Są wolni, odważni i szczerzy

0

Z cyklu: Z 8-go piętra

Jutro wyjeżdżam na Mazury pożeglować, jak co roku. Zostawiam czeskie miłe spokojne knajpki bez polityki, z jadłem, które tak jak austriackie, wcale mnie nie urzeka, chyba że nieśmiertelne palaczinki i smażony ser, ale cóż to znaczy wobec atmosfery. Uśmiechnięta moja równolatka bez kompleksów i bez „jedynki”, właścicielka tłumaczy się, że nie może się zbytnio uśmiechać właśnie, bo jej tego zęba na froncie dentysta wyszarpał; i co z tego, jest sympatyczna i zmęczona z niejako naszego powodu. „Wczoraj mieliśmy tu ze dwustu Polaków”, mówi. Pracują siedem dni w tygodniu, kilka kilometrów od granicy, a co poradzić, że Polacy, jak Czesi lubią dobre czeskie piwo w szklance, kuflu i kofolę w kuflu kofolowym. To taka czeska cola o lekko pomarańczowym smaczku, z goryczką. 

Na półkach w knajpce futbolowe złote puchary, chyba za ostatnie 20 lat. Nasze dwa języki nie są tak podobne, jak myślimy, nie przytoczę kilku słów, których w ogóle lepiej nie używać, ale dogadujemy się. Najpierw zrozumiałam, że te puchary należą do siostry właścicielki, więc pytam, ile ma lat. „51”. Coo, i wciąż tak świetnie gra? Już myślałam, że sobie z piłkarką wiejską czeską zrobię jakąś fajną rozmowę, a tu moja szefowa lokalu zaśmiewa się, znowu nie mogąc ukryć braczku jedynki. „To manżel”. Czyli mąż siostry. Teraz już obie się zaśmiałyśmy, że się dogadałyśmy. Chciałam poczytać jakąś gazetę, Zeitung, aaa czasopis? No nie ma u nich gazet, ale są lokalne wydawnictwa z nowinkami. Że otwarto jakąś kaplicę; tam się otwiera, podczas kiedy u nas by się zamykało; koncerty rockowe, jakieś inne, lokalny dzień z sarniną. I na te wszystkie wydarzenia płaci się za wstęp, a jak obserwuję w Polsce, na większość wydarzeń kulturalnych czy targowych nie ma opłat wstępu w mniejszych miejscowościach, bo trzeci tydzień widzę to życie z bliska; zaciekawiło mnie to. Wioski wzdłuż granicy po czeskiej stronie biedniejsze, nie kłują nowymi dachami, elewacjami po oczach, częściej są odnowione okiennice, drzwi, schludne domostwa, dużo kwiatów, ale nie widać aż takich inwestycji w nieruchomości, jak po polskiej stronie. Cieszy mnie, że widzę w małej wiosce koncert kapel rockowych, nie wiem jakiej jakości, ale czeskie o ile pamiętam były niezłe, a nie czeskie disco polo, co bardzo się rozplenia po polskiej stronie. Znowu się cieszę, że jest dokąd uciekać. Na luzie, w krótkich spodenkach, mogą być różowe jak piżamka i takaż bluzeczka, moja ulubiona właścicielka knajpki tak się tego dnia nosiła. 

I jeszcze urocze dwie starsze, ponad 70-letnie szacunkowo Czeszki, jedna o laseczce. Przyszły sobie na piwko. I śmieją się. A do nas, Polaków uśmiechają na nasze do widzenia! i na shledanou!

A po polskiej stronie… właściwie polskiej mniejszości w jednej z większych europejskich stolic… Pewien młody człowiek, student akademii muzycznej, utalentowany śpiewak, dorabia sobie w, jak mu się wydaje, najuczciwszym, bezpiecznym, jak u Pana Boga za piecem zakątku, bo w Polskiej Misji Katolickiej w polskim szacownym kościele. Jest kościelnym, śpiewa, czyta na mszach, zbiera ofiarę na iluś mszach co niedziela. 

Musi mieć jakąś dorywczą pracę, żeby się utrzymać, młody człowiek wierzy i w Boga, i w ludzi. 

Nie jest bezkrytyczny, pracuje tam cztery lata, coraz mniej podziela wartości, które księża głoszą, bowiem daleko temu do miłości, a blisko do czego innego. Traktuje pracę w kościele jako uczciwie wykonywaną pracę, uczy się; ma wgląd w różne światy, polskiego katolicyzmu i w świat wielonarodowego miasta, uczelni, także ze swoimi problemami. Podczas posługi zawsze czytał czasopismo Angora, za co był krytykowany i piętnowany. Chętnie poczytałby prasę katolicką, odpowiadał, gdyby było o czym w niej poczytać, ale uznaje ją za agresywną wobec innych kultur i narodów. Wybierał więc inną, bardziej tolerancyjną. Ale nie to było najważniejsze, bowiem młody człowiek naoglądał się oszustw, nasłuchał kłamstw, nie był opłacany zgodnie z umową, widział też, jak wykorzystywała ta Polska Misja Katolicka polskich wiernych, jak ich traktowała, jak nie szanowała, jak karciła. Zdecydował, że nie chce już w tym brać udziału, na odchodnym usłyszał „Teraz poznaliśmy się na tobie, ta gazeta, którą tu zawsze czytałeś zrobiła ci wodę z mózgu i przyszedłeś tu po to, żeby nas rozwalić od środka, szkoda, że nie zorientowaliśmy się wcześniej – w naszej instytucji nie ma już dla ciebie miejsca”. Student usłyszał to i zaśmiał się. Podziękował za to, co usłyszał, jest mu lżej odchodzić, ale czuje się porażony tym, z kim pracował i na jakim poziomie się to odbywało. 

Mam list ze szczegółami tej smutnej historii, przerażającej właściwie, jak wykorzystuje się wiarę, szczerość, uczciwość swoich wiernych, którzy są z daleka od domu, rodziny, tęsknią za polską tradycją, której kościół ma się za główny nośnik. Tu ksiądz nie dokonuje czynów pedofilskich czy nadużyć seksualnych, ale czy te nadużycia zaufania, ufności w oddaniu się w ręce pośrednika między wiernym a Bogiem, jak student wierzył, nie są także ogromnym przestępstwem, wielkim grzechem, jeśli trzymamy się kościelnego języka?

I młody człowiek, wierzę, że poznamy go niedługo lepiej jako artystę, nie traci swojej wiary w Najwyższego, ale wiarę w instytucję i personel naziemny stracił na pewno.  

I ten młody, bezbronny człowiek odważył się zwolnić z pracy i przeciwstawić podłym praktykom w Polskiej Misji Katolickiej, sam przeciwko instytucji i wielu „podręcznym”, bezkrytycznym rodakom. I jak pięknie napisał w liście do swojego byłego już zwierzchnika: „Czasy się zmieniają i dla mojego pokolenia zasady gry muszą być fair. My nie pamiętamy pańszczyzny ani cenzury, nie pamiętamy komunizmu ani zastraszania. Jesteśmy wolni, odważni i szczerzy (…)”. 

Uczmy się od młodych.

Beata Dżon Ozimek

Ps. Żegnam się na dwa tygodnie. 

Poleć:

O Autorze:

Beata Dżon Ozimek

Publicystka, tłumaczka, autorka scenariuszy (TVP - Etniczne Klimaty 2008-2010), dokumentacji filmowych, asystent reżysera, rzecznik prasowy projektów offowych (np. film „Jan z drzewa”, "Marzenie"),organizatorka, moderatorka spotkań z artystami i myślicielami, jurorka międzynarodowych festiwali filmów niezależnych m.in. w Polsce, Kosowie, Austrii, Niemczech, Turcji. Korespondentka z Wiednia/Austrii dla Przeglądu, Angory; autorka Focusa Historii, GW, innych. Tłumaczka m.in. „Dziewczynki w zielonym sweterku” dla PWN, 2011, historii-kanwy filmu A. Holland, nominowanego do Oscara (2012) „W ciemności”.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.