Rapsodia różana (cz. 1)

0

Z cyklu: Piękniejszy świat

Trudny rok dla róż i innych roślin

 Nie tak dawno opuściła nas zima. Nie śpieszyła się z odejściem. Po niej nastąpiła nieprzewidywalna, nawet dla zawodowych badaczy pogody, wiosna, bo zapowiadający ją meteorolodzy często się mylili, nawet dość często co do tego samego dnia, w którym podawano ich prognozy. Obfite i częste deszcze, nawet w wielu miejscowościach gwałtowne burze, oraz zmienne i mocne wiatry narobiły dużo szkód. Moje, i nie tylko moje róże zdecydowały nieco przeczekać, by to przetrwać, i ten okres odczekiwania trwał dwa tygodnie dłużej w porównaniu do innych lat. W czasie pisania tego tekstu niektóre już zakwitły, inne są w pąkach. Gdy się ta opowieść ukaże się w “Gazecie”, chyba większość będzie w kwieciu, mam nadzieję ze w dobrym okresie swego istnienia, bo jeszcze nienękane najgroźnieszymi pasożytami. Brakowało mi ich przez pół roku, szczególnie ich niesamowitych kolorów i cudownego zapachu – takiego bogactwa nie mają żadne inne kwiaty.

Biała piękność

Aleja różana w Nowej Hucie

Pokochałem je jeszcze jako uczeń gimnazjalny w Lublinie, kiedy to na wakacje wyjeżdżałem do wujka do Nowej Huty i tu po raz pierwszy zafascynowały mnie. Jestem wierny tej miłości do dzisiaj.

O mieście tym napisało się i wypowiedziało dużo złych słów – mnie się bardzo podobało. W tym czasie było nowe, czyste, nieodrapane, miało szerokie ulice, a przy większych i ważniejszych szerokie trotuary. Nawet pomnik Lenina na głównym placu nie psuł tej idylli. Mieszkańcy nawet go lubili, bo od czasu do czasu ktoś go porysował, odbił nos czy nawet kawałek ręki – był ubaw.

Sama huta była dopiero w budowie, nie było niezbyt przyjemnych zapachów przenoszonych wiatrem do miasta. Miało ono, i mam nadzieję, że jeszcze ma, piękną pokazową Aleję Róż, którą przechadzałem się codziennie chłonąc kolory i zapachy. Nikt tych róż nie kradł – mieszkańcy przyległych domów dbali o ich bezpieczeństwo – to był jeden z powodów ich dumy. Faktycznie w stosunku do Lublina z czasu moich lat młodzieńczych: ponurego, odrapanego, niezbyt czystego (dziś dość ładnego i odszykowanego najpierw przez obywatela miasta B. Bieruta, a w nowszych czasach przez urząd miejski, z dużym zastrzykiem pieniężnym Unii), Nowa Huta wyglądała wtedy jak jakieś bogate, nowoczesne miasto Zachodu, kóre znałem tylko  z ich albumów. Po wyjeździe z Polski, już jako trzydziestolatek, widziałem wiele ogrodów różanych, uświadomiłem sobie, że to, co mi dała Nowa Huta to dopiero skromny przedsmak tego, co róże mogą zaofiarować człowiekowi. Przyznam się, że jakiś procent mojej wrażliwości na piękno świata zawdzięczam różom.

W Zachodniej Europie nie mają statusu królowych kwiatów

Podróżując po Europie, widziałem wspaniałe ogrody kwietne, ale nie różane. We Włoszech, które najdokładnie zwiedziłem, nie natknąłem się na nie, przypuszczam jednak, że tu i w innych krajach Europy Zachodniej, które zwiedziłem: Francji, Hiszpanii, Portugali, Grecji i kilku innych, róże nie są tak doceniane i lubiane jak w Polsce lub Północnej Ameryce. Widziałem prześliczne ogrody – najbardziej podobały mi się  te we Francji w Dolinie Loary, szczególnie ogród przy pałacu Villandry i dwa ogrody dwu rywalek: Katarzyny Medycejskiej, żony, i Diany, oficjalnej kochanki króla Henryka II Walezego, ojca polskiego, a potem francuskiego króla Henryka III. Rozczarował mnie zaniedbany ogród kwietny Wersalu. Podobało mi się wiele innych ogrodów w Europie, jak choćby równie piękny jak francuskie ogród wokół portugalskiego pałacu królewskiego w pobliżu Lizbony w Queluz, ale bogactwa kwietnego i tu nie wspomagały róże. 

Białe o odcieniu żółtawym

To ciągle królowe kwiatów w Północnej Ameryce

Na tym kontynenencie, nawet przy prywatnych posiadłościach, widziałem piękne ogrody różane w kilku stanach USA i w kilku prowicjach Kanady. Gdy na stale zadomowiłem się w tym kraju jedną z pierwszych moich inwestycji było otoczenie posiadłości różami. Ciągle je uprawiamy i pielęgnujemy razem z żoną. Mamy obecnie 50 krzewów, kiedyś było ich 80. Udaje się nam doprowadzić do trzech, a niekiedy czterech kwitnięć w ciągu roku – kończą swoją “misję” od pierwszego dnia przymrozku poniżej sześciu stopni Celsjusza.

W naszym London jest kilka ogrodów różanych pod opieką fachową w kilku instytucjach, także przy kilku domach, szczególnie w mojej dzielnicy Byron. Przy wielu domach w całym mieście po kilka róż zdobi frontony domów, ale niestety nie na długo, bo giną po frontalnym ataku kilku na raz szkodników, lub wymarzają w czasie zimy. W ostatnich kilkunastu latach nie widziałem ładniejszego prywatnego ogródka różanego w London niż nasz, a to dlatego, że poświęcamy mu dużo czasu, odpędzając wszelką zarazę  i często dożywiając odpowiednią odżywką.

Róże, szczególnie w naszym „mieście-lesie” London, mają więcej ulubieńców rozkoszująch się nie ich pięknem, tylko ich nektarem – bo faktycznie miasto z lotu ptaka wygląda jak las, tylko nieliczne wieżowce można dojrzeć, bo są nieco wyższe od drzew. Gdziekolwiek człowiek się wybiera, musi natrafić na jeden z parków, a na obrzeżach miasta są laski, które niestety w ostatnich latach znikają powoli z powierzchni ziemi, zastępowane przez eleganckie posiadłości podmiejskie. Można London obejść lub przejechać na rowerze po ścieżkach parkowych, nie schodząc na trotuar czy jezdnię, bo ścieżki te łączą wszystkie większe parki rozrzucone po mieście. Przypuszczam, że jest w nim trudniej  uprawiać kwiaty i warzywa niż w każdym innym mieście Kanady z wymienionej wyżej racji – szkodniki kochają las.

Dwie łososiowe róże

Wielbiciele nektaru i walka z nimi

Podliczyłem, że tych „wielbicieli” nektarów różanych jest wielu: trzy rodzaje grzyba, siedem rodzajów różnych roboli, a tym roku dodatkowo nawet mrówki i od kilkunastu lat dar z Japonii przywieziony na okrętach najpierw do Michigan, obecnie rozprzestrzeniający się po kilku stanach i prowincjach: japońskie żuczki, czyli Japonese beatles.

Mrówki zauważyłem wczoraj na jednym z krzewów różanych, kończyły konsumpcję  pąka kwiatowego. Po skończonej robocie odcięły resztę pąka – rodzaj posprzątania po sobie. Do tej wyliczanki nie dodaję mikroskopijnych tworów, bo ich nie widzę, widzę tylko ich niszczycielskie skutki. Od kilkunastu lat największym niszczycielem róż stały się wspomniane japońskie żuczki. Od końcowych dni czerwca do połowy sierpnia trzeba z nimi intensywnie walczyć. Gdy się pojawiły łapki na nie (worki, do których wpadają oszołomione ulubionym zapachem w górnej ich części i z których nie mają wyjścia, kupiłem ich cztery, wydałem ponad sto dolarów, złapałem ich ok. sześć tysięcy, bo przylatywały do mego ogrodu z całej dzielnicy, ale te cwańsze nie dały omamić się zasadzką, wybierały róże – było ich mniej więcej tyle samo na ich kwiatach i pąkach, jak w latach przed zaistalowaniem wspomnianych łapek. Sprzęt ten poszedł na śmieci, obecnie przez półtora miesiąca każdego roku, dwa razy dziennie, rano i pod wieczór (bo w tym czasie łatwiej je schwytać), gram rolę średniowiecznego kata, czyli wykonawcy wyroku, bo wyrok wydały same na siebie atakując moje róże. Inne szkodniki, wspomniane trzy rodzaje grzyba i inne szkodniki niszczę opryskami. W ostatnich kilku latach to dużo uciążliwsza i mniej skuteczna operacja niż wcześniej, bo „mędrcy” parlamentu ontaryjskiego, idąc za przykładem kilku innych prowicji, zabronili używania środków chemicznych, które ratowały nie tylko róże, inne kwiaty, drzewa owocowe ale i  plony rolnicze.

Krzew różany

Polecono środki, które nasze babcie znały i stosowały, ale skuteczność ich jest i była minimalna. To mieszanki różnych domowych produktów jak mydło, alkohol przemysłowy, sproszkowane skorupki jajek i dziesiątki innych – każda babcia miała własne wspaniałe pomysły, ale w równym stopniu mało skuteczne. Przypuszczam że gdyby szkodniki potrafiły  przemówić ludzkim głosem, podziękowałyby pomysłodawcom za to, że w czasie konsumpcji dodatkowo myją się w płynie mydlanym, a alkolhol poprawia im żarłoczność. Jest teraz w sklepach kilka podobnych produktów przemysłowych. Owszem, niektóre są pomocne przy zwalczaniu niektórych szkodników, ale trzeba wiele częstych aplikacji, najlepiej raz w tygodniu.

Nie odważono się zakazać używania preparatu zwanego Dormant Spray, którym od dawna ogrodnicy wczesną wiosną zabijają owady, które przezimowały w glebie i pod korą: zgłodniałe maszerują w górę drzew, bo instynkt im mówi, że tam znajdą niedługo pokarm. Zabezpiecza się nim także drzewa owocowe przed atakiem grzyba. Zakaz stosowania tego preparatu mógłby spowodować upadek sadów owocowych, bo to jedyny sposób by wyeliminować większość szkodników. To najważniejszy oprysk drzew owocowych w ciągu roku. Faktycznie są to dwa preparaty zmieszane przed opryskiem ze sobą: płynna siarka zmieszana z płynnym wapnem i olej ogrodniczy, którego głównym celem jest skuteczniejsze przyklejanie się do gałęzi , liści, kwiatów i owoców drzew głównego produktu w tym duecie. Produkt siarczany jest środkiem przede wszystkim na grzyba. Olej, poza tym, że będąc użyteczną substancją kleistą ma zwalczać niektóre owady, ale w instukcji dołączonej do produktu nie wyczytałem które konkretnie szkodniki i jak skutecznie. Standardem jest, że we wszystkich opryskach tymi środkami używa się dwa razy więcej produktu z siarką niż oleju.

Przy wjeździe

Główne przeznaczenie tych preparatów to pierwszy opysk drzew – mieszanka bardzo mocna – to aż 100 mililitrów produktu siarczanego i 50  ml. oleju. Kora drzewa znosi taki oprysk, ale pąki, liście, kwiaty, byłyby przezeń spalone, dlatego tak wcześnie w roku, dlatego najczęściej jest dokonywany w ostatnim tygodniu marca. Gdy czytam instrukcje, lubię czytać je do końca, nawet bardzo małym drukiem, więc znalazłem tam dość skuteczną pomoc przed atakiem na róże. Tak jak drzewa można i róże wspomóc wczesną wiosną tym chemicznie skondensowanym opryskiem, a potem w każdym następnym oprysku tym samym środkiem o stężeniu 50 razy mniejszym, czyli 2 ml, lub prawie pół łyżeczki herbacianej płynnej siarki z wapnem i 1 ml. oleju na litr wody. Gdy instrukcje mówią o łyżeczkach i łyżkach stołowych to łyżeczka ma pojemność 5 ml. czyli jedną dwusetną litra. Pojemność łyżki stołowe jest trzykrotnie większa. Gdy mowa o uncjach, to tyle preparatu co jego dwie łyżki, czyli ok. 30 ml. Najlepiej taki oprysk robić prewencyjnie co pół miesiąca, a w razie ataku szkodników raz w tygodniu – wielu jednak właścicieli róż czeka na atak szkodnika i wtedy robi oprysk.

Ja dodatkowo używam od czasu do czasu bardzo skuteczny produkt na szkodniki ze świata zwierzęcego zwany malathion, który można kupić w większych sklepach kwietnych i w sklepach przy szkółkach roślin ozdobych. Będąc środkiem chemicznym jest trzymany pod kluczem, więc sprzedawca, jeśli uzna, że nam dobrze z oczu patrzy, może nam go odsprzedać.  

Róża różowa

Uprawa róż zbliża ludzi do siebie

To, że tak dzielnie pomagam różom w ich przetrwaniu, to nie tylko dlatego, że je lubię, ale że dają radość wielu przechodzącym moją ulicą i podziwiającym ich piękno i aromat, bo większość z nich rośnie tuż przy ulicy, przy wjeździe na posesję. Dbamy, by nabywane sadzonki róż były nie tylko równomiernie rozwinięte, zdrowe, ale by miały ciekawe i piękne kwiaty, a jeszcze bardziej te z bukietem zapachowym.

Wielu przechodzących zatrzymuje się przed naszym domem by przynajmniej spojrzeć na nie, niektórzy podchodzą do jakiegoś krzewu by z bliska obejrzeć i powąchać jego kwiaty. Dorośli najczęściej, gdy jestem przy różach, zadają pytania jak i czym je dożywiać, ale jeszcze częściej jak im pomóc przetrwać zimę i jakie środki używać, by mogły przetrwać inne pory roku. Najbardziej zainteresowane są dzieciaki, podchodzą blisko do kwiatów, wąchają je – kilkoro tych stałych „wąchaczy” corocznie obdarzam różyczką z raz wybranego przez nich krzewu. Ich pytania są niekiedy dużo ciekawsze niż starszych, na przykład dlaczego jest taka różnorodność róż, ile jest ich gatunków na świecie, dlaczego są wielokolorowe, dlaczego niektóre pachną, inne nie, czy radują swym widokiem ludzi na całym świecie i aniołki, oraz dziesiątki podobnych innych pytań. Na wiele albo nie ma odpowiedzi, albo ich nie znam. Małe brzdące, niektóre poniżej 10 lat, pocieszają mnie, gdy nie mogę odpowiedzeć na ich pytania, że nic nie szkodzi, mają komórki, sprawdzą w internecie.

Róża żółta

Nie jestem znawcą róż, jestem po prostu amatorem, a ponieważ je lubię, nauczyłem się  jak je pielęgnować poprzez błędy i sukcesy w ciągu wielu lat opieki nad nimi. Niekiedy coś czego nie wiem, doczytuję. Nie interesują mnie ich indywidualne nazwy, bo faktycznie one niczego praktycznego nie uczą; chcę mieć w ogrodzie różanym różnorodność kolorów i zapachów. Interesują mnie ich trzy główne odmiany: herbaciane, florybundy i grandiflory. Mamy także dwie róże pienne. Dużo czasu wymaga troska, by je chronić od grzyba, insektów, a szczególnie wspomnianych żuczków japońskich. To zainteresowanie sąsiadów i przechodniów dodaje nam siły, by utrzymywać je w niezłym stanie. 

Sama walka ze szkodnikami nie wystarcza, by róże przetrwały dłuższy czas. Przede wszystkim trzeba im pomóc przetrwać zimę. Nasze opatulone przez zimę, prawie wszystkie przeżywają każdego roku do wiosny (z wyjątkiem tego roku, kiedy siedem z nich musiałem wymienić), kwitną przez około 20 lat, później starzeją się i powoli umierają, jak wszystko co żyje na Ziemi. Ochrona przed mrozami jest bardzo ważnym krokiem w ich ochronie. Ludzie robią to różnie, ja po prostu dokładnie obsypuję korzenie ziemią i przycinam je, by się mogły zmieścić pod styropianowe przykrywy utrzymujące w swoim wnętrzu wyższą temperaturę niż temperatura otoczenia.

By róże kwitły przez ponad pół roku trzeba je dość często dożywiać, raz w miesiącu gdy używamy odżywkę granulkową, lub co 10 dni gdy odżywka jest w płynie. Wszystkie odżywki powinny mieć trzy podstawowe składniki: azot (nitrogen), fosfor (phosophorus) i potas (potassium). Kupuję zawsze nieco droższe worki znanych i renomowanych producentów, bo ich produkty są w lepszych otoczkach ziarenek nawozu, a wtedy odżywka systematycznie rozkłada się w ziemi odżywiając róże każdego dnia nową dawką. Poza tym te niektóre droższe nawozy mają dodatkowe szczątkowe minerały i metale jak, na przykład żelazo – to wszystko powoduje, że roślina dostaje w każdym czasie wszystko co jej potrzebne do rozrostu i budowy liści, kwiatów i nasion. Najważniejszy skaładnik odżywczy, szczególnie w okresie wiosennym, to azot, dlatego w sklepach w Ontario większość odżywek granulkowych to tylko azot. Gdy krzew jest dojrzały to mu może wystarczyć, by dobrze funkcjonował, odżywka tylko azotowa przez kilka lat, bo inne składniki odżywki pobiera z ziemi, jeśli w niej znajdzie co mu potrzeba.Ja zawsze dodaję do azotowej odżywki trochę fosforu i  potasu, szczególnie wtedy gdy zakupioną sadzonkę wkładam do ziemi, bo wtedy przez jakiś czas najważniejszym składnikiem jest fosfor. Róże szlachetne nie są w stanie przeżyć dłużej niż rok czy dwa w naszym klimacie bez pomocy człowieka. 

Róże i inne kwiaty na froncie domu

Kilka pięknych ogrodów różanych w Północnej Ameryce

Po Nowej Hucie, przed ustabilizowaniem się w London, radowałem oczy tymi milusińskimi w Nowej Szkocji, w Hamiltonie, kilku innych miejscach, ale jednym z najpiękniejszych ogrodów różanych w Ontario jest część ogrodu botanicznego przy Niagara Park School of Horticulture w odległości 9 km od wodospadów. Ogród jest pięknie utrzymany, wprost dopieszczany przez ogrodnika przy czynnej pomocy studentów. Byłem tam kilkanaście razy i za każdym razem syciłem oczy i organ węchu niezwykłymi doznaniami. Prawie każdego roku mieliśmy w domu gości z Polski, wyjazdy z nimi w te tereny, no i oczywiście do parku różanego, były i dla nich szczególnymi doznaniami. Ostatnio widziałem ten ogród prawie 10 lat temu, ale mam nadzieję, że jeszcze istnieje i raduje oczy turystów.

Widziałem ogrody różane w USA, ale tylko jeden z nich zachwycił żonę i mnie – widziamy po raz pierwszy 30 listopada 2011 roku w Kalifornii. O tym niesamowitym ogrodzie, który kilkakrotnie potem odwiedzaliśmy, napiszę w przyszłym tygodniu jako dokończenie tego artykułu. 

                                                              Władysław Pomarański

Część 2 artykułu o różach

Poleć:

O Autorze:

Władysław Pomarański

Jestem emerytem. Studiowałem na Katolickim Uniwersytecie w Lublinie i w Instytucie Orientalnym w Rzymie. Po przeniesieniu się do Stanów Zjednoczonych zapoczątkowałem nowe studia z dziedziny bibliotekarstwa na Long Island University, dokończyłem je na Dalhousie University w Halifaksie w Nowej Szkocji. Pracowałem jako profesjonalny bibliotekarz zbiorów w bibliotece głównej wspomnianego uniwersytetu w Halifaksie, a potem przez ponad 30 lat w D.B. Weldon Library w University of Western Ontario, w London. Tu odpowiedzialny byłem za selekcję materiałów bibliotecznych w językach francuskim, niemieckim, hiszpańskim, włoskim, polskim i rosyjskim oraz publikacji z dziedziny filozofii i historii nauk ścisłych i medycznych.

Comments are closed.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.