Kłótnie przedłużają życie

1

To nie mój głupi pomysł, to wynik poważnych badań naukowych. Faktycznie wylanie tego co nam leży na wątrobie, a nie duszenie w sobie, to czyszczenie psychiki, a jej stan ma ogromny wpływ na naszą kondycję fizyczną. Kłótnie są potrzebne, bo przy okazji poznajemy lepiej partnera, a wypowiedzenie żalów na głos może spowodować, że faktycznie nie ma o co się kłócić, że to co powodowało stres jest zwykłym niedomówieniem, niezrozumieniem.

Kościół stara się nadążyć za czasami, nie myślę jednak, że jest aż tak na fali, by chciał unowocześnić przysięgę małżeńską na coś, co może brzmieć : „Ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, oraz to, że dam ci popić i popalić aż do śmierci.” Szkoda, bo tak by było bliżej stanu rzeczywistego.

W każdym małżeństwie są kłótnie, jeśli dwoje przed innymi udaje gołąbków, po prostu są fałszywi, kłamią. Ale kłótnia nie równa kłótni. Cały nasz wysiłek powinien iść w kierunku, by była to kłótnia kreatywna, by coś wyjaśniała, by po burzy następowała piękna słoneczna pogoda.

Są kłótnie straszne, kończące się rękoczynami, nawet zabójstwem. W takim małżeństwie patologicznym przynajmniej jedna strona nie nadaje się do małżeństwa, bo pozbawia drugą jakiejś, choćby minimalnej, przestrzeni psychicznej, bo tu do zgody potrzeba kompletnej uległości jednej strony, a to jest mordowaniem osobowości partnera. Patologiczne zazdrości, nadużywanie alkoholu, wszelki hazard, wyrachowana zdrada wykreślają taką osobę jako partnera.

Trzeba natychmiast skończyć z takim związkiem, nie słuchać jęków, przeprosin, obiecanek. Trzeba takiego faceta czy facetkę po prostu wyrzucić z domu, bez względu na koszty tak podjętych kroków. Dziwni są ludzie: gdy chodzi o kupno kiecki, jakiejś zabawki elektronicznej, biegamy po sklepach, porównujemy ceny i jakość; kupno staje się przemyślaną i wyważoną decyzją. Ile jest małżeństw gdzie jedynym kryterium wyboru są długie nóżki, zgrabna pupa, duże niebieskie oczy. Ani krztyny w tym rozumu, wszystko to emocje w dodatku ogłupiane przez hormony. A później więzienie domowe i niewola na resztę życia.

Kłótnia nie równa kłótni. Najczęściej są to pyskówki, to rodzaj sportu, gdzie chcemy pokonać partnera finezją słowną zmierzającą do tego, by mu najmocniej dokopać. Czasami są to wojny podjazdowe: czekamy  i denerwujemy się gdy się nie możemy doczekać jakiegoś punktu zaczepienia, wymyślamy go nawet, by zainicjować kłótnię, wtedy przewaga jest po naszej stronie bo, jak w sporcie, ten wygrywa kto atakuje. Dla wielu osób czas pojedynku słownego jest natchnieniem, prawie poetyckim, jak drugiej osobie przywalić tak że aż na chwilę oniemieje, jak na przykład: „twoi rodzice musieli mieć duże pole, skoro wyhodowali takiego buraka / bredzisz jak potłuczony / nie mów tyle, bo ci się język spoci / jesteś bystry jak woda w klozecie”.  Pomijam ohydne wulgaryzmy – najczęste wsparcie kłótni, które słyszą dzieci i nimi „wzbogacają” swe słownictwo. Te wszelkie złośliwości mogą kończyć się na pełnej awanturze, awantura może spowodować wybuch, podobny do niespodziewanego wybuchu wulkanu, a po tym następuje pakowanie manatków i przeprowadzka do mamusi, przynajmniej na parę dni.

Przeglądałem statystyki i to, co w opinii ogółu uchodzi za główne powody nieporozumień jak zdrada małżeńska, metody wychowania dzieci, niezgodność charakterów, nie są wcale głównymi powodami kłótni. Kłócimy się najczęściej o idiotycznie drobne sprawy, bo jesteśmy przemęczeni,  bo nie formułujemy dobrze naszych wypowiedzi, jesteśmy źle zrozumiani przez partnera – taka kłótnia jest naprawdę najgłupszą z kłótni, bo o nic.

W dzisiejszych  zagonionych czasach, gdy obydwoje partnerzy pracują zarobkowo, jednym z  powodów scysji jest podział prac domowych. Jeśli facet uważa, że nakarmienie dziecka, zmiana pieluchy, odkurzenie podłogi jest tym co pozbawia go męskości, niech jak najszybciej zmyka na stałe z domu; w samotności będzie miał więcej czasu, by pielęgnować tę tak ważną dla siebie cechę.

Dużo się tu zmienia, nawet w polskich patriarchalnych domach, ale ciągle kobieta poświęca na pracę domową 680 godzin rocznie więcej od mężczyzny. Gdy podział obowiązków (ja gotuję, ty pierzesz itp.) nie zdaje egzaminu, można spróbować tzw. system przemienny dość dobrze funkcjonujący np. we Francji. Polega on na tym, że wszystkie obowiązki domowe w jednym tygodnia przejmuje mąż, w innym żona. Ten system funkcjonuje jeśli jest dość elastyczny i jeśli żona potrafi bez zmrużenia oka zjeść posiłek lekko „przedobrzony”, czy toleruje koszulę niezłożoną tak jak niepisane prawa kobiece nakazują.

Zakładanie, że druga osoba nigdy się nie zmieni, nie dostosuje, nie ustąpi, jest też mitem. Ale tu musimy zacząć od siebie i zrezygnować nieco ze swoich upodobań, preferencji, by móc się tego samego spodziewać od partnera. Nie można faceta, któremu koń nastąpił na ucho, prowadzić na siłę do opery i potem mieć do niego pretensję, że zasnął w połowie uwertury.

Dobre małżeństwo to ciągłe negocjacje, spokojne, cierpliwe, powodowane nie tylko własną korzyścią, ale korzyścią wspólną. Robimy to gdy partner nie jest przemęczony, przygnębiony, załamany. Partnera czy partnerkę nie tylko trzeba kochać, ale i szanować, dać mu dużo przestrzeni psychicznej, bo to nie nasz klon, to samodzielna osoba z własnymi marzeniami, upodobaniami, wartościami. W negocjacjach małżeńskich trzeba dobrze dobierać słowa, bo osoba sfrustrowana chwyta się każdego nieprecyzyjnego określenia, by udowdnić, że ma rację.

Trzeba się nauczyć wzajemnych niewerbalnych sygnałów. Trudno komuś zarzucać ramiona na szyję, gdy ta osoba jest skonana, lub przygotowuje skomplikowany posiłek, do czego potrzebuje pełnej koncentracji. Gdy się ma kogoś dość w danym momencie, warto sobie przypomnieć, że to ojciec czy matka twoich kochanych dzieciaków, wspaniałe chwile, które przeżyliście razem, pomoc, jaką dawaliście sobie, gdy jedno z was było w psychicznym dołku, lub doznało jakiejś krzywdy czy niepowodzenia, na przykład w pracy.

Te mądre negocjacje, dobroć, wzajemny szacunek powoli usuwają konflikty i wiele par nigdy tak pięknie się nie kochało jak w jesieni swego życia, a jeśli myślą wtedy o śmierci, to nie boją się jej; największą przykroć sprawia im myśl o rozłące, o tym, że nie będzie przy nich tej drugiej kochanej osoby, z którą tyle lat przyżyli chwile dobre i złe, a ostatnio prawie wszystkie dobre.

Władysław Pomarański

Poleć:

O Autorze:

Władysław Pomarański

Jestem emerytem. Studiowałem na Katolickim Uniwersytecie w Lublinie i w Instytucie Orientalnym w Rzymie. Po przeniesieniu się do Stanów Zjednoczonych zapoczątkowałem nowe studia z dziedziny bibliotekarstwa na Long Island University, dokończyłem je na Dalhousie University w Halifaksie w Nowej Szkocji. Pracowałem jako profesjonalny bibliotekarz zbiorów w bibliotece głównej wspomnianego uniwersytetu w Halifaksie, a potem przez ponad 30 lat w D.B. Weldon Library w University of Western Ontario, w London. Tu odpowiedzialny byłem za selekcję materiałów bibliotecznych w językach francuskim, niemieckim, hiszpańskim, włoskim, polskim i rosyjskim oraz publikacji z dziedziny filozofii i historii nauk ścisłych i medycznych.

1 Comment

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.