Oj, niedobrze panie bobrze!

1

No i Polska wybrała sobie eurodeputowanych, chociaż tak naprawdę wybrali ich ci, którzy decydują o miejscach wiodących na listach wyborczych czyli tak zwanych jedynkach. Jedynki wygrywają, chociaż czasami zdarzają się odchylenia, zakłócające ten porządek, jak posłanka Koalicji Europejskiej, wójcina z Cisnej, Elżbieta Lukacijewska, która zdobyła mandat do Europarlamentu, startując z ostatniego, dziesiątego miejsca!

Po pierwszych orientacyjnych wynikach wyborów prezes Jarosław był taki kontent, że ogłosił zwycięstwo PiS jeszcze podczas trwania ciszy wyborczej! Faktem jest, że w europarlamencie posłów PiS będzie o pięciu więcej, ale wiele do powiedzenia nie będą mieli: raz, bo są niekumaci, dwa, że będą działali we frakcji EKR – konserwatystów  i reformatorów, która liczy tylko 63 członków. Europosłowie z Koalicji Europejskiej mają znacznie lepszą pozycję: raz, że są obytymi politykami, znającymi świat, Europę, no i władającymi językami, dwa – będą członkami sojuszu socjaldemokratów, liberałów i zielonych, który w koalicyjnym zapale może dysponować nawet pięciuset mandatami czyli będzie decydować o budżecie Unii, obsadzie stanowisk, polityce obronnej i zagranicznej. Uznajmy więc, że chociaż rozum i ekonomia przegrały, to 38% głosów dla KE daje całkiem dobry wynik, Biedroniowi dajmy się wykazać, chociaż dał plamę i cieszmy się, że Konfederacja padła, bo ci dopiero narobiliby nam poruty i międzynarodowego obciachu, chociaż pod tym względem i PiS niechybnie dostarczy nam wiele atrakcji.

A 4 czerwca Gdańsk, miasto piękne, gościnne i dzielne, które odegrało znaczącą rolę w najnowszej historii Polski, obchodziło 30. rocznicę wyborów 1989 r. Obecni byli bohaterowie tamtych dni, nieobecne władze państwowe. Zofia Romaszewska odczytała list od Andrzeja Dudy, którą to epistołę skomentował Aleksander Kwaśniewski: „prezydenci pisują bardzo ładne listy, dobrze byłoby, gdyby je czasami też czytali”. Władza wykonawcza  wprawdzie ciałem w Gdańsku była ale w innym celu – aby bezsensownie właśnie tutaj uczcić 40. rocznicę pierwszej wizyty papieża Jana Pawła II na naszej ziemi. Tej ziemi. Wprawdzie papież wówczas Gdańska nie zwizytował ale trzeba było przecież ukarać tych uzurpatorów, podszywających się pod założycieli, organizatorów i przywódców ruchu, który bezkrwawo obalił komunizm w Europie, a którym podobno kierował „nieznany mężczyzna z wąsem”, podczas gdy wszystkim członkom  partii Prawo i Sprawiedliość wiadomo, kto tak naprawdę stał na czele „Solidarności”, jaka „potężna postac”.

Premier Morawiecki bez specjalnego wysiłku rżnął głupa i zaklinał się, że do udziału w obchodach nie został zaproszony, żadnego zaproszenia na oczy nie widział, na co prezydent Gdańska kopię takiego zaproszenia upubliczniła, no i premierowi znowu nos urósł. Tak się wkurzył, że kiedy prezydent Dulkiewicz w miejscu publicznym sunęła ku niemu z wyciągniętą przyjacielsko dłonią, to mało, że jej umknął to jeszcze  ochronie kazał manewr zasłaniająco-odpychajacy zastosować, co się odbyło na oczach zdumionej publiki i w obecności kamer, które ten niesmaczny incydent nagrały i wielokrotnie pokazały.

I tak kiepski stan ducha premiera skapcaniał dodatkowo poprzez fakt, że w Gdańsku przywitał go wypuszczony na tę okoliczność z klatki Antoni Macierewicz. Szczwany Antoni tym razem dał ogromniastą plamę, bo najpierw próbował powitać premiera Mato…. bo mu się ksywka „Matołusz” skojarzyła, potem premiera Mazo…. bo w naturalny sposób pamięć podsunęła mu nazwisko premiera znanego i szanowanego, no i dopiero za trzecim podejściem udało mu się namierzyć Morawieckiego.

W tym samym czasie władza czyli Jarosław Kaczyński dokonała rekonstrukcji rządu, skoro aż siedmiu jego członków czmychnęło do Brukseli. Pisowcy już nawet nie udają, że prezydent czy premier mają coś do powiedzenia; sama słyszałam jak Beata Szydło, zapytana kto przejmie resort finansów po Teresie Czerwińskiej, ujawniła swój rozumek, odpowiadając naiwnie lub bezczelnie, sama nie wiem: „Pan prezes jeszcze nie zdecydował”.

Pan prezes specjalnie się nie wysilał, wiadomo, że nowi członkowie rządu są tymczasowi, zresztą cały rzad ma przetrwać tylko do października, a potem się zobaczy. Prezydent do nowych ministrów walnął przemówionko; ku swojemu zdziwieniu dowiedzieli się, że:. „Jesteście wybrani w wyborach powszechnych i bezpośrednich, jak ja”. Co przytomniejsi rozglądali się, niepewni czy nie pomylili sali, bo jako żywo suweren ani rządu ani jego szefa nie wybiera, zresztą Morawiecki był wybrany tylko raz w życiu, na radnego AWS w 1998 r. Ale skąd prezydent ma wiedzieć, skąd się biorą ministrowie, skoro on nawet konstytucji nie przeczytał? A poza tym on nie jest od czytania tylko od podpisywania.

A nowym ministrem finansów został „człowiek niezwykłej uczciwości i charakteru, niezwykle skromny” Marian Banaś, absolwent religioznawstwa i filozofii na Papieskiej Akademii Teologicznej.

Teraz dopiero w finansach kraju zaczną dziać się takie cuda, że wszyscy zaczniemy modły wznosić do św. Tadeusza Judy, patrona spraw beznadziejnych. W całym ministerstwie nie ma ani jednego ekonomisty z prawdziwego zdarzenia. Tylko w skarbówce wiele się nie zmieni. Krajowa Administracja Skarbowa już od marca zatrudnia na etatach kapelanów z parotysięcznym wynagrodzeniem, dodatkami stażowymi i za stopień itp., bo zgodnie z rozporządzeniem ministra finansów kapelan to stanowisko eksperckie! Izbom zaleca się też tworzenie miejsc modlitwy dla pracowników i klientów. Bójcie sie Boga, premierze i ministrze finansów! Przecież jeśli modły podatników okażą się skuteczne, żaden podatków nie zapłaci!   

A obu panom stawiam za przykład mojego trzeciego kota, Wypłoszka. Wypłoszek jest stworzeniem dzikim, od roku kręci się koło domu. Jest maści karej, a któryś z jego przodków musiał być angorą. Zaskoczony znienacka, Wypłoszek przypada do ziemi, wybałusza wielgachne oczyska, aż człowiek ma ochotę go spytać: „Co co, walca drogowego nie widziałeś?”, włosy na łepetynie stają mu dęba ze strachu, no i wyrywa nieprzytomnie w długą. No, czysty wypłosz!

Jednak parę dni temu, wypływając z bejsmentu jak Lewiatan z otchłani morskiej, zobaczyłam Wypłoszka w kuchni, jak z apetytem konsumował kocie boby z miski. Zamiast wyprysnąć jak zwykle na dwór, Wypłoszek przytrzymał mnie wzrokiem, jeszcze chapnął boba i z godnością wymaszerował z domu. Za chwilę wszystko było jasne: w misce z bobami leżała dorodna, tłusta mysz, wyjątkowo udany okaz. Wypłoszek uznał, że skoro dołożył się do gospodarstwa domowego, ma prawo korzystać z jego fruktów. I tu okazał się być dużo lepszym finansistą niż nasi krajowi gospodarze, bardziej oblatanym w prawach ekonomii, a szczególnie tym podstawowym: jak nie włożysz, to nie wyjmuj. Nasi na razie tylko wyjmują, co się musi skończyć źle, jak bal na Gnojnej. A wtedy przekażemy im pozdrowienia od Wypłoszka.

Kolejnym ministrem skupiającym naszą uwagę okazał się minister rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski, ten sam, który na interpelację poselską w sprawie zapaści finansowej stadniny w Janowie, wyjaśnił z całą powagą, że winna jest susza. Koń z Janowa Podlaskiego, gdyby tam jeszcze jakiś się tam uchował, by się uśmiał!

No i ten zdolniacha odkrywczo stwierdził, że bobry są jadalne, a ich płetwy to afrodyzjak!: „Trudno jest znależć chętnych do odstrzału zwierząt chronionych, nawet jeśli jest na to pozwolenie, więc podjąłem decyzję o uznaniu bobra i żubra jako zwierząt jadalnych” ogłosił prostoduszny minister. Być może wie, co mówi, bo ma pięcioro dzieci, ale nie do końca, bo bóbr nie ma płetwy tylko ogon. Minister po prostu liczy na kłusowników, którzy wytłuką 100 tys. bobrów i na Polaków, którzy na te bobry stworzą popyt. Ale nie sadzę: bobrzy ogon to galaretowata pulpa jak szpik lub móżdzek, dość paskudna w smaku.

A w czasach srogiego przestrzegania postu bobra uznawano za rybę, stąd stanowił popularne  danie w klasztorach. Chyba więc minister przesadził z tym afrodyzjakiem. Ale nie musimy razem z nim wierzyć, że po bobrej zmianie nastanie bobrobyt.

Danuta Owczarz-Kowal

Poleć:

O Autorze:

Danuta Owczarz Kowal

Danuta Owczarz-Kowal-absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego (Filologia Orientalna, Wydział Prawa i Administracji). W Kanadzie od 1988 roku. Mieszka w Montrealu. Interesuje się polityką i literaturą, lubi zwierzęta i muzykę rosyjską.

1 Comment

  1. No język wypowiedzi pani Danuty dosyć swobodny, zbyt swobodny. O tych kocich bobach mogłaby pani sobie i nam darować. Pisze pani w Internecie – a nie do wyzutej koleżanki-“kociary”. A to różnica. Trzymaj Felcia fason i będzie klawo. Artykuł ciekawy, sensowny z racjonalnym postrzeganiem świata i polityki…w miarę jak na filolożkę przystało. Oczywiście nie brakuje populizmu w rodzaju: “Biedroniowi dajmy się wykazać” ( w czym? W dewiacyjnych hasłach: Zboczeńcy -tak! Normalni -nie!), chociaż dał plamę i cieszmy się, że Konfederacja padła, bo ci dopiero narobiliby nam poruty i międzynarodowego obciachu, (naprawdę, a to niby dlaczego narobiliby obciachu?). Mniej emocji, a więcej rozwagi i będzie jeszcze z pani prawdziwy dziennikarz.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.