był w czarny garnitur i w czarną koszulę z kołnierzykiem ozdobionym czarną muszką. Widziałem wyraźnie jego twarz, już nie tak bardzo jak kiedyś podobną do przystojnej twarzy George’a Clooneya. Włosy miał ostrzyżone na zapałkę, prawe oko zasłonięte czarną klapką. Wyglądał jak pirat, bardziej teraz podobny do Johnego Deepa niż do George’a Clooneya.

Zerwałem się na równe nogi, przecierając oczy.

Martwy Byk uśmiechnął się, szczerząc równy garnitur białych zębów.

– Cześć Filipie – powiedział słodziutkim głosem. Nazywam się Jason Bykowski, jeśli chciałbyś wiedzieć. Przepraszam za najście. Otworzyłem swoimi kluczami. Liczyłem na to, że jeśli się obudzisz, to dobrze, dobrze także, jeśli się nie obudzisz. Wtedy miałem cię obudzić, jak skończę moje działania. Wpadłem tylko na chwilkę, żeby zabrać parę swoich rzeczy. Jak wiesz, ten apartament należał do mnie i w dalszym ciągu jakby należy.

– Ale ty nie żyjesz! – krzyknąłem, szczypiąc się z całej siły w udo. Ból przeniknął mi do mózgu, ale Martwy Byk nie zniknął.

– I bardzo dobrze – rzekł z zadowolonym obliczem rozsiadając się w fotelu. I tak ma być. W dalszym ciągu nie żyję. Prawie nikt nie wie o tym, że ja przeżyłem. Nawet Monika jeszcze nie wie. I nie wiadomo, czy się w ogóle dowie.

– Nie wierzę, nie wierzę… przychodziłeś do mnie w snach wiele razy i zawsze znikałeś… zniknij i teraz, proszę…

– Zaraz zniknę, ale przedtem musimy pogadać. Skoro już się obudziłeś i skoro mnie złapałeś na gorącym uczynku…

– Na jakim uczynku? – zapytałem bezmyślnie.

– Zabrałem swoje rzeczy ze swojej skrytki. Mój ulubiony obrazek, trochę gotówki i parę precjozów. – Pokazał na czeluść otwartego sejfu w ścianie, którego obecności nigdy bym się nie domyślił za niezłą kopią słoneczników Van Gogha. I na papierową tubę i na żółty neseser przy stoliczku.

Patrzyłem jak urzeczony na człowieka, którego tylko raz w życiu spotkałem, najpierw żywego, a zaraz potem w charakterze nieboszczyka. Jak to jest możliwe…

– Tak, tak Filipie… wszystko jest możliwe… mogłeś się uratować ty, mogli się uratować inni, to i ja się jakoś przypadkowo uratowałem. Tylko że ja nie spieszyłem się z ujawnianiem swojego ocalenia. Miałem i mam ku temu bardzo poważne powody. Chyba się domyślasz, jakie?

– No trochę się domyślam… tylko że… no nie wiem… nie wierzę, że to jesteś ty, mam na myśli – że ty to żywy Jason Bykowsky. Prawdę mówiąc, gratuluję ocalenia. Tylko… skąd ty wiesz kim jestem ja? Jeśli nie jesteś duchem, zakładając, że duchy wiedzą wszystko?

Jason roześmiał się. Miał bardzo przyjemny głos.

– Duchem nie jestem. I nie mam zamiaru ukrywać przed tobą niczego. Tobie także radzę być ze mną szczerym. Wtedy się dogadamy. I wtedy może unikniesz kłopotów, jakie mogą cię spotkać, jak będziesz naiwnie myślał że jesteś bezpieczny tutaj i w ogóle – na świecie.

– Ale skąd ty mnie znasz i w ogóle?

– Znasz Phila Schneidera? To mój stary przyjaciel. Zajrzałem do niego po rozliczenie z pewnych spraw finansowych. Twoją reakcję na moje pojawienie się oceniam na wyjątkową. Sam nie jestem pewny swojej, gdybym zobaczył ducha. A ty zobaczyłeś i tylko trochę się przestraszyłeś. Nasz przyjaciel Phil Schneider, kiedy odwiedziłem go dzisiaj kiedy zamykał swój sklepik, po prostu zemdlał. Nie gwarantuję, że nie zesrał się w spodnie.  Ledwo go ocuciłem, a zemdlał po raz drugi. Trzeciego nie było, bo uciekł ze sklepu. Musiałem czekać z godzinę, zanim wreszcie odważył się na powrót. Do teraz nie wierzy, jak przypuszczam. Taki niedowiarek. Z tobą poszło o niebo lepiej.

– Mam rozumieć, że pojawiłeś się tutaj z zamiarem ujawnienia się mnie? – zapytałem zdziwiony.

– O tak, przy okazji. – roześmiał się przyjemnym barytonem. Przypomniał mi się ten jego głos z opowiadania Moniki.

Ja także już doszedłem z samym sobą do siebie, jak mi się wydawało. Przekonał mnie tym Schneiderem, że jest rzeczywistym człowiekiem.

– Opowiedział mi wszystko o tobie – kontynuował Martwy Byk. – W każdym razie mam nadzieję że wszystko – co on o tobie wie. Powiedział mi o tym, jak wczoraj ściągnął cię z Kanady. Mogę się domyślać, w jakiej jesteś teraz kropce. Każdy by był, ja także, gdyby to wszystko co mi nagadał na ciebie Phil, miało okazać się prawdą. Tylko że ja mam swoje sprawy. Wyobraź sobie, ile mnie wysiłku i kombinacji kosztuje to moje udawanie nieboszczyka! Nowe dokumenty, prawo jazdy, paszport, wszystko na nowe nazwisko, całkowicie nowa tożsamość, także nowe konta w bankach. Jason Bykowsky umarł.

– Musiało cię to sporo kasy kosztować? – wtrąciłem.

– Kasa to pryszcz, mam jej pod dostatkiem – pochwalił się Martwy Byk. Ale mówię ci, ciężko było. Szczególnie na początku. Przecież ja miałem uciętą łapę i wybite oko. Gdy się ocknąłem wszystko się wokół paliło, ja też. To ból paradoksalnie mnie ocalił. Wyleciałem jak płonąca pochodnia przez jakąś dziurę w ścianie i obudziłem się na kupie gruzu prawie kompletnie wykrwawiony. Na szczęście nie straciłem ponownie przytomności, porwałem koszulę na strzępy i porobiłem prowizoryczne opatrunki. Ty wtedy może już byłeś w szpitalu. A ja?

– No właśnie, jak ty przeżyłeś bez pomocy lekarskiej? – zainteresowałem się, wczuwając w jego sytuację, jakże podobną do mojej.

– Mylisz się. – Bez pomocy lekarskiej byłbym autentycznym trupem. Kiedy oprzytomniałem, przypomniałem sobie moją tragiczna sytuację… no, prawną – te moje grzeszki… ci tajni agenci… dostrzegłem szansę, że może mi się udać urwać im raz na całe życie… jedyną szansę, aczkolwiek połączoną z ryzykiem utraty tego życia… ale kiedy pomyślałem sobie też, że przecież już raz prawie umarłem… z tego poziomu inaczej się myśli… zaryzykowałem…

– To jednak byłeś w szpitalu? – zapytałem.

– Nie byłem. Zwiałem sanitariuszom. Na ulicy opatrzyli mi rany bardzo profesjonalnie… pełno takich mumii jak ja leżało na noszach, czekając na karetki. Mam znajomego lekarza na Brooklynie. Pomogłem mu kiedyś rozwiązać pogmatwane sprawy finansowe, jednym słowem był mi winien pieniądze. Już nie jest. Jakoś się do niego doczołgałem. Przetrzymał mnie u siebie i doprowadził do zdrowia. Nie było to łatwe, przecież miałem bardzo poważne obrażenia.

– Ja także – pochwaliłem mu się swoimi.

– Wiem o tym – odpalił. Dlatego uznałem, że jako podobnie pokrzywdzeni nie powinniśmy być dla siebie wrogami. Nie musimy być także przyjaciółmi… ale chyba jesteś mi winien pewne wyjaśnienia.

– Zegarek?

– I zegarek i walizeczkę… ze mną możesz rozmawiać szczerze. Zegarek pal sześć, chociaż był mój. Ale w tej przeklętej walizce był milion dolarów. To nie były moje dolary, to były pieniądze mafii. Powiesz mi, jak to wszystko wyglądało i jak teraz wygląda?

Spojrzałem mu w czy, a właściwie w to jedno jego oko. Zrobiło mi się go żal i to takim żalem, jakbym użalał się nie tylko nad nim, nad jego losem, przecież nie za bardzo jasnym i wesołym, ale także nad sobą samym i swoim poranionym życiem. Oto spotkało się dwóch mężczyzn, a obaj to ofiary ataku terrorystycznego, którzy cudownie ocaleli.

Postanowiłem opowiedzieć mu wszystko z detalami. W tym celu najpierw udałem się do barku i przygotowałem dwa solidne drinki. A potem usiadłem naprzeciwko towarzysza mojej niedoli. Wiele nas połączyło i uznałem, że nadal łączy. Wszystko mu opowiedziałem. Słuchał uważnie, w ogóle mi nie przerywając. Nie ukryłem żadnego szczegółu. Nie oszczędziłem nawet wiedzy na temat jego kobiet, które przypadkiem w jakimś sensie stały się naszymi kobietami. Nie miałem powodów, żeby cokolwiek ukrywać. Przecież one nie wiedziały, że on przeżył. I nie wiedzą tego do dziś. Chociaż nie drgnął żaden muskuł na jego twarzy, widziałem, że jest pod wrażeniem mojej opowieści.

A kiedy skończyłem, zaczął on, Martwy Byk. Jego rady wydały mi się przejrzyste i bezinteresowne. Zachęcał do pozbycia się balastu, jak nazwał depozyt leżący w bankowym sejfie, który może zrujnować mi życie do reszty. Niestety, nie znaleźliśmy nawet razem sposobu, jak ominąć pośrednictwo Phila Schneidera. Ostrzegał mnie również przed tropem FBI. Zapewniał, że zna te, jak określił – „mendy”, które porównał do psów buldogów – jak raz zacisną kły, nie ma sposobu na rozwarcie ich szczęk. Chyba, że utnie się im łby, a tego znowu nie polecał. Bardzo był zdeterminowany i rozżalony na tajnego agenta, który sprowokował go do przekrętu finansowego tylko po to, żeby zdobyć go i wykorzystywać jak niewolnika, z czego zresztą wzięła początek ta cała nasza afera. Ostrzegał mnie przed nim podając nazwisko: Roberto Russo alias Alberto Maseria.

– Dlatego mówię – pozałatwiaj sprawy z tymi od kasy i wynoś się ze Stanów. Postaraj się żeby wypłacili ci procent od sumy zdeponowanej w banku. Liczyłeś te pieniądze?

– Policzyłem – rzekłem skromnie.

– To ile tego? Oni czasem nawet nie wiedzą ile dają do uprania. Tak się złożyło, że w tym Starbuksie nie zdążyliśmy nawet ich zobaczyć, a co dopiero przeliczyć.

– Tam jest milion dwieście tysięcy dolarów amerykańskich.

– No widzisz, a oni twierdzili, że milion. – ucieszył się Martwy Byk. I zaraz pospieszył z dobrą radą, jak przystało na dbającego o interesy swoje i klienta doradcę finansowego:

– Ja nic od ciebie nic nie chcę, to znaczy – nic, co mi się nie należy. Ale przyznasz, że trochę narozrabiałeś. Rolex kosztował mnie fortunę. Poza tym każdy z nas ma za swoje. Jak się podzielimy pół na pół, czyli po setce na głowę, nie będziesz miał krzywdy. A poza tym wołaj od nich dwudziestu procent od tego miliona. Umiesz liczyć?

Edward Wójciak

ciąg dalszy nastąpi

 

 

Poleć:

O Autorze:

Edek Wojciak

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.