Druga ordynacja Zamoyskich – cudo architektury i… muzeum PRL

0

Z cyklu: Romans z historią 

Na północ od Lublina pierwszą większą miejscowością jest Lubartów, znany Polakom bardziej z humorystycznej piosenki Andrzeja Rosiewicza o kolorowym żydowskim jarmarku tego miasta i słynnej maści na szczury, niż z pozostałości architektonicznej dwóch wielkich magnackich rodów Sanguszków i Lubomirskich. Dziewięć kilometrów na zachód od Lubartowa w szczerym polu, w pobliżu wioski Kamionka jest piękny niezniszczony przez wojny pałac właścicieli drugiej ordynacji Zamoyskich. To najpiękniejsza w Polsce oryginalna siedziba ziemiańska z przełomu XIX i XX w., do niedawna nieznana nikomu, dziś jeden z najciekawszych obiektów turystycznych Lubelszczyzny.

Pierwsza ordynacja

Pomysł ordynacji, czyli posiadłości o zagwarantowanej prawnie niepodzielności i  niezbywalności własności przejmowanej po rodzicu w pierwszej kolejności przez najstarszego syna, po jego śmierci przez najstarszego z pozostałych synów, a z braku synów najstarszego męskiego członka rodu, nie jest oryginalnie polski. Wymyślili go Hiszpanie, przejęli Włosi i stamtąd pod koniec XVI wieku przyszedł do Polski.

Pierwszą trzy ordynacje na naszych ziemiach ustanowili Radziwiłłowie, w trzy lata później najsłynniejszy z Zamoyskich kanclerz i hetman Jan Sariusz Zamoyski. Ordynacje te zostały usankcjonowane przez Sejm Rzeczpospolitej w 1589 roku. Hetman Zamoyski przejął od ojca tylko dwie wioski, synowi swemu Tomaszowi, na którego długo wyczekiwał, przekazał 23 miasta i 816 wsi, obszar równy powierzchni województwa podkarpackiego, czyli ok. 17,5 tysięcy kilometrów kwadratowych. Z tego wyciął ok. 4000 km kw. na ordynację ze stolicą w Zamościu, zbudowanym przez siebie w szczerym polu. Majątek Zamoyskich wzrósł później do wielkości województwa lubelskiego, czyli ok. 25 tys. km. kw.

Pałac i inne budowle w Kozłówce

Ta, jedna z najbogatszych rodzin w Polsce, wchodziła w koligacje rodzinne tylko z najbogatszymi rodami, a tych nie było zbyt wiele. Na przestrzeni kilku wieków wszyscy oni stanowili rodzaj jednej biologicznej rodziny, czego nie lubi genetyka, bo wtedy coraz trudniej o potomka, szczególnie płci męskiej. Już wnuk założyciela ordynacji, też Jan, znany pod ksywą Sobiepan, nie spłodził potomka – tego zniszczyła nie genetyka, lecz syfilis i pijaństwo – ordynację przejął jeden z ważniejszych urzędników dworskich Jana Sobieskiego Marcin Zamoyski, najbliżej skoligacony z  ostatnim ordynatem. Jedenasty ordynat zamojski Aleksander zmarł bezdzietnie – tu już odpowiedzialną za to była genetyka. Ordynacja przeszła na jedynego pozostałego przy życiu potomka linii ordynackiej Stanisława. On poślubił Zofię z Czartoryskich, elegancką i uznaną przez wielu za najpiękniejszą kobietę Europy swoich czasów. Ta zabrała się solidnie do „roboty”. Wierzyła w maksymę: “Już tak jest, że rodzimy się nie dla siebie, lecz dla Kraju”. Ratując rodzinę i w jakimś stopniu Kraj od klęski  – oczywiście pomagał w tej pracy organicznej 12. ordynat Stanisław – urodziła siedmiu synów i trzy córki – dzieci inteligentne i piękne jak mama, co zapoczątkowało siedem nowych linii rodowych i trzy kobiety wzbogacające inne trzy rody magnackie – i tak to tragedia została raz na zawsze zażegnana. Te porody nie zeszpeciły ordynatowej, dodały jej krasy i elegancji. Można to stwierdzić przyglądając się choćby jej pomnikowi na pośmiertnym nagrobku w białym marmurze dłuta artysty Lorenzo Bertoliniego w kościele Santa Croce we Florencji, czy jego wiernej kopii w kaplicy w Kozłówce, no i dziesiątkom portretów, z których kilka można obejrzeć w wielu miejscach w Polsce, także w tym pałacu.

Zofia Czartoryska z mężem i dzieciakami

Początki drugiej ordynacji

Ordynacja w Kozłówce to miniaturka w porównaniu do oryginalnej ordynacji zamojskiej. To obszar ok. 8 tys. hektarów, czyli ok. 80 km. kw. – posiadłość 50 razy mniejsza od pierwszej ordynacji hetmana Jana i ponad 300 razy mniejsza od wszystkich posiadłości Zamoyskich w czasie największego ich rozkwitu. To raczej posiadłość bogatego ziemianina, niż magnata. Kupił ją jedenasty bezdzietny ordynat, wspomniany Aleksander tak na wszelki wypadek, może mu anioł stróż podszepnął we śnie, że jego następca wzbogaci rodzinę, więc trzeba było kupować ziemię, by było czym później obdzielać, bo sama oryginalna ordynacja pod żadnym warunkiem nie podlegała podziałowi, a reszta posiadłości już oddawna była rodzielona wśród członków rodu. Pałac w Kozłówce przed kupnem przez Zamoyskich w 1799 roku już nie tylko istniał, ale był przebudowany, powiększony i ozdobiony przez bogatego magnata z czasów saskich Michała Bielickiego. Od roku 1742 prace renowacyjne prowadzone były pod okiem architekta Józefa Fontany. 

Sciana portretowa w salonie białym

Mały Wersal

Do drugiej połowy XIX w. pałac przeważnie nie był zamieszkiwany. Dopiero w roku 1870 odziedziczyli go wnuk wspomnianej Zofii, Konstanty Zamoyski, który z żoną Anielą z Potockich tu zamieszkali na stałe.

Konstanty spędził dzieciństwo i młodość we Francji. Oczarowany był Francją, szczególnie Wersalem. Lubił nowe style, które wtedy rodziły się jak grzyby po deszczu w małych odstępach czasu, od neogotyku po neobarok, neorokoko czy neoklasycyzm. W różnych dziesięcioleciach tego wieku nawet wspomniane style miały swoje odmiany; w czasach pobytu Konstantego we Francji w okresie panowanie Napoleona III był to styl drugiego cesarstwa, bardziej znany pod nazwą empire. Po objęciu Kozłówki entuzjasta Francji postanowił jeszcze raz przebudować pałac i do osiemnastowiekowej rezydencji barokowo-rokokowej wprowadzić coś nowego.

Powstał ogromny melanż, ale inteligentny, tak że nie ma tu jakiegoś zgrzytu estetycznego. Jest dla oka miły i ciekawy. Oczywiście prace oddane były Włochowi, nie wiemy jednak na pewno któremu, najprawdopodobniej jednemu z braci: Ladislao lub Leandro Marconiemu. Prace prowadzono w latach 1898 do 1911. W międzyczasie Konstanty wystarał się u cara Mikołaja II o ukaz ustanawiający w 1903 roku ordynację. Spełniły się jego sny, poczuł się wielkim panem, to pchnęło go do intensywnych starań, by jeszcze bardziej przyozdobić swą rezydencję. Powstało prawdziwe cacko, dzisiaj prawie cały wystrój wnętrza jest oryginalny. Tylko drobną część obrazów, w tym kilka prac Matejki, trochę starodruków, najdroższych mebli i kilka zastaw kuchennych wywiozła w panice trzecia ordynatowa Jadwiga z Brzozowskich Zamoyska do swego pałacu w Warszawie, chcąc je ocalić przed rabunkiem ze strony cofających się Niemców i  napierających Rosjan pod koniec II Wojny Światowej. To wszystko spłonęło w czasie Powstania Warszawskiego. 

Bogactwo wystroju jednej z sal pałacu

W Kozłówce byłem  w 2005 r. Wchodząc przez bramę z dużym herbem Zamoyskich na szczycie, miałem wrażenie, że znalazłem się w zminiaturyzowanym Wersalu. (Będąc w Paryżu studentem języka francuskiego, byłem kilkakrotnie w tym położonym w pobliżu stolicy zabytku). Elegancka, szeroka aleja z klombami w kwieciu wiodąca do głównego wejścia, a z tyłu piękny park w stylu francuskim, idealna kopia fontanny wersalskiej i ogrody, szczególnie ten różany, pogłębiły to wrażenie. Potężne lipy i klony, a przede wszystkim najwspanialsze w Polsce wiązy dodają parkowi majestatu. W ogrodzie różanym jest 64 odmian róż ze wszystkich botanicznych grup różanych od miniaturowych po pnące i wielokwiatowe. Wyróżniają się swą krasą róże angielskie. Tu po raz pierwszy zobaczyłem typowo polskie odmiany jak Chopin (biała), Polka (łososiowa), Alinka (żółto-pomarańczowa), czy Monika (pomarańczowa). Poczułem się lekko upokorzony tym bogactwem, bo mieliśmy 60 krzewów różanych w tym czasie, ale te w Kozłówce wydały nam się piękniejsze niż własne.

Gdy wszedłem do kaplicy pałacowej, a faktycznie kościoła, bo to oddzielny budynek, zobaczyłem tu już prawdziwy Wersal  – prawie wszystko: ołtarz, chórek, pilastry, nawet witraż to wierne kopie z kaplicy Ludwika XIV. Przejście z pałacu do kaplicy to kącik poświęcony pamięci prymasa tysiąclecia Stefana Wyszyńskiego. Trzeba było wielkiej odwagi i bohaterstwa ordynatowej Jadwigi by go ukryć w swej rezydencji przed poszukującym go gestapo, tym bardziej że w części pałacu był w czasie wojny niemiecki klub oficerski, a pod koniec wojny ich szpital. Był wtedy tylko młodym księdzem. Jadwiga przyjęła także dzieci niewidome z Lasek pod Warszawą z ich opiekunkami siostrami franciszkankami. Późniejszy prymas miał w pałacu oficjalną i realną funkcję kapelana tych dzieci i sióstr. Trzeba pamiętać, że w tym samym czasie mąż Jadwigi, trzeci ordynat Aleksander, był przesłuchiwany i torturowany przez Niemców, później odstawiony do Auschwitz i Dachau. Przeżył. Zwolniono go z obozu na skutek interwencji marszałka fińskiego Gustawa Mannerheima, przyjaciela Aleksandra z czasów młodości. Z obozu od razu trafił do II Korpusu generała Andersa. Został odznaczony był  za odwagę krzyżem virtuti militari i trzema krzyżami zasługi. Wcześniej wsławił się jako ułan w wojnie bolszewicko-polskiej w 1920 roku. Aleksander był wspaniałym, bohaterskim człowiekiem – tacy nie często chodzą po ziemi.  

Piec kaflowy w pałacu

Sam pałac przebudowany przez pierwszego ordynata nabrał lekkości i większego podobieństwa do Wersalu. Dobudowano dwie wieże po obu stronach pałacu, od frontu wzniesiono portyk i taras ze schodami, podobne portyki pobudowano po bokach, tylny powiększono. Zbudowano nowe budynki, wśród nich treatr zwany teatralnią, oficynę i  dwa pawilony – północny i południowy, czyli garaże na dawne pojazdy. W pawilonie południowym jest ich stała wystawa, w północnym, dziwnym zrządzeniem losu, znalazła się galeria sztuki socrealizmu. Kozłówka była pierwszym aktywnym polskim muzeum po wojnie, otwartym w roku 1944. Szybko jednak zmieniono ją na składnicę muzealną, budynki zaczęły ulegać niszczeniu, w ogrodach polskiego wersalu pasły się krowy. Dopiero w 1977 r. reaktywowano prawdziwe muzeum Zamoyskich.

Muzeum w muzeum 

Socjalistyczne relikty zepchnięto do wspomnianego pawilonu, uporządkowano je nieco i tak to nietypowe miejsce stało się największym muzeum czasów „demokracji ludowej”.

Warto obejrzeć to „muzeum w muzeum”.  Wita człowieka ze starych “kukuruźników” hymn socjalizmu Międzynarodówka, słyszymy, że “krew naszą długo leją katy”, lub że “a sztandar jego  jest czerwony, bo na nim robotnicza krew” i tym podobne “arcydzieła” hymnalne tej epoki. Jeszcze rozkoszniejsze są wyjątki przemówień nadawanych przez głośniki naszych dawnych wodzów. Gomułka narzeka “że konie nasze zjadają nas”, co nie prowadzi do logicznej konkluzji, że my mamy zjadać konie, lecz do bardziej prozaicznej, że trzeba je zastąpić Ursusami. Słyszymy dramatyczny okrzyk Gierka: “Pomożecie?!” i odzew tłumów spędzonych na wiec: “Pomożemy!” Inne przemówienia trzymają się najczęściej jednego schematu: imperialiści zachodni, a w Polsce ich pomiot czyli „zaplute karły reakcji i sprzedawczyki” tylko czekają, by nas zniewolić. Ale niedoczekanie ich, bo „gniew ludowych mas”, czujność Partii wsparta przez „Wielkiego Brata” uruchomi „walec historii”, który zmiażdzy tych wszystkich, w tym wielkiego wroga komunizmu – stonkę ziemniaczaną, a marsz do „świetlanej przyszłości” nie zostanie nie tylko zahamowany, ale nawet nie spowolniony.

Trzeba być człowiekiem bardzo opanowanym, by słuchając tych perełek krasomówczych nie dostać histerycznego śmiechu. W czasie mojej wizyty przechodziły przez salę grupy młodzieży szkolnej, wśród nich oglądających i słyszących dawne dziwadła – co chwila słychać było salwy śmiechu. Ponad 600 obiektów wystawowych przypomina nam dawne szaro-bure czasy z ich 300 procentami normy, czynem społecznym, ostrzeżeniami, że wróg zawsze i wszędzie czuwa itp. Uhonorowani są najbardziej zaprzedani systemowi pisarze polscy, wśród nich kilku bardzo znanych – nie jestem mściwqwy, nie będę wymieniał ich nazwisk. Z afiszów, portretów, popiersi i pomników uśmiechają sią do nas Stalin, Bierut, Marchlewski i inni ojcowie narodów.

Wnętrze muzem socrealizmu z B. Bierutem na pierwszym planie

Pamiętam te czasy – nigdy nie widziałem ich w telewizji uśmiechniętych: tu w marmurze, mosiądzu, czy na płótnie są tacy mili, serdeczni, ojcowscy. Złożyłem oficjalną wizytę pomnikowi Lenina z Poronina – nie zmieścił się w galerii, stoi na zewnątrz. To Lenin powiększony i „podpasiony” (260 cm i 930 kg), twór niejakiego D.P. Szwarca, dar robotników Leningradu dla ludu polskiego. Zainstalowano go przy muzeum Lenina w tym miasteczku w 1950 roku jako wieczną pamiątkę jego łaskawego pobytu w Krakowie i na Podhalu w latach 1912-14. Z wdzięczności poklepałem go po kolanie, bo wyżej nie udało mi się sięgnąć, bo stoi, jako wypada, na cokole. Moja wdzięczność odnosi się do faktu, że po raz pierwszy w Polsce zniewolonej kilku studentów przełamało wszechobecny strach w społeczeństwie i postanowiło ten pomnik wysadzić. Nie dokonali tego, bo w przeddzień akcji jeden z nich, wtyczka UB, oddał ich w „ręce sprawiedliwości”. Wieść o tym odważnym zamyśle gruchnęła po Polsce i odtąd żaden pomnik komunistyczny w Polsce nie był bezpieczny, bo pod kilka z nich,  jak z pomnika Lenina w Nowej Hucie utrącano kilkakrotnie kawałki łatwe do otrącenia młotkiem lub kilofem. Ten dewastacyjny protest powtarzano na innych monumetach socjalizmu, ale prasa komunistyczna milczała o tym. Dowiadywaliśmy się o tym przekazem z ust do ust. Jednym z tych odważnych wmieszanych w aferę w Poroninie był były minister sprawiedliwości Andrzej Czuma. Zamysł kosztował go tylko trzy i pół roku odsiadki w więzieniu – tak krótki, bo potraktowano czyn jego i jego kumpli nie jako próbę obalenia jedynie sprawiedliwego systemu społecznego prowadzącego ludzi prosto do sowieckiego nieba, ale jako niesmaczny wygłup studentów. Pomnik ten jest najczęściej wypożyczanym eksponatem tego muzeum na wystawy o czasach siemierżnego socjalizmu, na przykład do Holandii.

Pomnik Lenina w w muzeum w Kozłówce

Wnętrze pałacu

Wejdźmy do pałacu. W dużym przedsionku  oczy wszystkich zwracają się w kierunku wspaniałej neorokokowej klatki schodowej. Nie ma takiej nigdzie w Polsce. Już tu zaczyna się galeria obrazów rodziny Zamoyskich i rodzin z nią skoligaconych. Jest portret największego z wielkich o tym nazwisku, uczonego, dziekana wydziału prawa na uniwersytecie włoskim, żołnierza, architekta, marzyciela, no i hetmana wielkiego i kanclerza koronnego trzech królów elekcyjnych Polski Jana Zamoyskiego. Jest kilka portretów “matki rodu” Zofii Zamoyskiej i jej figurka jako nagiego cherubinka przy jednym z zegarów. Jeśli była tak rozkoszna w rzeczywistości jak na figurce, to chyba wzbudza do dziś zazdrość wśród chórów anielskich. Są dwa originalne portrety hetmana Jana Chodkiewicza, na pierwszym żegna się z dopiero co poślubioną żoną przez wyprawą chocimską, na drugim już jako człowiek umierający w obozie pod Chocimem. Nawet kilka osób z rodziny poprzedniego właściciela i kilku Zamoyskich  z czasów ostatnich Jagiellonów jest na portretach. Jest portret pierwszego ordynata Kozłówki z żoną, pędzla Leopolda Horowitza, jest troche obrazów historycznych i pejzaży. To wszystko originały. Ordynatowie w Kozłówce nie byli zbyt zamożni. Tęsknotę za arcydziełami sztuki europejskiej zaspokajały kopie, bardzo wierne (co mogę potwierdzić, bo w czasie swoich młodzieńczych tułaczek po Europie widziałem chyba wszystkie oryginały). To Wenus medycejska, Gal umierający, kopia posągu Mojżesza Michała Anioła i kilka innych dzieł tej klasy.

Fragment pięknych nietypowych schodów

Wnętrze pałacu jest przeważnie neorokokowe, piękne neoregencyjne drewniane plafony (sufity), dębowa podłoga w różnorodne bogate wzory, marmurowe kominki, wspaniałe miśnieńskie piece i inne wyroby z tej samej manufaktury jak chińskie figurki poruszające dłońmi, duże chińskie wazony. Wystrój pokoi jest przeważnie w stylu empire: obrazy i lustra w bogatych złoconych ramach, okna przykryte kotarami z jedwabnego adamaszku i haftowanego aksamitu. Meble w stylach od neobaroku do  empire’u. Kto ma czas i dobrze przypatrzy się wystrojowi pokojów odkryje tu prawdziwe cacka, np. złoconą wazę Martina Biennaisa, nadwornego złotnika Napoleona Bonaparte, czy figurkę dzika z agatu słynnego Carla Fabergé, artysty i dostawcy dzieł sztuki na dwór carów. Jednym słowem jest na co popatrzeć. Najciekawsze pokoje w pałacu to salon czerwony, salon biały, jadalnia z dużym stołem na 20 osób i szafami zapełnionymi kilkoma srebrnymi lub porcelanowymi zastawami stołowymi, sypialnie ordynata i ordynatowej, a także biblioteka z 7300 woluminami, w tym 620 starodrukami, oraz zdeponowanymi tu 5000 listów i dokumentów.

Mimo że pałac w obecnym wystroju liczy sobie ponad sto lat jest od początku skanalizowany, ma ciepłą wodę i choć jest stosunkowo niewielki ma 6 łazienek. To prawdziwe zacisze – w czasach pokoju życie płynęło tu sielko-anielsko. Na jego pięknie i wartości zabytkowej poznała się międzynarodowa organizacja Europa Nostra zajmująca się ochroną i rewaloryzacją architektonicznego i naturalnego dziedzictwa Europy. Jej prezydent Henryk książę Danii przyznał Kozłówce jeden z sześciu medali na 150 instytucji starających się o ten zaszczyt.

Jedna z sal muzealnych pałacu

Czarna Dama

Prawie każdy zamek w Polsce ma w sobie jakieś ponure tajemnice. Kogoś żywcem zamurowywano, kogoś, przeważnie piękną dziewicę, zrzucano z wieży itp. Chodzą po nocach i straszą bardziej strachliwych. Do Kozłówki też można przyczepić podobną historię. Czarna Dama Anna, żona ordynata zamojskiego Aleksandra, po jego śmierci poślubiła księcia Lubomirskiego, właściciela Lubartowa. Do niej należała wtedy Kozłówka. Zmarła w Wiedniu w latach 40. XIX wieku. Zwłoki przewioziono do kościoła parafialnego we wspomnianej Kamionce i pochowano w krypcie kościelnej. W czasie renowacji krypty otwarto trumnę i, o zgrozo!, przekonano się, że pochowano ją przez pomyłkę żywcem, w śpiączce. Układ ciała w trumnie wskazywał, że przebudziła się i próbowała wydostać się z niej, oczywiście bezskutecznie. Nie straszy nikogo, bo faktycznie ta tragedia to niczyja świadoma wina, to makabryczny przypadek – przebaczyła tym, którzy to spowodowali.

Kaplica przypałacowa

Utrata Kozłówki przez Zamoyskich

Kilka lat temu dowiedziałem się z Wiadomości w TV Polonia, że potomkowie ordynatów w Kozłówce po długich negocjacjach doszli do porozumienia ze skarbem państwa, oddali posiadłość i dostali odszkodowanie 17 milionów złotych. Dotarłem do kopii originalnego dokumentu podpisanego przez wojewodę lubelskiego i reprezentanta rodziny. Na jego mocy wszystkie nieruchomości i ruchomości ordynacji przechodzą na własność państwa. Państwo zapewnia rodzinie wydzielone mieszkanie na terenie pałacu na okres dwóch miesięcy w roku i dostarczenie kopii wszystkich listów i dokumentów rodzinnych znajdujących się w Kozłówce. Moim  zdaniem to grabież w biały dzień, bo wystarczyłoby sprzedać na licytacji tylko część wyposażenia pałacu, by tę sumę osiągnąć – a budowle, a dziesiątki kilometrów kwadratowych ziemi uprawnej, a Kozłowiecki Park Krajobrazowy?! Rodzina zgodziła się jednak dobrowolnie, choć nie bez presji, na ten układ, a mnie faktycznie nie pozostaje nic innego niż zamilknąć.

                                                         Władysław Pomarański

Poleć:

O Autorze:

Władysław Pomarański

Jestem emerytem. Studiowałem na Katolickim Uniwersytecie w Lublinie i w Instytucie Orientalnym w Rzymie. Po przeniesieniu się do Stanów Zjednoczonych zapoczątkowałem nowe studia z dziedziny bibliotekarstwa na Long Island University, dokończyłem je na Dalhousie University w Halifaksie w Nowej Szkocji. Pracowałem jako profesjonalny bibliotekarz zbiorów w bibliotece głównej wspomnianego uniwersytetu w Halifaksie, a potem przez ponad 30 lat w D.B. Weldon Library w University of Western Ontario, w London. Tu odpowiedzialny byłem za selekcję materiałów bibliotecznych w językach francuskim, niemieckim, hiszpańskim, włoskim, polskim i rosyjskim oraz publikacji z dziedziny filozofii i historii nauk ścisłych i medycznych.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.