Dąb Wolności nr 3

4

Z cyklu: Z 8-go piętra

Zielona partyzantka, guerilla gardening, grupki „zielonych” wolontariuszy w miastach czy miejscowościach, zazieleniające tereny zieleni pozbawione i pozbawiane to coraz popularniejsze ruchy w Polsce. Nie znam ich skali w kraju, znam ich skalę w najmniejszym województwie w Polsce. Pamiętam, że po raz pierwszy usłyszałam o tym, a raczej zobaczyłam film w Słowenii w 2009 roku, dotyczący Guerilla Gardening w Bernie w Szwajcarii. Wynikało z niego, że nagle pojawiające się roślinki, kwiaty, skrzętnie sadzone i podlewane w zapomnianych, pustych, brzydkich kątach ale i w centralnych miejscach, cieszą ludzi. Najpierw dziwią, zastanawiają, niektórych mieszkańców pobudzają do podglądania, jak to się dzieje, że w nocy nic tu nie było, a już rano zielone im macha listkami albo pąkiem barwnego kwiatu. Potem podlewali sami, przyjmowali roślinki jak nowych domowników, wspierali, dbali. Partyzanci im podarowali rośliny, a oni je z wdzięcznością przyjmowali.

Zielona partyzantka ma to do siebie, że zna się na tym, co robi w „podziemiu”. To albo wykształceni, albo praktycy w uprawie roślin, biolodzy, ogrodnicy, pasjonaci; wiedzą co gdzie można umiejscowić i jakich warunków dana roślina wymaga. Bardzo często to oni właśnie ratują zielony wizerunek miast czy miejsc, bo służby urzędnicze miejskie, jak to się dzieje w Opolu, dowodzą swojej indolencji, niewiedzy lub słabej wiedzy czy braku zaangażowania w miejskie zielone problemy. Najszybciej załatwia się w Polsce pozwolenie na wycinki drzew, najdłużej – pozwolenie na ich sadzenie.

O ból głowy przyprawia casus pewnej Opolanki, która chciała za własne pieniądze (czyli tak jak zieloni partyzanci) wysiać rośliny, kwiaty, które tworzą łąkę, zachęcają pszczoły, owady do odwiedzania i czerpania z miejsca, by przyroda mogła swoje rytuały czynić, a ludziom pozwoliła czuć się częścią natury pośród kolorów, zapachów. Taka łączka w ramach osiedla, gdzie wyschnięta trwa kryje co najwyżej niezebrane psie kupy. Urząd miasta nie zgodził się. Tak, jak nie zgodził się na zielone, ekologiczne, przyjazne przystanki autobusowe, ale tu zdaje się zmienił już zdanie za o wiele bardziej postępowym np. Białymstokiem.

Pamiętam, rok temu nagle koło przystanków stawały minikwietniki, przenośne, pachnące, znowu opolska guerilla ogrodowa. Urzędnikom się także to nie podobało, nie przywołam powodów, ale najważniejszym jest zwykle brak pozwoleń. Roślinki dyni wiły się na brzegach Odry, u wejść do podziemnych betonowych przejść pod jezdnią; śliczne liście, potem byłyby owoce. Nie zdążyły się kwiaty w owoce przeistoczyć, bowiem wkroczyli nagle kosiarze, hałaśliwymi bezlitosnymi elektrycznymi golarkami wygolili, zresztą bardzo nierówno trawy i pnącza, które chciały opleść listkami szare metalowe bezcharakterne barierki przy chodnikach, pod blokiem jednym czy drugim. Nie wiem, czy by mocno się naprzykrzyły te dynie na nasypach, połaciach, po których się nie chodzi, nie jeździ, partyzanci chcieli je przycinać gdyby się rozszalały. Nie zdążyliśmy się przekonać: popodcinano im ich roślinne  ciałka. Szkoda. Efektu zieleni, dyni ozdobnych, pracy wielu osób, ich chęci, radości, na końcu – pieniędzy.

Opolski urząd miasta, który uważa się za wspierający inicjatywy 3-go sektora, czyli obywatelskich inicjatyw, zapewne wybrane wspiera, ani razu nie „uśmiechnął się”. Nie zaprosił do okrągłego, zielonego stolika tych może i radykalnych zielonych, ale pełnych pasji, chęci i wiedzy ekologów, by coś wspólnie ustalić, uzgodnić, poprosić o uważność tu i tam, a może, by po prostu podziękować, że to co robią, robią dla Miasta i Mieszkańców. Nie ma Ratusz dystansu do krytycznej czasem postawy „zielonych” z Opola, nie ma włączania ich do wspólnych działań, budowania wspólnej odpowiedzialności. Nie każdy inicjatywa „partyzantów” musi zachwycać, ale z każdej warto wyciągnąć wnioski i zaprzyjaźnić się, tak, jak to onegdaj miasto Berno zrobiło ze swoją zieloną guerillą.

Ani pani rzecznik UM Opole, czyli „usta” prezydenta i urzędników, ani też żaden z nich nie zejdzie ze swojego fotela za biurkiem, przy którym my, obywatele ich zatrudniamy, a często chętnie byśmy zapukali do kadrowej po lepszego fachowca. No ale kadrowa przyjmuje co cztery lata, po wyborach, bardzo szkoda. Nie zejdą, by zaproponować herbatkę (zieloną?) i pogadać, hej, co wyprawiacie, albo  jak możemy wam pomóc, albo tutaj to tego nie róbcie, czy to my będziemy podlewać, skoro już to czy tamto posadziliście.

Zielona Partyzantka w miniony weekend lipcowy, w nocy z piątku na sobotę zasadziła w samym centrum miasta, przy deptaku, koło Filharmonii dwumetrowe drzewko: Dąb Wolności. Podejście nr 3.

Przyjaciele Dębu Wolności nr 3 tuż po zasadzeniu. Archiwum prywatne

To nie jest taki byle jaki dąb, choć żaden nie jest byle jaki, bo to drzewo i każde jest ważne, ale jest następcą, nr 3 właśnie „Dębu Wolności” posadzonego pięć lat temu przez Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego na 25-lecie odzyskania wolności, wolnych wyborów… Miejskie służby zieleni nie potrafiły go na czas rewitalizacji centrum zabezpieczyć, dąbek prezydencki nie przeżył. Bo nie sądzę, że fakt, że to prezydent innej opcji go sadził, skazał go na śmierć podczas rządów innej opcji… Później opolski magistrat posadził Dąb nr 2, a la prezydencki. Stoi sierota pod filharmonią, w środku lata liście ma brązowe, biedny, suchy, musi znowu nie przeżył. Obok niego więc partyzanci posadzili nową dębinkę, nr 3, kolejny Dąb Wolności. Wokół niego biało-czerwone kwiatki. Sprawnie, czysto, zawodowo. Przy aplauzie piątkowych nocnych spacerowiczów. I codziennym podlewaniu obywatelskim.

Oczywiście, bez zezwolenia Ratusza. Dlatego płyną stamtąd kolejne brzydkie słowa o wandalizmie i pseudoekologii oraz potrzebie rozgłosu „partyzantów”. Żadna inna refleksja się nie pojawia. Za to mieszkańcy Opola popierają ten „wandalizm”, cieszyliby się ze sprowadzenia jeszcze większej ilości „zielonych partyzantów” z kraju i zagranicy, żeby jeszcze „podewastowali”. I dziwią się, że urzędnicy się dziwią działalności zielonego podziemia… Zwłaszcza, że Opole jest raczej znane z miejskiego betonu na placach, skwerach i z niszczenia zieleni. Nie będę pisać, że ten beton się rozlewa w niektórych głowach, nie, bo są dzielni radni, może i cisi urzędnicy, którym zieleń nie kojarzy się z wandalizmem, a dobrem wspólnym i koniecznym.

Mam nadzieję, że do Trzeciego Dębu sztuka. I że ten Dąb Wolności nr 3 przetrwa. A urzędnicy nie będą się dalej kompromitować przepychankami z „zielonym podziemiem”, tylko nawiążą zielony alians…

Beata Dżon Ozimek

Poleć:

O Autorze:

Beata Dżon Ozimek

Publicystka, tłumaczka, autorka scenariuszy (TVP - Etniczne Klimaty 2008-2010), dokumentacji filmowych, asystent reżysera, rzecznik prasowy projektów offowych (np. film „Jan z drzewa”, "Marzenie"),organizatorka, moderatorka spotkań z artystami i myślicielami, jurorka międzynarodowych festiwali filmów niezależnych m.in. w Polsce, Kosowie, Austrii, Niemczech, Turcji. Korespondentka z Wiednia/Austrii dla Przeglądu, Angory; autorka Focusa Historii, GW, innych. Tłumaczka m.in. „Dziewczynki w zielonym sweterku” dla PWN, 2011, historii-kanwy filmu A. Holland, nominowanego do Oscara (2012) „W ciemności”.

4 Comments

  1. Janusz Kąkol on

    Świetny tekst i pomysł akcji. Lubię Pani pióro (klawiaturę) – ostro, ale mądrze i z serca, nie tylko z mózgu (ale to też i to bardzo). W Pani felietonie fragment “zmienił już zdanie za o wiele bardziej postępowym np. Białymstokiem” – już dzisiaj nie est aktualny po ostatnim weekendzie, prawda?.

    • Dzień dobry Panu, raczej dobry wieczór tutaj,… Tu ciemna noc w sercach i ból mózgu po Białymstoku, ale nie odbierajmy miastu dokonan, postępowości i odwagi wielu jego ludzi. Nie karzmy wielu wspaniałych za ciemnote i używanie kiboli, wiernych a ciemnych katolików. Białystok staje się od soboty symbolem marszu radości na spotkanie z agresja, bejsbolem i krzyżem i politykierstwem. Ale to jest fragment układanki. Do wymiany na lepszy fragment. Pozdrawiam Panie Januszu!!! Dodam, że szanujmy policję w Polsce, ma coraz trudniejsze zadania, stara się.

  2. Beatko, trzymam kciuki za Dąbka nr. 3 jak i za wszelkie inne inicjatywy “zielonych partyzantów”. Tacy jak oni są nadzieją dla naszej Ziemi, bo gdybyśmy zasadzili drzewami ileś milionów hektarów, to moglibyśmy powstrzymać globalne ocieplenie. Naturalne trawniki, których nie trzeba kosić i podlewać, a cieszą barwą różnorodnych kwiatów i krążących wokół nich motyli stały się w Kanadzie ( gdzie mieszkam) obecnie modne, chociaż jako biolodzy razem z eks. moim mężem 30 lat temu sugerowaliśmy City of Verdun takie rozwiązania. Wtedy się one nie przyjęły. Szkoda, że trzeba było na nie czekać kilkadziesiąt lat, a w międzyczasie Matka Ziemia cierpi.
    Jak zwykle świetnie napisany felieton. Czytając Twoje różne felietony czy artykuły, podtrzymuję moja wiarę w kobiety o imieniu Beata, bo ostatnio została mocno nadszarpnięta z powodu kilku osobniczek, których z litości z nazwiska nie wymienię.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.