Martwy byk – powieść w odcinkach (45)

0

Rozdział XI.

Meeting w trójkącie

– Wygląda na to, że ty masz do tego Schneidera pełne zaufanie… zagaił Filip Krawiec.

Siedzieli na podłodze w apartamencie Moniki. Jason skręcił grubego jointa i właśnie podawał go Rudej Monice ubranej tylko w niebieski szlafroczek, pod którym coś tam prześwitywało, ale na pewno nie była to bielizna. Filip leniwym ruchem podjął podaną przez Monikę połówkę, wyssany z niej do końca dym zamknął w płucach i przetrzymał chwilę zgodnie ze wskazówkami Moniki. Wydmuchał dopiero, kiedy solidnie zakręciło mu się w głowie, tak że ledwie był w stanie wycelować w prawą dłoń Jasona, który przyjął ogarek. Kółko się zamknęło.

– Zaufania to nie mam do nikogo i to już od dawna. Nigdy już nikogo nie obdarzyłem zaufaniem, odkąd zarobiłem pierwszego dolara na roznoszeniu pizzy. Zawsze piekarz oszukiwał mnie na napiwkach, w każdym razie próbował, dopóki nie zorientowałem się, że mnie okrada. Wtedy zacząłem chować pieniądze w dziupli jedynego drzewa dogorywającego na nędznym podwórku naszej kamienicy na Bronxie. Stare czasy. Ale widocznie któryś z kolegów mnie podpatrzył i pewnego razu nie znalazłem tak ani centa. Nie mogłem w to uwierzyć dosyć długo, ale jednak – ktoś mnie wyrolował. Od tego czasu zadbałem o to, żebym to ja był tym rolującym i przyznam, że mi się najczęściej udawało.

A teraz? – Sam sobie nie ufam, a co dopiero temu chytrusowi Philowi. Dobry z niego chłop, niejeden mój interes przeszedł przez jego żydowskie łapy, ale to ten typ, którego trzeba cały czas mieć na oku. Inaczej zrobi cię w konia, nie dlatego nawet, że jest nieuczciwy – to nie to… on po prostu ma to we krwi… kombinacje w trakcie zarabiania pieniędzy mierzy się inną miarką. To nie jest grzech. U Żydów zarabianie pieniędzy to nie zawód, to ich charakter. Spojrzał na zegarek: – on tu będzie za godzinę, ale znając jego rozwlekłość i chorobliwy brak punktualności nie zdziwiłbym się, gdyby się pojawił dopiero pod wieczór, albo wcale. A dlaczego pytasz?

– Pytam, bo nie wiem, czy mogę mu przekazać osiemset tysięcy dolarów i tym samym uznać sprawę za zakończoną. – odparł Filip. Mam wątpliwości. On twierdzi, że ten jego mafiozo nie chce nikogo więcej widzieć przy tym przekazywaniu gotówki. Tylko oni we dwóch. Ja w to nie wchodzę, gdyż ja nie dowierzam Schneiderowi. Wolałbym naocznie się przekonać, że on przekaże im do rąk własnych to całe gówno, co da mi pewność, że nigdy więcej już z nimi nie będę miał do czynienia. Ani z Alem, jak nazywa tego opryszka Phil Schneider, ani z nim samym, przy całym szacunku do zegarmistrza. Szczerze – na widok kasy z gęby leci mu ślina i puszcza bańki nosem.

Martwy Byk przeciągnął się i wyciągniętymi ramionami zagarnął Monikę tak, że przez chwilę Filip stracił ją z oczu. Wtulił ją sobie w siebie tymi monstrualnymi barami aż dziewczyna zniknęła. Owszem dawała znaki życia wyrażane dosyć głośnym oddechem, wydając niby gniewne pomruki, co wskazywało jednak, że jest jej w tym przytuleniu bardzo komfortowo. Filip widział teraz jej plecy odziane niebieskim szlafroczkiem oraz twarz Martwego Byka ponad burzą rudych włosów. Znad tych włosów przemówił głos, który tak uwielbiała Monika:

– Masz rację. W interesach nie ma słowa: zaufanie. Nigdy i do końca. Myślę nad tym, jak ci pomóc i jedynym rozsądnym wyjściem wydaje mi się jest takie, aby przekonać ich, że chcesz być przy liczeniu kasy razem z nimi. Jak skończycie, to ty się ukłonisz i wyjdziesz po zapewnieniu tego Ala, że zapomni o twoim istnieniu. Trzeba tylko modlić się o cud, że w tej zgrai złoczyńców ktoś jednak jeszcze przestrzega jakichś zasad. A uwierz mi, ja wiem jak to się wszystko w ciągu kilkunastu lat zmieniło. Mało kto przejmuje się zasadami. Żądza. Ludzkimi umysłami, a więc umysłami oraz uczuciami rządzi dziś głównie żądza pieniądza.

– Nie tak jak u nas, prawda? – zapiszczał głosik cudem chyba tylko nie uduszonej Rudej Moniki. – U nas to uczucia… miłość przede wszystkim. Kasa gdzieś tam istnieje jako ważny atrybut, ale nie jest na pierwszym miejscu, prawda?

– To zależy Moniko – To zależy od tego, czy w pewnym specjalnym miejscu w Puerto Vallarta działa sprawnie air conditioner…

– Działa, przekonasz się, że działa… – odparła Monika próbując spojrzeć Jasonowi ponad jego bułowatym bicepsem prosto w oczy.

– To w porządku…

– Taaa, w Meksyku rzadko można spotkać klimatyzację – zauważył Filip Krawiec tonem fachowca… tylko co to ma do rzeczy?

– Ja miałem co innego na myśli – zbył jego pytanie Jason Bykowsky. Jesteśmy świadkami zaniku pewnego etosu. Do niedawna w organizacji której nazwy nie lubię wymawiać obowiązywał jakiś kodeks honorowy. – Dzisiaj – ech… szkoda mówić, bo on niby dalej obowiązuje, lecz mało kto go przestrzega. Wszyscy kłamią… Nie przenośmy tego jednak na grunt przyjacielski. Przecież to jasne Moniko, ani chwili nie wątpiłem w to, że tam w Meksyku sprawnie działają nasze urządzenia  klimatyzacyjne.

– Wszystko działa tak, jak było zaplanowane – dodała Monika, a  tuląc się do szerokiej piersi Jasona uśmiechnęła się do Filipa, przeciągając lubieżnie wilgotnym językiem po wypukłych wargach. Nie uszło to uwadze Jasona.

– A tak na poważnie – to z racji, że my nie jesteśmy organizacją przestępczą, to aż się narzuca stwierdzenie, że my jesteśmy normalnymi ludźmi. Co za tym idzie – u nas rządzą inne zasady, zasady sprawiedliwego podziału dóbr w życiu społecznych. Logiczne? – Wynika z tego, że my jesteśmy normalni… czy aby jednak na pewno?

– Ładne mi na poważnie – skwitował Filip ze śmiechem. – Przecież nami także rządzą przeróżne żądze. Szczęście, że nie przeważa wśród nich żądza pieniądza. Jak to dobrze, że z nami jest inaczej, prawda? – To pytanie dotarło bardziej do Moniki, która uśmiechnęła się obiecująco, natomiast Martwy Byk też uśmiechnął się, ale jego uśmiech był ledwie leciutko drwiący. Odsunął zgrabne ciałko Rudej Moniki i podniósł się na kolana. Ubrany był w dziurawe niebieskie dżinsy i wypuszczoną na nie białą koszulę. Wyciągnął z najmniejszej kieszonki tych swoich dżinsów małe, srebrne pudełeczko i usypał na szklanym blacie stoliczka dosyć długą ścieżkę białego proszku.

– Kto chce? – zapytał, patrząc na towarzystwo. – A widząc niepewne miny Moniki i Filipa, dodał – Tylko się nie pchać. Starczy dla wszystkich.

Pociągnęli więc prosto z tego stoliczka używając sztywnej rurki skręconej fachowo przez MB z nowiutkiej studolarówki. A kiedy już powycierali zasmarkane nosy, zalegli na dywanie równo ułożeni w następującej konfiguracji: Jason Bykowski po lewej, Ruda Monika w środeczku, zaś Filip Krawiec po prawej. A może nawet odwrotnie. Jason leniwym ruchem przytrzymał połę niebieskiego szlafroczka, Filip pociągnął z drugiej strony. Dziewczyna przymknęła oczy i otworzyła usta, dysząc wyczekująco. Nie spieszyli się, ale także nie próżnowali, kiedy zrzucali z siebie ciuchy. I nadszedł oczekiwany, jakby jednak celowo opóźniany czas, kiedy wszystkich ogarnęła słodka atmosfera leniwego seksu. Całą trójka kochała ten specyficzny smak, ten zapach i te nikłe, ledwie słyszalne, nadawane na tak wysokich tonach dźwięki, że prawie ultradźwięki, słyszalne tylko dla nich, wtajemniczonych w rytuał. Było im bosko. 

 *

– Masz walizkę? – tak zabrzmiał głos Phila Schneidera w telefonie komórkowym Filipa Krawca. Głos ten rozbudził go z całkiem przyjemnej drzemki.

– Nie bądź taki szybki Bil – odpowiedział Filip. Zanim przejdziemy do konkretów, musimy pogadać.

– Już gadaliśmy, nawet za dużo gadaliśmy – żachnął się Phil. O czym tyle gadać? Miałeś mi wręczyć walizkę, czy nie miałeś? W piątek. I co, dzisiaj jest już niedziela…

– Niedziela to dobry dzień na poczynienie ostatecznych uzgodnień – stwierdził Filip stanowczo.

– Ty chyba myślisz, że oni będą czekać w nieskończoność… dawaj walizę i po krzyku…  

– Człowieku! – krzyknął Filip w słuchawkę. To tylko dla ciebie tak prosto ta sprawa wygląda. Dla mnie nie… Gdzie jesteś? – Przecież miałeś tu być dwie godziny temu…

– Zmieniłem zdanie – parsknął Phil ze złości. Jak chcesz pogadać, wpadaj do mnie. Tylko się pospiesz.

Filip Krawiec niechętnie rozejrzał się po living roomie. Zgarnął  swoje ubranie, inne walały się po kątach. Zauważył przy tym w myślach, że mieszkanie wyglądało tak koszmarnie, jakby przeszło przez nie tsunami. Uśmiechnął się do tych myśli. Z sypialni dobiegało lekkie pochrapywanie damsko-męskiego duetu. Machnął ręką i usiadł zamaszyście w fotelu. Wyjął telefon i wybrał numer:

– Phil Schneider? … Teraz ja się rozmyśliłem. Czekam na ciebie u siebie. Adres znasz. Daję ci na to godzinę. I rozłączył się.

Rozdział XII

Upadek

Tajny agent Roberto Russo warował jak pies w okolicach mieszkania Phila Schneidera. Szósty zmysł urodzonego policjanta mówił mu, że ten trop zaprowadzi go do wyjaśnienia zagadki która brzmiała: Jak to jest możliwe, żeby ofiara spłonęła, a jej zegarek nie odniósł w pożarze szwanku? I jeszcze zawędrował do najzacniejszego sklepu jubilerskiego na Manhattanie?

Zegarmistrz wynajmował skromne, dwusypialniowe  mieszkanie tuż nad sklepem Deka Jewerly. Budynek był dwunastopiętrowy, solidny, ulica w miarę ruchliwa. Jednak tej niedzieli przemykali nią pospiesznie tylko nieliczni przechodnie. Panowała paskudna, typowo nowojorska pogoda okresu przed Bożym Narodzeniem. Szalał zimny wiatr, gonił śnieżne zadymki we wszystkie możliwe strony.

Agent Russo różne zagadki napotykał w swojej karierze agenta FBI, ale taka zdarzyła mu się po raz pierwszy. Coś tu nie grało, czegoś mu brakowało. Nie było spójności w nerwowych zeznaniach jubilera. Należało mu się baczniej przyjrzeć. Tylko jak, w sytuacji, kiedy zabrano mu sprawę i wysłano na urlop? Formalnie agent nie miał możliwości, by korzystać z narzędzi, jakimi dysponował pełniąc normalne obowiązki agenta FBI. Mało tego, zmuszony był na razie trzymać swoje prywatne śledztwo w tajemnicy. No nie do końca. Miał w biurze sporo oddanych przyjaciół i jeden z nich będący specem od urządzeń elektronicznych za obietnicę popijawy zgodził się namierzyć numer telefonu komórkowego jubilera.

– Robię to tylko dla ciebie… uspokoił sumienie wyznaniem przyjaźni. Od tej pory od czasu do czasu przekazywał tajnemu agentowi zawartość nielicznych jego połączeń.

Tak więc tajny agent Russo nie musiał więc ciagle ślęczeć na ulicy i wypatrywać ruchów podejrzanego. Siedział wygodnie na barowym stołku w hiszpańskim barze Alta i sączył ulubionego Jacka Danielsa. Czystego, tylko na lodzie. Właśnie przed chwilą otrzymał od swojego kapusia informację o spotkaniu, lecz niestety – bez zlokalizowania adresu. Zazgrzytał zębami i rad nie rad wskoczył do zaparkowanego za rogiem jeepa wranglera i popędził pod Deka.

Na szczęście zdążył. Pośpiech nie był konieczny, gdyż dopiero około siódmej Phil Schneider raczył ruszyć z domu swoją chudą dupinę i rozglądając się bojaźliwie na boki, ruszył w górę ulicy. Opatulony w swój długi płaszcz z kapturem przypominał złowieszczą postać seryjnego mordercy wyruszającego na poszukiwanie kolejnej ofiary. Agent skacząc jak zając od drzewa do drzewa ruszył w ślad majaczącej w oddali sylwetki człowieka w kapturze. Na szczęście nie wymagał zbyt długiego śledzenia. Po kilkudziesięciu krokach zatrzymał się pod sześciopiętrową kamienicą przy tej samej ulicy i po naciśnięciu dzwonka natychmiast został wpuszczony do środka.

– Pech to pech – pomyślał gniewnie tajny agent dodając kilka okolicznościowych przekleństw.

Ale nie byłby tajnym agentem, gdyby w takiej sytuacji zrezygnował z próby ustalenia, do jakiego apartamentu udał się namierzany jegomość. Jak tego dokonać? Rzecz to była niebywale trudna nawet dla tak tajnego agenta jakim był agent Russo.

Pomyślał, podrapał się po głowie i wymyślił. Dosyć długo przyciskał klapkę z napisem superintendent na domofonie, aż doczekał się zaspanego damskiego głosu, który zapytał dosyć niegrzecznie:

– Czego?

Przedstawił się nazwiskiem Alberto Maseria i przyznał do swojej profesji. Zaspana paniusia w średnim wieku, chociaż natychmiast uchyliła mu drzwi wejściowe, to bezceremonialnie poprosiła o pokazanie odznaki, co też agent uczynił. Nie zadała żadnego pytania, więc za małą chwilę miał cały budynek do dyspozycji. Że znalazł się w kropce, to należało mu przyznać. W sześciokondygnacyjnym bloku posiadającym po cztery apartamenty na każdym piętrze znalezienie takie ździebełka ludzkiego jak zegarmistrz Phil Schneider należało raczej do zadań z gatunku niewykonalnych. Agent Russo oparł się o wielką donicę z filodendronem i głęboko zamyślił nad własnym przegranym losem. I tutaj doznał niespodziewanego farta. Widać paniusi cieciowej zrobiło się go szkoda, bo podczłapała i poinformowała scenicznym szeptem, że podejrzanie wyglądający chudziutki facecik owinięty płaszczem pojechał windą na szóste, czyli ostatnie piętro.

Agent Russo podziękował i mimo oporów paniusi zdołał wcisnąć w jej dłoń dwadzieścia dolarów. Po czym wsiadł do rozklekotanej windy.

Na szóstym piętrze były tylko dwa apartamenty. Miał nosa. Od razu nogi zaniosły go do pod drzwi Moniki. Niestety, mimo że wysilał słuch do granic możliwości jedyne co usłyszał, to odgłosy wody lejącej się w łazience. Zniesmaczony tym podszedł pod drzwi drugiego apartamentu. Ale tam to już nie usłyszał dosłownie nic, przeto powrócił pod drzwi poprzedniego. Tym razem dopisało mu szczęście. Przytuliwszy się uchem do drzwi z wielkim trudem udało mu się rozróżnić cztery głosy: trzy należące do mężczyzn, jeden do kobiety. Wprawdzie nie był w stanie zrozumieć ciągów logicznych zdań wypowiadanych po tamtej stronie, jednak uznał, że dobrze trafił. Z pojedynczych słów dochodzących spoza grubych drewnianych drzwi wywnioskował, że rozmowa dotyczy jakichś interesów, a w grę wchodzą grube pieniądze. Przy tym dwa z trzech męskich głosów wydały mu się znajome. Jednym z nich był głos Phila Schneidera, a drugi? – Też znany, barytonowy głos, który słyszał gdzieś nie tak znowu dawno, lecz za żadne skarby nie potrafił  sobie w tym momencie przypomnieć, gdzie i kiedy mógł go słyszeć, .

– Koniecznie muszę ich zobaczyć – pomyślał gorączkowo …

Rozejrzał się po korytarzu i wtedy dostrzegł drzwi prowadzące na klatkę schodową. Kiedy się na nią wydostał, uśmiech rozciągnął jego twarz, bo zobaczył to, czego obecności tylko nieśmiało się domyślał. Żelazne schodki przeciwpożarowe za oknem były na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło tylko otworzyć okienko i już stawiał nogę na ośnieżonym stopniu.

Nie mógł lepiej tego wymyślić. Był we właściwym miejscu, tylko że podobnie jak przed chwilą nie mógł nic usłyszeć, tak teraz nie był w stanie ani usłyszeć, ani dojrzeć. Z prostej przyczyny. Okna starannie zasłonięto ciemnymi kotarami. Pomiędzy nimi wprawdzie dostrzegał prześwity światła, lecz to było zbyt mało, żeby cokolwiek dojrzeć z miejsca, w którym stał. Jedyną szansą było podejść bliżej i zajrzeć przez jeden z tych prześwitów.

Kiedy tajny agent Roberto Russo pseudonim Alberto Maseria szykował się do skoku na zamarzniętą taflę basenu, nagle znowu spotkało go kolejne szczęście. Otóż ktoś postanowił uchylić okno, uprzednio rozsuwając zasłony, co do złudzenia przypominało rozpoczęcie spektaklu w teatrze.

Powoli ukazywał się jego oczom elegancko umeblowany, rzęsiście oświetlony living room. Dwóch mężczyzn siedziało naprzeciwko siebie w skórzanych fotelach i agentowi zadrżało serce, gdyż w jednym rozpoznał bez większego trudu jubilera Phila Schneidera, a w drugim… wprawdzie z pewnym trudem, ale w końcu uświadomił sobie, że ma przed sobą człowieka ze zdjęcia w New York Timesie. Tego samego, na którego poszukiwania stracił tyle czasu, z którego powodu wrócił na śliską ścieżkę alkoholizmu. Fala gorąca rzuciła mu się na policzki, drżenie opanowało całe jego ciało, boleśnie przebiegło od stóp do głowy i z powrotem. Nogi ugięły się pod nim do tego stopnia, że stracił równowagę i puścił się poręczy. Zachwiał się, nieskoordynowanymi ruchami ramion zamiótł powietrze i cudem trafił rękoma na zimną poręcz drabinki. Trzymając się jej kurczowo lewą ręką, prawą nerwowo gmerał w kieszeni płaszcza, aż w końcu wysupłał z niej srebrzysty telefon komórkowy. Miał pewne trudności z nastawieniem funkcji kamerki, jednak w końcu mu się udało. Wycelował i cyknął pierwsze zdjęcie. Już szykował się do drugiego, kiedy nagle otworzyły się drzwi i z korytarzyka weszła kobieta w niedbale zarzuconym na gołe ciało niebieskim szlafroczku. Była piękna, tą rudą pięknością, o jakiej zawsze skrycie marzył tajny agent Russo. O mój Boże! – zawołał w duchu… Bardziej z przyjemności niż z obowiązku cyknął drugie zdjęcie.

Teraz myśli jego biegły z szybkością światła. Miał przed sobą osoby niewątpliwie zamieszane w jakiś spisek. Osobnik ze zdjęcia, na którym opuszczał szpital z czarną walizeczką. Drugi to podejrzany jubiler, handlujący rolexem należącym do nieboszczyka Jasona Bykowsky’ego. W głowie agenta zaświeciło się światełko i zaczął dźwięczeć dzwoneczek, jak zawsze wtedy, kiedy był blisko rozwiązania jakiejś trudnej zagadki kryminalnej.

– Muszę tam wejść – pomyślał.

Ledwo to pomyślał, na jego oczach stał się cud. Za rudą pięknością trzymając tackę z drinkami wszedł tyłem do pokoju, bosą stopą zamykając drzwi, wysoki mężczyzna w białej koszuli i w podartych dżinsach. Niedbale postawił tackę na stoliczku, powiedział do reszty coś prawdopodobnie dowcipnego, gdyż twarze obecnych rozciągnęły szerokie uśmiechy. Kiedy się wyprostował, tajny agent Roberto Russo po raz pierwszy w swoim życiu ujrzał ducha. Jason Bykowski pseudonim Martwy Byk nawet nie przypuszczał, że w tym momencie uśmiechając się szeroko prosto w twarz agenta FBI zadaje mu śmiertelny cios. Bo zaraz okazało się, że agent ujrzał ducha nie tylko po raz pierwszy, lecz także – po raz ostatni w swoim życiu.

Agent wrzasnął, z dzwoneczków w jego głowie zrobiły się dzwony, a ze światełka wybuchnął płomień. Lewa ręka puściła zimną poręcz, w tej samej sekundzie  prawa wypuściła telefon. Nie wiadomo dlaczego agent wyglądał w tym momencie tak, jakby chciał ten telefon uratować przed upadkiem z szóstego piętra, bo zamiast złapać się poręczy, oburącz zaczął bić rękoma powietrze, żeby po chwili zanurkować w przepaść nocy, co mogło od biedy wyglądać, jakby rzucił się w mrok, żeby uratować telefon. Potem nie było słychać nic, jak tylko głuche pacnięcie ciała o beton.

Edward Wójciak

ciąg dalszy nastąpi

 

Poleć:

O Autorze:

Edek Wojciak

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.