Martwy byk – powieść w odcinkach (47)

0

Szczęście nie trwa wiecznie, o czym wiedzieli nie tylko filozofowie greccy. September Eleven zakończył sielankę nagle i niespodziewanie. Julia Bykowsky straciła nie tylko męża. Doznała innej, bardzo poważnej straty, można powiedzieć nawet, że bolesnego uszczerbku. Utraciła bowiem stałe źródło dopływu gotówki, z którą mogła robić co tylko i kiedy tylko zechciała. A tu koniec, czarna dziura, nawet śladu po mężu. Jeszcze się łudziła, jeszcze czekała, jeszcze myślała, że może go tam wcale nie było, być może nie poszedł tam tamtego dnia… Po co miałby tam chodzić tak wczesnym rankiem? Przecież jego biuro było na Brooklynie…

Smutna rzeczywistość. Nadeszły dni, kiedy na sto procent potwierdzono jej, że Jason Bykowsky zginął i zaginął doszczętnie podczas wizyty w kawiarni Starbucksa w chwili ataku porwanego przez terrorystów samolotu na Północną Wieżę WTC. A więc – żadnych nadziei. I wtedy zaczęła go nienawidzić. Dotarło do niej wreszcie to najgorsze. Nie ma i nie będzie już Jasona. Nie będzie Martwego Byka. Nie będzie ciągłego dopływu gotówki, do czego przywykła, od czego czuła się uzależniona jak narkoman od kokainy. Brak dopływu paczek z dolarami niedbale rzucanych na stół podczas powrotów męża z jego tajemnych, nikomu nieznanych podróży czy wypraw, wszystko jedno – wszak nie był to jej interes, ten brak nie dał się niczym zrekompensować.

Julia Bykowsky miała w domu swoje tajemne miejsca na przechowywanie gotówki. Tam się wszystko zgadzało, było tego sporo, nie było źle. Ale przecież Jason dawał jej zaledwie niewielką część tego wszystkiego, co nie wiadomo gdzie i jak zarabiał… Resztę musiał gdzieś chować, gdzieś przechowywać… Wiedziała o sejfie w kuchni… Nigdy tam nie zaglądała, zresztą jak, kiedy nie znała szyfru? Może te swoje miliony zamknął w tej fałszywej lodówce? Nadzieja na odkrycie dużych pieniędzy trzymała ją przy życiu. A nienawiść? – Owszem, ale dotyczyła pytania, zresztą bez odpowiedzi:

– Jak on śmiał ją tak zostawić bez zabezpieczenia finansowego? Tak czy owak, piękna Julia dosyć szybko pogodziła się ze stratą męża. Ze stratą jego gotówki nie pogodziła się nigdy.

A jednak…

Kiedy do szpitala trafił połamany osobnik cudem uratowany z katastrofy, promień nadziei wstąpił w serce Julii. Najpierw polubiła go, sama nie wiedząc za co… może to zadziałała teoria kompensacji, że oto jej mąż ginie, a mężczyzna z tego samego wypadku trafia w jej ręce? Zajęła się Filipem Krawcem, Kanadyjczykiem polskiego pochodzenia prawie po matczynemu. Można powiedzieć, że go nawet polubiła. Załatwiła mu nawet niedrogie, choć sympatyczne mieszkanie w wolnym apartamencie u Moniki, do której złość teraz, kiedy nie żył Martwy Byk, przeszła, jakby nigdy jej nie nosiła w sercu. Po prostu, znowu ją polubiła, a wyglądało na to, że Monika lubiła Julię nieustannie. Nawet się kiedyś poprzytulały w korytarzu, nawet musnęły ustami, jakby nic się nie stało. Ich romans? Śmieszne. Teraz naprawdę to nie było w ogóle ważne.

Ambiwalentność jej odczuć oraz uczuć do tego przystojnego starszego pana dała o sobie znać, kiedy na jego przegubie zauważyła rolexa, zegarek bardzo podobny do tego, jaki nosił przed śmiercią jej zaginiony mąż, Martwy Byk. A może to jego zegarek? Tego nie mogła stwierdzić na sto procent, a przecież nie zapyta Filipa wprost.

No bo jak? Może tak? – Ej, Filipie – Skąd wziął się na twoim przegubie zegarek mojego męża? – No nie w ten sposób. Przecież takich zegarków na zamówienie może być na świecie tysiące… Mógł go dostać od kogoś w prezencie…

I nie chodziło tutaj tylko o ten zegarek, który zresztą bardzo szybko zniknął z ręki Filipa. Nawet nie zapytała go, co z nim zrobił… Mógł przecież mieć kłopoty finansowe, więc może sprzedał… Mniejsza z zegarkiem… Rzecz w tym, że Filip Krawiec zaczął jej się naprawdę podobać. Jako mężczyzna. Poprzez codzienny kontakt w szpitalu powstało między nimi coś w rodzaju zażyłości. Zauważyła również, jak bardzo ona spodobała się Filipowi Krawcowi. Minęło już kilka miesięcy życia w cnocie. – Całkiem jak zakonnica – pomyślała gniewnie..

Pomógł przypadek. Filip sam ją zaprosił na drinka do kawiarni ulokowanej w skrzydle jej domu. Poszła. Nie wiadomo co się z nimi stało, co w nich wstąpiło, kiedy po pozbyciu się nudnego Phila Schneidera wsiedli w taksówkę i pojechali na Dziesiątą Zachodnią, i chociaż kierowali się do jego apartamentu, trafili do mieszkania Moniki, bardzo zadowolonej z odwiedzin. A potem nie wiadomo jak i kiedy wszyscy wylądowali w jej łóżku.

Tak minęło kilkadziesiąt dni i znowu jej się przypomniało. Teraz to już wiedziała, że Monikę łączy z Filipem coś w rodzaju romansu. Właściwie to tylko seks – wyznała jej Monika w łazience. Julia nie poczuła nawet cienia zazdrości.

Ale teraz to co innego. Teraz zapragnęła seksu z mężczyzną. Filip Krawiec nadawał się do tego jak ulał. Postanowiła zaaranżować randkę, tylko we dwoje z Filipem.

– Jak on na mnie patrzy! – przypomniała sobie chwile spędzone razem. – Sam się prosi – usprawiedliwiła swoje pożądanie.

Julia była kobietą praktyczną i kiedy coś raz postanowiła, zaraz wprowadzała pomysł w życie. Tym razem były to dwa pomysły. Randka z Filipem Krawcem była już umówiona, restauracja zarezerwowana. Miała jeszcze dużo czasu do spotkania. Zadzwoniła więc do znajomego ślusarza – złotej rączki. Przybył do jej mieszkania dokładnie o czwartej po południu. Popatrzył na sejf udający lodówkę i wziął się do dzieła. Po godzinie z radosną miną wbiegł do pokoju dziennego, gdzie Julia przeglądała czasopismo Voque.

– Otwarte – rzekł z dumą na twarzy, zainkasował stówkę i opuścił mieszkanie.

Julia niespiesznie pofatygowała się do kuchni. Tam wolno osunęła się na kolana, a potem zemdlała. Kiedy po kilku minutach wybudziła się z omdlenia, doznała kolejnego szoku, ponieważ obrazek jaki się jej ukazał przedtem, i teraz był taki sam: sejf był wyczyszczony do białości, dosłownie i w przenośni. Nic, dosłownie nic w nim nie było. Był pusty.

Wściekłość pięknej Julii nabrała rozmiarów tornada. Rzucało nią po całym mieszkaniu w poszukiwaniu innego schowka, którego lokalizacji nie znała, a który powinien przecież gdzieś być. Zrywała obrazki ze ścian, odsuwała meble, wywalała z nich szuflady, wyrzucała pościel ze skrzyń – nic. Wściekłość nie pozwalała jej na spoczynek. Teraz już całkiem rozważnie i planowo poczęła przeszukiwać mieszkanie, metodycznie cal po calu. Nic nie znalazła. Przeto skuliła się w rogu kanapy i zasnęła. Kiedy się rozbudziła, z przerażeniem stwierdziła, że przegapiła godzinę spotkania z Filipem Krawcem. Nie poszła na randkę, którą sama wymyśliła, zaplanowała, na którą namówiła swojego ozdrowiałego cudem pacjenta.

Miała w domu okropny bałagan. Wymyśliła naprędce, że ktoś jej się włamał do mieszkania i że jest w rozpaczy, że wymaga pocieszenia i ochrony. I zaprosiła go do domu. Po tym wszystkim odeszła jej ochota na seks z mężczyzną. Oboje zadowolili się pieszczotami. A potem w środku nocy Filip zniknął i więcej się nie pokazał.

Po mężu nie pozostał nawet ślad. Ani tam, w gruzach WTC, ani w luksusowym mieszkaniu w Dakota House. Kiedy robiła porządki po tym okropnym bezskutecznym przeszukaniu, zebrała wszystkie należące do niego rzeczy, spakowała w worki i po prostu wyrzuciła na śmietnik.

– On wyczyścił mnie z pieniędzy, to ja wyczyściłam moje mieszkanie ze śladów po nim – pocieszała się. Bez skrępowania mówiła do siebie na głos, żeby jeszcze bardziej udowodnić samej sobie, że jednak żyje, że zdołała zrzucić z barków przeszłość i jest gotowa iść przez życie z uśmiechem na ustach:

– I tak byłeś martwy, całe życie byłeś martwy, więc bardzo dobrze się stało, żeś w końcu spłonął, a wraz z tobą ogień pochłonął twoją paskudną, martwą maskę. Dobrze ci tak, Martwy, bardzo Martwy Byku.  

– Widzisz, ty jesteś martwy, a ja żyję – kontynuowała. I nadal jestem piękna, młoda i bogata. Mam całkowicie spłacony apartament w najsłynniejszym budynku w Nowym Jorku. Mam swoją pracę, którą lubię. Ludzie mnie szanują. Mam pieniądze. I mogę mieć wszystko, czego tylko zapragnę.

Wyszła na balkon, przechyliła się przez barierkę i wyjrzała na ulicę:

– Popatrz tylko, jakie tłumy.  To jest Manhattan. Nowy Jork! Zobacz tylko, ile pięknych dziewczyn kręci pupami na ulicach mojego Nowego Jorku.

EPILOG

Rok później

1, Gdzieś w Meksyku

Ktoś gdzieś powiedział, czy nawet napisał, że meksykańskie miasto Puerto Vallarta jeszcze nie tak dawno było małą, rybacką wioską. Trudno jest w to uwierzyć. Samo miasteczko jest piękne w swojej dawnej, historycznej części, ale także urocze tam, gdzie wdarła się nowoczesność poparta wielkimi pieniędzmi.

Puerto Vallarta jest miejscem o niezwykłej atmosferze, która różni się o niebo od klimatów innych miejsc w Meksyku. Po prostu tutaj najbardziej daje się odczuć historię i meksykańskiego ducha. Nie wiadomo kiedy na drodze może wyrosnąć wielka iguana, albo też przespacerują się nią żółwie. W niesamowitym błękicie Pacyfiku można natrafić na delfiny, a przy odrobinie szczęścia spotkać się oko w oko z wielorybem. Pikniki w cieniu palm, wieczorne spotkania z przyjaciółmi, oryginalna kuchnia, obowiązkowa tequila i miejscowa, żywa i radosna muzyka. A nad główną ulicą miasta łopocze transparent z napisem:  – witamy w stanie Jalisco!

Na półwyspie Punta Minta, zaledwie kilkanaście kilometrów od Puerto Vallarta, otoczona z trzech stron Pacyfikiem, Zatoką Banderas i Zatoką Kalifornijską bieleje cudowna, piaszczysta plaża. Jest wczesny poranek, który jeszcze nie wypędził na plażę zbyt wielu ludzi. Spaceruje kilka par, na horyzoncie widać kilku śmiałków zjeżdżających na olbrzymiej fali na swoich deskach do surfingu. Samotnie na włochatym, dużym ręczniku wyleguje się ubrana w zielony dwuczęściowy kostium zgrabna dziewczyna o długich, rudych włosach. Niedaleko, jakieś dwadzieścia metrów od brzegu zmaga się z wysokimi falami i silnymi wiatrami wysoki, dobrze umięśniony mężczyzna, który chyba tylko cudem jeszcze utrzymuje się na grzbiecie zbliżającej się do brzegu fali. Niestety, nie udało się, choć tak bardzo pragnął popisać się swoimi umiejętnościami przed rudą dziewczyną. Jego deska wyskakuje w górę, mężczyzna znika pod wodą.

Dziewczyna, która dotąd dosyć leniwie obserwowała wyczyny swojego mężczyzny, nagle zrywa się i biegnie do wody. Najpierw z trudem pokonuje resztki przypływu, potem biegnie razem z odpływem, żeby po chwili rzucić się na odpływającą falę i równymi uderzeniami ramion skierować się ku głębinie. Bacznie obserwuje powierzchnię wody przed sobą, ale nikogo nie dostrzega. Zaniepokojona ogląda się za siebie i nagły gniew ściąga jej ładną buzię, czyniąc ją nieładną. Zawraca.

Na samym brzegu plaży wyciągnięty na swojej desce leży mokry, duży mężczyzna. Coś w jego wyglądzie mogłoby zaniepokoić przypadkowego plażowicza. Tym czymś jest czarna rękawiczka na lewej dłoni zamiast tej dłoni oraz czarna przepaska na prawym oku. Tylko tyle, reszta nie budzi zastrzeżeń, bo cały facet jest przystojny, ładnie opalony i świetnie zbudowany. Dziewczyna siada zamaszyście obok niego, obsypując złośliwie piaskiem.

– Ale widziałaś, jak dawałem radę? – pyta facet z poważną miną.

– Coś ty, właśnie że widziałam jak fala zrzuciła cię z deski – protestuje ruda Monika.  Jeszcze długo musisz potrenować na tej desce. Poza tym jeszcze jedno mógłbyś poćwiczyć…

– Ciekawy jestem, do czego się jeszcze przyczepisz… co jeszcze masz mi do zarzucenia? – pyta człowiek o kamiennej twarzy.

– Mój kochany Jasonie, nie obraź się, ale w takim rajskim klimacie powinno ci się to w końcu udać. Masz dużo czasu i dużo wrodzonej cierpliwości. Potrenuj uśmiech. Jak się wysilisz, to się w końcu uda, musi się udać. Bo przecież oboje wiemy, że Martwy Byk umarł. Niech żyje uśmiechnięty Jason Bykowsky!

2.

Gdzieś w Kanadzie

Późny wieczór. Wonne powietrze rozedrgane graniem cykad. Gwiazdy wiszą tak nisko, że wydaje się – można je zrywać rękami jak dorodne owoce. Bajkowa, pachnąca noc. Odległe wycie wilków. Kobieta z mężczyzną na łódce. Ona rozmarzona patrzy w gwiazdy. Ogarnia ją tak cudowny spokój, że czuje się po raz pierwszy od niepamiętnych czasów całkowicie zrelaksowana i bezpieczna. Zanurza dłonie w ciepłą wodę jeziora. Małe rybki je muskają, po czym pierzchają na wszystkie strony. Półleży, tuż za jej głową szeroka klatka piersiowa siedzącego za nią mężczyzny, który krótkim wiosłem pomaga łódce dopłynąć do brzegu zatoczki. Kobieta przechyla głowę do tyłu i wtedy człowiek o srebrzystych włosach pochyla się spokojnie i całuje ją w usta.

Pocałunek trwa długo i trwałby zapewne jeszcze dłużej, gdyby nie został brutalnie przerwany natrętną ingerencją piszczałki telefonu komórkowego. Obcy dźwięk dziwnie i nienaturalnie brzmi w tym miejscu. Nie pasuje do niego. Bajkowa tajemnica starego lasu zostaje wyraźnie zagrożona. Kobieta niechętnie wysłuchuje czyjegoś głosu. Odpowiada krótkimi zdaniami:

– Nie, ty się mylisz. Nie jesteśmy już przyjaciółmi. Oczywiście, możesz dzwonić, ale nigdy się nie dodzwonisz? Dlaczego? Bo ja już nie mam tego telefonu.

Gwałtowny wyrzut ramienia – telefon zatacza łuk i wpada do wody. Pluskowi towarzyszy westchnienie ulgi. A zaraz potem słychać wesoły, dźwięczny śmiech, mieszający się w zakrzepłej ciemności z dziwnym, smutnym zawodzeniem. To na łowy wyrusza loon, wolny kanadyjski ptak.

                                                                                                                                      *

– Dzwonił Bazyl. Miałam ci nic o nim nie mówić. Ale powiem. Czuję, że muszę. To mój do niedawna jeszcze przyjaciel, może nawet więcej. Właściwie to nie planowałam opowiadać ci o wszystkim, co ostatnio wydarzyło się w moim życiu. Ale teraz, po tym epizodziku z telefonem, nie daje mi to spokoju. Coś mi podpowiada, że mam obowiązek ci o tym wszystkim opowiedzieć. Co ty na to?

– Gdybym powiedział, że nic mnie to nie obchodzi… mogłabyś mnie uznać za gbura. Bo to mnie prawdę mówiąc nie za bardzo obchodzi – rzekłem do Samanty siedzącej obok mnie na zwalonym pniu wiekowej brzozy. Pełno takich drzew ściągnąłem pod rozpadający się dom na brzegu Lake Trout, który wraz z kawałem ziemi i lasu kupiłem przed miesiącem do remontu.

– Skoro jednak nalegasz, trudno. Posłucham.

Wieczór był naprawdę bajkowy. Szkoda byłoby go psuć jakimiś prawdopodobnie niezbyt wesołymi wspominkami. Ale skoro tak bardzo chce się wygadać? Jej sprawa.

Tak pomyślałem, lecz nagle spojrzałem na to wszystko innym okiem. Przypomniał mi się bowiem ten moment z życia, kiedy ją poznałem, jak szła przez centralny plac w Białkowicach podbijając kolanami teczkę. Byłem wtedy dwukrotnie od niej starszy. Miałem już trzydzieści cztery lata, a ona chodziła do ogólniaka. Mój Boże – westchnąłem wewnętrznie – to ona przecież wtedy miała zaledwie siedemnaście lat!

Spoglądałem rozmarzony na towarzyszącą mi młodą kobietę, widząc ledwie jej profil na tle rozgwieżdżonego nieba.

– Moja dziewczyna – pomyślałem i ogarnęło mnie dziwne uczucie dumy, które trwało krótko, bo zaraz przeszło w zawstydzenie.

Ja, Filip Krawiec. Człowiek podły, który wyciągnął ją z komunistycznej Polski po to, by zawlec do jej wymarzonej Ameryki. Po to? Nie tylko. No to po co?

Podsumowując to chyba po to, by po kilku szczęśliwych latach na emigracji, najpierw w Nowym Jorku, później w Toronto, rozstać się z nią, zostawić, a właściwie oddać jak jakiś przedmiot, na domiar złego – swojemu rodzonemu bratu – na dodatek – bez walki.  

– Posłuchaj kobiety po przejściach – rzekła Samanta, opierając się o mnie plecami. Obawiam się, że dopiero teraz będziesz miał okazje naprawdę mnie poznać, a właściwie – poznać mnie na nowo. Bo takiej jak ja jestem teraz, to ty mnie nie znasz. Ale mi nie zależy, co sobie o mnie pomyślisz. Prawdę mówiąc – nie za bardzo mi już na czymkolwiek zależy.

– Dobra, stop! – przerwałem jej wywód, ponieważ w jednej sekundzie podjąłem decyzję. Jak na dojrzałego mężczyznę przystało, postanowiłem zakończyć tę historię zupełnie inaczej.

– Zmieniłem zdanie. Nie mam zamiaru wysłuchiwać żadnych zwierzeń. Co było to było. Nie ma ludzi idealnych. Mam za to propozycję….

Samanta odwróciła się gwałtownie i przywarła do mnie tak szczelnie, że poczułem, jak ciepło jej piersi przenika przeze mnie na wskroś i staje się gorącem, a gorąc ten  – żarem, aż poczułem, że za chwilę zapali mnie jak pochodnię, a potem spopieli. Przecież nie mogłem do tego dopuścić.

– Zostań tu ze mną – rzekłem cicho, cichuteńko. Ale i tak dosłyszała. Zamiast odpowiedzi przylgnęła do mnie jeszcze mocniej niż przedtem. A ja głupi myślałem, że mocniej już nie można.

 

KONIEC

Brampton, 1 maja 2019.

Poleć:

O Autorze:

Edek Wojciak

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.