Tacie

4

Z cyklu: Z 8-go piętra

Dzień Ojca to jeden z powodów, dla których w sieci pojawiają się setki fotografii sprzed lat ojców z dziećmi, idylliczne i szczęśliwe. Jeśli to obraz dzieciństwa rzeczywisty, to wspaniale, jest się czym cieszyć i dzielić. Pojawiają się też i te ojców, przedwcześnie zmarłych, z tęsknotą za nimi. Nie wiem, czy sieć to przestrzeń, by o tym mówić, przyjmować pocieszenia od nieznanych „znajomych”, którzy jednym kliknięciem i ikonką załatwiają sprawę „bliskości” i długie rozmowy, właściwie co mnie obchodzi ktoś, kogo „znam” na portalu społecznościowym, nawet lubię i kiedyś poznałam, ale czy to mi pozwala mu współczuć prawdziwie, głęboko, czy klikam i przechodzę do zakupu butów, których reklama mi się obok smutnej historii pojawia.

Ja też wyrzucam intymne zdanie z siebie pod czyimś wyznaniem, może mi to pomaga, a może bardziej porusza poukładany ból dawnej straty ojca jeszcze za życia, bo okazał się nieuczciwym ideałem, a potem fizycznej, bo nie wytrzymał własnej historii i jego życie zostało przerwane. Nie wiem, czy tu powinnam nieznajomym Czytelnikom, których chyba też niespecjalnie moja historia obchodzi, tę historię opowiadać, ale się dzielę. Obok słodkich zdjęć ukochanej córeczki z jej roczku z ukochanym misiem, potem następnych „dumy tatusia”, zapominając o drugiej siostrze, dla której nie było już tyle zainteresowania, bo ja wyczerpałam limit pierwszej atrakcji mogłabym postawić szereg zdjęć wściekłości, rozczarowania, zawodu, do dziś niewybaczonych czynów.

Obraz skomplikowany, w pięknych barwach wspierania, dawania życiowych narzędzi, pewności, samodzielności jako kobiecie i taki, które jednocześnie je wszystkie wytrąca, bo nagle córeczka te właśnie narzędzia wykorzystuje przeciwko nieuczciwemu dorosłemu ojcu. Takiego obrazu nie da się jednym, dwoma zdjęciami opowiedzieć na dzień Ojca. To lepiej nie opowiadać.

Ojciec kochał obrazy, sztukę, pochodził z niezbyt zamożnej, ale wykształconej rodziny skoligaconej z prof. K. Wyką, to rodzina mojej ślicznej, delikatnej babci, do której ojciec, a potem ja mam być podobna, babcia spoczywa w Chyrowie od 1943 roku. Wciąż ma grób. I tata zamawiał dla mnie i dla mojej siostry obrazy, obrazki, jedne kupne, jak mój pierwszy na imieniny w 1968 r. z dedykacją „mojej najukochańszej córeczce Beatce, Tatuś” z Heidi z Alp z naręczem kwiatów, inne u utalentowanych malarzy naturszczyków na Śląsku. Też na imieniny, tylko kilka lat później. Moje ukochane konie, trzy białe rumaki, dość odlotowy obraz, bo rumaki gnały po czerwonym niebie i łąkach z czarnymi kreskami. Bardzo lubiłam te moje konie, w ogóle lubiłam konie, choć z troski o mnie tatuś zabronił mi na nich jeździć, co było moim marzeniem, podobnie jak kilka innych rzeczy, żeby mi się nic nie stało. Wolność wyboru, prawda? Ale obraz miałam, gnałam w marzeniach na nich, na tych grzywiastych konikach, dopiero jako dorosła sobie marzenia spełniłam. Faktycznie, do wypadku, ale się wylizałam. 

I przeprowadzki, wiele, z miasta do miasta, mieszkania do domu, z domu do mieszkania; z Polski do Austrii; nie wiem kiedy obraz straciłam z oczu, ale widać jakoś nie tęskniłam za nim, nie przywiązuję się nadmiernie do rzeczy. I nagle moja siostra Alicja widzi 22 czerwca 2019 „mój” obraz w Poznaniu na starociach!  Nie wiemy, czy mój, ale wygląda identycznie, także rama. Coś ją powstrzymało, nie sprawdziła dedykacji z tyłu, zawsze ojciec ją pisał oraz datę, to wspaniałe, tym pochyłym mało czytelnym pismem, ale my umiemy je odczytać. Zrobiła zdjęcia, cała w emocjach, czy to ten, ale ja byłam za granicą i nie mogłam ich obejrzeć w telefonie tego dnia, a następnego dnia już handlarza nie było. Pozostajemy więc z tą ciekawością. Tyle tylko, że powrót do obrazu od ojca okazał się emocjonalnie ciekawy: nie wiem, czy go chcę jeszcze mieć. Ale na pewno chciałabym wiedzieć, czy to ten, czy może istnieje inny, identyczny z moim imieninowym prezentem sprzed lat… Poznać jego drogę, bo straciłam go z oczu… no właśnie, nie wiem w którym momencie. Długo ciągnęłam go za sobą, ale kiedyś te bardzo piękne konie z czerwienią w tle wypuściłam w świat. 

W „klikaniach” na fb czy w innych miejscach przy fotkach z tatusiami nie dowiemy się wiele. Ale mogą w realu wywołać rozmowy, i te są ciekawe, jeśli się okazuje, że po latach bliskości dowiadujesz się, że śmierć kogoś dla ciebie ważnego była ulgą dla kogoś równie ważnego dla ciebie, ale nigdy byś o tym tak nie pomyślała. I nagle sobie uświadamiasz, że właściwie ty wtedy też miałaś podobną myśl. Pomimo rozpaczy. 

A propos tatusiów jeszcze. Zostałam zaproszona przez Tęczowe Opole, organizację osób LGBTQ, do prowadzenia spotkania z popularnym pisarzem Mikołajem Milcke, autorem literatury obyczajowej, inni nazywają ją „gejowska”. Ciepłe, pełne szczerości spotkanie grupy około dwudziestu osób w gościnnej knajpce Coffemoment, którą prowadzi obieżyświatka, dawna emigrantka, wspaniała Ola Czarnecka, dodam, że wierząca, praktykująca i krytykująca. Mikołaj przyznał, że piszą do niego często matki synów gejów, jego książki pomagają im zrozumieć synów. Ale tatusiowie nie piszą, nie rozmawiają o swoich synach gejach. Przynajmniej w Polsce. „Gościem specjalnym” był lekko podpity, ale grzeczny pan, stojący w drzwiach, który bardzo uważnie słuchał i bardzo uważnie pytał, np. jak to jest, że geje maszerują na Jasną Górę i o inne informacje z pierwszej ręki. I tu kunszt i kultura Mikołaja okazały się ratunkiem, nie zlekceważył pana. Tak ja i my, choć rozmowa mogła pójść w różne strony. 

This slideshow requires JavaScript.

Opole się zbroi siłami narodowców przeciw tęczowej opolskiej 2 Paradzie Równości, będą bronić ulic i kościołów przed sodomitami. Tęczowi ludzie, wspierani także przez światłych katolików, mówią, że „naszą bronią jest miłość”. Kiedy mój kolega gej, Tomek, wiele lat temu bawił się z moimi dziećmi i kopali w piłę w ogrodzie, śmiali się, nieżyjąca już teściowa bała się, że dzieci zarażą się „gejostwem”, choć była kobietą dość światłą. Trwa Opolski Festiwal Miłości, podczas którego najważniejszymi są wydarzenia edukacyjne, rozmowy o transpłciowości, żywa biblioteka (Human Library). Z szacunkiem dla wszystkich i z prośbą o to samo. Dumna jestem z mojej mamy, która bierze udział w dyskusjach,  słucha, poznaje, nie daje sobie nic wmówić, była najstarszą uczestniczką spotkania z pisarzem-gejem. Ma 72 lata i jest bardziej otwarta na ludzi, niż wielu młodych. Tata też był taki. Pewnie byłby…

Potem moja mama wraca do Tarnowa, miasta seminariów i kleryków na Podkarpaciu, edukuje swoje koleżanki, otwiera im oczy na nieznane światy ludzkie. Pod pachą zaś ma wspomnienia ks. Adama Bonieckiego, które podczytuje w każdej wolnej chwili. I nic, nikt nikomu nie robi w tym tyglu wielobarwności krzywdy. 

Beata Dżon Ozimek

Poleć:

O Autorze:

Beata Dżon Ozimek

Publicystka, tłumaczka, autorka scenariuszy (TVP - Etniczne Klimaty 2008-2010), dokumentacji filmowych, asystent reżysera, rzecznik prasowy projektów offowych (np. film „Jan z drzewa”, "Marzenie"),organizatorka, moderatorka spotkań z artystami i myślicielami, jurorka międzynarodowych festiwali filmów niezależnych m.in. w Polsce, Kosowie, Austrii, Niemczech, Turcji. Korespondentka z Wiednia/Austrii dla Przeglądu, Angory; autorka Focusa Historii, GW, innych. Tłumaczka m.in. „Dziewczynki w zielonym sweterku” dla PWN, 2011, historii-kanwy filmu A. Holland, nominowanego do Oscara (2012) „W ciemności”.

4 Comments

  1. Katarzyna K. on

    Pisze pani: “Nie wiem, czy tu powinnam nieznajomym Czytelnikom, których chyba też niespecjalnie moja historia obchodzi, tę historię opowiadać” I tu się Pani bardzo myli. Ten tekst właśnie dlatego, że jest taki osobisty, trafia do serca. Mówi Pani o czymś, co jest dla Pani bolesne i ja to doceniam. Nie znam szczegółów, ale każdy ma prawo ujawniać tyle ile chce o sobie. Poczułam z panią bliskość, bo moja relacja z ojcem też była trudna i bolesna. A jednak zadedykowała Pani ten felieton “Tacie”. Nie wiem czy ja bym potrafiła. Dziękuję Pani za ten tekst i pozdrawiam.

    • Bardzo Pani dziękuję. Tyle dojrzałego życia mija, a pewne rzeczy są stale obecne, bolą, są niezałatwione, ale i przypadek pokazuje, że pewne same stają się nieważne, symbole już nie są symbolami, coś się zasklepia. A poza tym pomaga mi Pani poczuć, że podobne rzeczy nas ludzi obchodzą, dotykają. Życzę Pani wszystkiego najlepszego! I tak, potrafię Tacie w myślach dołożyć, ale też go mimo wszystko bardzo lubię, więc niech to sobie poczyta:)))

    • Katarzyna K. on

      Może ma Pani rację. Może mnie też minie i zacznę go lubić. Może to kwestia czasu i przejścia na kolejny etap. Dziękuję

    • Pani Katarzyno, wszystko w swoim czasie, nie ma się co poganiać, mamy prawo do uczuć, jakie nosimy. i koniec, to my jestesmy ważne. A jeśli coś się zmieni, można się chyba ucieszyć, poza tym fajnie jest nie nosić urazów, posłać je od siebie najdalej i żyć dobrymi uczuciami, to nam jest wtedy lepiej, przynajmniej taka jest moja praktyka. A mówię to z egoistycznego punktu widzenia:)) czego i Pani życzę, dbać o siebie! Chyba tak jest, jeśłi ja jestem szczęśliwa, to innym też jest ze mną dobrze, to jak z maską tlenową w samolocie, najpierw ją sobie zakładam, potem daję dziecku etc… ale nie plotę już, serdecznosci, Pani Katarzyno!

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.