Dwie polskie „medycynierki”

0

Z cyklu: Romans z historą

Równi i równiejsi

Medycynierka to nieco pogardliwe słowo z przełomu XIX i XX wieku określające lekarza-kobietę. Były to czasy, w których kobiety i mężczyźni byli niby sobie równi, no ale ród męski w mentalności ogółu –  nawet wielu kobiet – był „równiejszy”. Nie wchodząc w trudny i skomplikowany temat emancypacji kobiet powiem tylko tyle, że ambitne kobiety, którym nie wystarczało bycie “strażniczkami ogniska domowego”, a tradycyjne zajęcia służącej, nauczycielki, guwernantki ich nie zadowalały, bo chciały mieć pozycje bardziej odpowiedzialne i satysfakcjonujące, musiały przechodzić prawdziwą drogą przez mękę, by to osiągnąć.

Przypomnę choćby losy naszej dwukrotnej laureatki nagrody Nobla Marii Skłodowskiej Curie. By zrealizować swoje marzenia musiała opuścić Polskę, bo tu nie miała żadnej szansy. Nawet w Paryżu, w owym czasie uważanym za jedno z najbardziej otwartych i tolerancyjnych miast Europy, była wyjątkiem, bo na na Sorbonie była jedynym studentem w spódnicy na wydziale fizyki, i tu patrzono na nią jak na dziwoląga. Po odkryciu radu, co tak bardzo pchnęło naukę do przodu i nawet w owym czasie już zdawano sobie sprawę z ważności tego odkrycia, mędrcy z Królewskiej Szwedzkiej Akademii Nauk postanowili uhonorować nie ją, lecz jej męża, choć faktycznie ona robiła mozolną “czarną robotę” w długim procesie separacji tego pierwiastka, za co zapłaciła wysoką cenę,  bo zmarła przedwcześnie na skutek napromieniowania. Pierre Curie odmówił przyjęcia nagrody tylko dla siebie. Po wielu dyskusjach i przepychankach w Akademii zdecydowano się ostatecznie nagrodzić też i jego żonę. Nie tylko odkrywczynie, ale kobiety, które miały ambicje pracować w zawodach do tej pory tylko męskich, przeszły drogę przez mękę, by osiągnąć ten cel.

Jeden z dawnych polskich szpitali

Początek kariery Anny Tomaszewicz-Dobrskiej

Pierwszą polską praktykującą lekarką była Anna Tomaszewicz-Dobrska. Pochodziła z polskiej rodziny, ale ojciec był pułkownikiem żandarmerii w rosyjskiej służbie i dlatego rodzina zamieszkała w Warszawie była na cenzurowanym wśród Polaków. Wszystkie wyższe uczelnie w trzech zaborach były zamknięte dla kobiet i by ukończyć studia trzeba było wyjechać za granicę. Ale i tu patrzono na studentki jako na twory dziwne, trochę nie z tej ziemi i wprost nie wyobrażano sobie kobiety jako lekarza.

W Europie najbardziej postępowymi uniwersytetami okazały się w owym czasie uczelnie w Szwajcarii. W roku 1867 po ukończenia pensji, czyli szkoły średniej przez Annę, pierwszym takim uniwersytetem dopuszczającym kobiety, nawet na medycynę, stał się uniwersytet w Zurychu. Wiadomość o tym zachwyciła młodą pensjonarkę: zabrała się z mety do przygotowania się do egzaminu dopuszczającego na studia, przedtem jednak trzeba było przekonać do tego pomysłu rodziców. Dla nich to był szok, ale gdy przymilanie, perswazja kochanej córeczki nie pomogały, uciekła się do głodówki i tym złamała ich opór. Pośpiesznie zorganizowano jej korepetycje z biologii, fizyki, chemii, języków: niemieckiego, francuskiego i łaciny. Tak przygotowana dostała się na studia medyczne w 1871 r.

Była zdolna i pracowita. Pod koniec studiów dostała asystenturę u jednego z profesorów, a inny proponował jej, by była jego współpracownicą w Japonii; wróciła jednak do Warszawy jako lekarz w 1877 r. Tu dopiero zaczęły się prawdziwe problemy. By praktykować medycynę trzeba było dyplom nostryfikować, ale nie istniała jeszcze procedura nostryfikacji dyplomów kobiecych, bo do tej pory nikt nie słyszał w zaborze rosyjskim o kobiecie-lekarzu. Uparcie próbowała ten stan zmienić, pukała do wielu drzwi, a ostateczną opinię negatywną w sprawie dopuszczenia jej do pracy w zawodzie wydał minister zdrowia. Szukała innych dróg by być użyteczną. Ofiarowała swoje usługi Towarzystwu Czerwonego Krzyża, które odrzuciło jej prośbę uzasadniając decyzję tym, że nie ma praktyki lekarskiej. Próbowała inną drogą stać się praktykującym lekarzem – zgłosiła się do Warszawskiego Towarzystwa Lekarskiego z prośbą o przyjęcie jej na członkinię tej instytucji. Przewodniczący opierając się na przeglądzie jej prac medycznych napisanych w Zurychu, polecił ją swoim kolegom jako wybitnego naukowca w dziedzinie medycyny; niestety w tajnym głosowaniu zabrakło jej jednego głosu dopuszczającego ją to tego wysokiego gremium.

Anna Tomaszewiczówna jeszcze przed małżeństwem

„Zbłąkana owieczka rodu niewieściego”

Jednym z głosujących “czarną gałką” był Gustaw Fritsche. Nie negując jej wiedzy twierdził w piśmie medycznym, że odrzucono jej kandydaturę jako potępienie nie jej, ale “niedorzecznego ruchu, tego niewłaściwego kierunku, w jakim niektóre zbłąkane owieczki rodu niewieściego postępować zaczęły”. Ttumaczył dalej, że osoby pokroju panny Anny Tomaszewiczówny podejmują te kroki nie z zamiłowania do nauki i ratowania rodzaju ludzkiego, lecz z racji ich awanturniczego usposobienia i chęci zabłyśnięcia czymś oryginalnym. Tego było już za wiele – wielu z jego kolegów, także tych z Towarzystwa, wzięło ją w obronę w prasie medycznej, dość jednak powściągliwie. Nikt nie musiał się liczyć z autorytetami w czasopismach dla ogółu czytelników, w nich wyśmiewano się z tępych medyków. Bolesław Prus z takim impetem potępił rozumowanie tych od „czarnych gałek” w swojej tygodniowej rubryce w Kurierze Warszawskim, że redakcja gazety expressis verbis odcięła się od tej wypowiedzi po wydrukowaniu jej.

Opieka lekarska nad haremem sułtana

Na terenach zaboru rosyjskiego nie było już żadnej szansy dla dr Anny by zostać praktykującym lekarzem. Trzeba było jechać do Sankt Petersburga, do cara, jako do ostatecznej instancji. To też nie wypaliło, bo nie wiem z jakich powodów car zabronił wszystkim swoim poddanym studiowania na uniwersytecie w Zurychu, a nikt, nawet car, nie ważył się zmieniać swoich ukazów, by tym nie poderwać swego autorytetu.

W życiu tak bywa, że niekiedy rzeczy niemożliwe stają się możliwymi. W tym wypadku zabrzmi to jak bajeczka z Tysiąca i jednej nocy, bo karierę lekarską Anny uratował harem sułtana, który wybrał się z wielomiesięczną wizytą do swego przyjaciela cara. Sułtan był jak na owe czasy człowiekiem z głową otwartą, internacjonalistą. Do swego haremu kupował najpiękniejsze dziewczęta z Europy Zachodniej, nie jakieś tam opatulone w burki swoje poddane. Oczywiście harem podróżował z nim gdziekolwiek się wybierał. Organizatorzy tej wizyty mieli problem ze znalezieniem kobiety-lekarza dla członkiń haremu, która ponadto posługiwałaby się trzema językami: angielskim, francuskim i niemieckim. Anna mówiła nimi płynnie. Trzeba było zrobić jakiś unik, by ominąć zakaz cara w ukazie, kto wie czy nawet nie z jego cichym przyzwoleniem. Zatrudniono pannę doktor przy haremie pod warunkiem, że weźmie jakieś kursy na Akademii Medyczno-Chirurgicznej w Sankt Petersburgu, udano, że nie zauważono jej studiów szwajcarskich. Akademia przyjęła ją jako swą studentkę. Początkowo kursów żadnych nie brała, bo miała po łokcie roboty przy kobietach sułtana. Dostała dyplom lekarski tej akademii, wróciła do Polski, otworzyła praktykę w Warszawie, ale prawie nikt się do niej nie zgłaszał, z wyjątkiem biedoty, której nie stać było na opłacenie wizyty. 

Co warty lekarz bez brody?

Jak można zaufać doktorowi, który nawet nie potrafi „wyhodować” sobie brody? Czekając na jakiś nowy cud podobny do tego, który ją spotkał w stolicy Rosji, wyszła za mąż za jednego z członków Warszawskiego Towarzystwa Lekarskiego, który przy głosowaniu sprzed kilku lat rzucił białą gałkę, za laryngologa Konrada Dobrskiego. Urodziła nawet syna, ale nie umiała się realizować w zaciszu domowym, rwała się do akcji, chciała pogłębiać swą wiedzę, chciała autentycznie pomagać ludziom. I znowu niespodziewane wydarzenie pomogło jej w realizacji jej marzeń. W półmilionowej Warszawie, w której rodziło się około 14 tysięcy dzieci rocznie, w jedynej klinice położniczej wybuchła endemia zakażenia połogowego, w owych czasach choroba śmiertelna.

Wewnątrz przytułku

Klinikę natychmiast zamknięto i w pośpiechu otwarto 5 przytułków położniczych, a stało się to możliwe dzięki bogatemu warszawiakowi, Stanisławowi Kronenbergowi, który na ten cel wyłożył 10 tys. rubli. Komisja rekrutująca personel do tych przytułków miała mentalność wspomnianego profesora Fritsche, więc i teraz nie było szansy, by zatrudniono lekarza kobietę, tym bardziej że była jedną z siedemnastu kandydatów na pięć miejsc.

Opiekunka przytułku

Jednak upłynęło trochę czasu od słynnego głosowania i wokół „doktora Judyma w spódnicy” znalazło się kilkoro poważnych i znanych osobistości jak Świętochowski, Prus, Konopnicka, Orzeszkowa, którzy potępili to odsuwanie tej kobiety od praktyki lekarskiej. Mąż poszukał wsparcia u swych przyjaciół medyków i udało mu się przekonać Kronenberga, by poparł jej kandydaturę na stanowisko szefowej jednego z przytułków. Zrobił to nie wprost, by się nie narażać prezydentowi miasta i kilku innym prominentom z komisji, powiedział, że daje swoją kwotę na te cele, lecz żona zażądała, a żonie się niczego nie odmawia, by dr Dobrska stała się opiekunką finansową i moralną jednego z przytułków i żeby sama dobrała sobie personel. I tak to „medycynierka” została szefem przytułku nr. 2 przy ulicy Prostej 2, z uposażeniem bardzo skromnym dwudziestu pięciu rubli miesięcznie.

Przytułek był prawdziwym przytułkiem sensu stricto. To cztery sale w starej kamienicy wypełnione łóżkami dla pacientek i kuchnia, w której przygotowano posiłki, służyła też za jadalnię, salę przyjęć, poczekalnię i wielofunkcyjny skład opału, leków, odzieży, brudów szpitalnych itp. Nie było bieżącej wody, nie było łazienki, oświetlano dom świecami. Pani doktor miała pełne ręce roboty nie tylko w świadczeniu usług lekarskich, ale musiała pełnić rolę administratora, buchaltera, stróża porządku, higienistki. 

Anna Tomaszewicz-Dobrska w swej przychodni

Osiem przykazań higieny

Trudno nam wprost wyobrazić sobie dzisiaj takie warunki szpitalne, przychodnia jednak spełniała nieźle swoje zadania, a szefowa przykładała ogromną wagę do higieny. Wypisała dużymi literami 8 przykazań, z których dwa pierwsze brzmiały: “1) Ślub czystości niech zawód Twój uświęci. 2) Nie miej innych wierzeń prócz w bakterie, innych dążeń prócz odkażania, innego ideału prócz jałowości”. Tekst pisany lekkim humorystycznym stylem przestrzegany musiał być na serio. Pamiętajmy, że to były czasy niedługo po odkryciu przez Pasteura tych właśnie mikrobów. Pielęgniarki, niektórzy lekarze i wielu innych z obsługi medycznej nie wierzyło, że takie niewidoczne gołym okiem “maluchy” mogą zabijać. Niektórzy nawet nie wierzyli, że coś takiego istnieje w naturze, bo jak może istnieć coś, czego się nie widzi.

Temu przytułkowi, przeniesonemu później do większego i lepiej wyposażonego pomieszczenia na ulicy Żelaznej 25, ta pionierka medycyny poświęciła 30 lat życia.

Jeden z dawnych przytułków

Własna klinika

Otworzyła też w tym czasie własną klinikę. Przychodziły do niej służące, żony dorożkarzy, panienki z ulicy i inna biedota Warszawy, często dlatego, że pani doktor nie brała od najbiedniejszych pieniędzy, niekiedy nawet dawała własne na wykupienie leków. Ta niezmordowana kobieta była także bardzo czynną społecznicą w Towarzystwie Kultury Polskiej, lekarką w schronisku dla starych nauczycielek, opiekunką medyczną w szwalni Warszawskiego Towarzystwa Dobroczynności, angażowała się w działalność Towarzystwa Kolonii Letnich dla dzieci z biednych rodzin.

Zmarła w kwietniu 1918 r., tuż przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości, w wieku 64 lat. Znajomi chcąc jej zrobić po śmierci przyjemność, zamiast kwiatów zebrali dobrowolne datki, które przeznaczyli na wsparcie innego towarzystwa dobroczynnego pod nazwą Kropla Mleka, kórego także była opiekunką. Ta wspaniała kobieta zaraziła swoim entuzjazmem, uporem, ofiarnościa wiele innych polskich kobiet.

Portret Anny Tomaszewicz-Dobrskiej

Teresa Ciszkiewiczowa

Wydeptaną drogą do kariery lekarza pierwszej medycynierki, poszło kilka czy może nawet kilkanaście innych kobiet. Ciągle nie nazywano ich oficjalnie lekarzami czy lekarkami, ale tą wspomnianą inną nazwą. Ale już dużo łatwiej im było nostryfikować dyplomy, niż ich poprzedniczce.

Trzy inne medycynierki

Wspomnę tu przykładowo tylko jedną, Teresę Ciszkiewiczową. Jeszcze jako dziecko donosiła posiłki, amunicję i korespondencję powstańcom styczniowym. Jako kobieta poszła krok w krok za swoją gwiazdą przewodnią. W szwajcarskim Bernie skończyła studia medyczne, nostryfikowała dyplom w Sankt Petersburgu (car chyba nie miał zastrzeżeń do tej uczelni), podjęła praktykę ginekologa, a ta praktyka służyła jej też jako rodzaj osłony dymnej dla działalności politycznej zmierzającej do odzyskania niepodległej Polski. Była bardzo aktywna nie tylko w organizacjach politycznych, ale i dobroczynnych. Miała to szczęście, nie tak jak dr Anna, że dożyła chwili, kiedy Polska stała się wolnym krajem.

Nagrobek Teresy Ciszkiewiczowej

                                             Władysław Pomarański

Poleć:

O Autorze:

Władysław Pomarański

Jestem emerytem. Studiowałem na Katolickim Uniwersytecie w Lublinie i w Instytucie Orientalnym w Rzymie. Po przeniesieniu się do Stanów Zjednoczonych zapoczątkowałem nowe studia z dziedziny bibliotekarstwa na Long Island University, dokończyłem je na Dalhousie University w Halifaksie w Nowej Szkocji. Pracowałem jako profesjonalny bibliotekarz zbiorów w bibliotece głównej wspomnianego uniwersytetu w Halifaksie, a potem przez ponad 30 lat w D.B. Weldon Library w University of Western Ontario, w London. Tu odpowiedzialny byłem za selekcję materiałów bibliotecznych w językach francuskim, niemieckim, hiszpańskim, włoskim, polskim i rosyjskim oraz publikacji z dziedziny filozofii i historii nauk ścisłych i medycznych.

Comments are closed.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.