Włamanie

0

Z cyklu: GadaNina

To kolejny felieton Niny Geysztor-Zawirskiej, która zmarła 17 lipca br. Wiele z tych felietonów-perełek publikowaliśmy w “Gazecie” w cyklu “GadaNina”. Teraz przypomnimy je aby pamięć o Ninie i jej kunszcie pisarskim trwała. To teksty sprzed wielu lat, ale nie chcemy ich uaktualniać – pozostaną take, jaki były kiedy je napisała. R.I.P.

 Każde włamanie jest zawsze potwornym przeżyciem. Koszmarnym wstrząsem. Czujemy się obnażeni i obici. Ktoś nieproszony, wielkimi butami wkroczył w nasze życie. Penetrował nasze szafy, rozrzucał bieliznę osobistą, zgłębiał zawartość naszych szuflad, czytał naszą korespondencję, sprawdzał stan konta bankowego w książeczce czekowej. Włamanie jest też niewątpliwym szokiem finansowym, gdyż złodziej nigdy nie opuszcza naszego domu z pustymi rękami. Doznany szok potęguje też oczywiście widok splądrowanego mieszkania; scena, która na zawsze pozostanie nam w pamięci.

          Pan Rafał D. z Brampton pisze: Przeżyliśmy potworny szok. Włamanie do naszego nowego, ślicznego domu. Włamali się podczas naszej, zaledwie dwugodzinnej, nieobecności. Nie było nas tylko na tyle, ile zajmują normalne, sobotnie zakupy. I to pomimo tego, że zastosowaliśmy się uprzednio do wszystkich zaleceń naszego agenta ubezpieczeniowego. Za jego sprawą uzbroiliśmy wszystkie zewnętrzne drzwi w dwa wielo-sworzniowe zamki. Okna na dole zabezpieczyliśmy estetyczną, ozdobną, ale bardzo solidną kratą. Drzwi na taras, oprócz zamków, asekurowaliśmy jeszcze u góry metalowym sztyftem na wylot i żelazną sztabą przy podłodze.

          Od frontu mamy ciężkie dębowe drzwi. Którymi oni jednakże zdołali z łatwością wejść. Po prostu wyjmując je wraz z zawiasami. (Sąsiedzi później zeznawali, że dwaj mężczyźni w kombinezonach ”pracowali” przy naszym domu, ale co robili tego nikt nie widział, bo ich kolosalny van zasłaniał drzwi wejściowe.) Wynieśli wszystko, co przedstawiało jakąś wartość.

          Na szczęście jesteśmy ubezpieczeni po uszy. Asekuracja zwróci nam pieniądze za gros utraconych przedmiotów, ale żadne pieniądze na świecie nie wymażą z pamięci widoku ”pobojowiska”, które zastaliśmy. Także nikt nie jest w stanie zwrócić nam połamanych, poszarpanych, rozbitych czy też ukradzionych bezcennych pamiątek rodzinnych, przywiezionych z Polski. Policja nas uprzedziła, że jeszcze przez długi czas będziemy stwierdzali brak rozmaitych przedmiotów, których już nie posiadamy, a które nie zostały uwzględnione w podaniu o odszkodowanie. Te braki będą się ujawniały dopiero z upływem czasu. Przypuszczamy, że nasza roczna stawka za polisę ubezpieczeniową podskoczy teraz do nieba – ale co robić?! Jednakże najbardziej irytuje nas fakt, że za namową budowniczego, wydaliśmy majątek na zakup i wstawienie tych dębowych drzwi, które miały być nie tylko ozdobne, ale miały nas chronić właśnie przed włamaniem.

          Jak pani sądzi? Czy my mamy jakiś rekurs w stosunku do tego ”buildera”?

          Przede wszystkim, bardzo Państwu współczuję z powodu tej kradzieży. I strat. Włamanie jest rzeczywiście bardzo traumatycznym przeżyciem. Człowiek czuje się istotnie obnażony. Ogołocony nie tylko fizycznie, lecz jeszcze bardziej psychicznie. Bezsilna złość będzie jeszcze długo w Państwu fermentowała i pogłębiała żal za utraconymi przedmiotami. A już w szczególności tymi niepowtarzalnymi pamiątkami.

          W odpowiedzi na Pana pytanie, przykro mi bardzo, ale nie mam dla Pana pomyślnej odpowiedzi. Z ”builderem”, niestety, nic Pan nie wskóra. On Państwu sprzedał dom a nie piętrowy sejf. To nie jego wina, że w dzisiejszych czasach przed złodziejami trudno jest się ustrzec. Byle chłystek nastoletni (a i młodszy również, bowiem nasza TV wspaniale ich do tego przyucza), pokaże Panu jak zwykłą kartą kredytową otwiera się nawet markowy zamek, taki jak Yale czy Chubb. Czy Pan wie, że to, co ci złodzieje zrobili w Państwa domu, było nawet łatwiejsze od  manewru kartą kredytową?

          Odkąd przybyłam do Kanady, aż po dzień dzisiejszy, nawet ja baba, ja laik, ja kompletna ”noga” w sprawach budowlanych, nadziwić się nie mogę, że tutaj wkładają te ciężkie i solidne drzwi w… sosnową futrynę. Najbardziej miękkie (ale tanie) drewno! Z którego zawiasy aż się same proszą, aby je ”wyłuskać”. Jestem pewna, że oni się nawet nie wysilili na żadne wykręcanie śrub, gdyż byłaby to dla nich pracochłonna i niepotrzebna strata czasu. Dwa ruchy łomem i drzwi leżą na ziemi. Sezamie! Otwórz się! – rozkazali. No to się posłusznie otworzył. Dziwię się także, że tutejsze firmy ubezpieczeniowe nie nalegają na to, ażeby tego rodzaju drzwi osadzane były w równie twardej futrynie, zaś wszystkie śruby były możliwie najdłuższego wymiaru.

          Sądzę, że zawodowego złodzieja niewiele chyba odstraszy, ale ewentualne komplikacje spowodowane ”walką” z potężnymi śrubami w twardej (dębowej?) futrynie, mogą przyhamować jego zapały lub wręcz odstręczą od tego domu. A, że dzisiaj 90% włamań dokonują wyrostki, teoretycznie jest taka szansa, że jeśli im się z miejsca nie ”poszczęści”, będą się bali zwracać na siebie uwagę i pójdą szukać innego, łatwiejszego, obiektu zainteresowania. Gdzie, tak jak u Państwa, bez większego trudu po prostu ”zgolą” zawiasy.

          Nie ulega wątpliwości, że dom Państwa był przez jakiś czas obserwowany. Oni byli zorientowani, że sobota jest Państwa dniem gospodarczym, że właśnie wtedy jeździcie na zakupy. Nawet wcale bym się nie zdziwiła, gdyby ich wspólnik, z komórką w kieszeni, towarzyszył Wam przez cały czas zakupów. Jechał za Wami, chodził po sklepach za Wami, stał przed pralnią chemiczną, tankował benzynę na sąsiednim stanowisku, tylko po to, ażeby w odpowiednim momencie dać cynk kamratom, że wracacie. Ci dwaj przy vanie, to była przypuszczalnie dywersja i sztafeta zarazem. W domu zapewne ”pracowała” cała ekipa, która zdobycz podawała dalej, aż do vana. Na tak dokładną robotę, tylko dwóm facetom – dwie godziny na pewno by nie wystarczyły.

          Przypuszczam, że w chwili obecnej Państwo są na etapie odkupywania co droższych przedmiotów elektronicznych. Teraz jest zatem odpowiedni  moment,  ażeby każdy nowy przedmiot (od telewizora począwszy,  poprzez całe wyposażenie ”music centre”,  sprzęt komputerowy, fotograficzny a na kuchence mikrofalowej skończywszy) naprzód sfotografować, i to w kilku ujęciach, po czym permanentnie oznakować. W tym celu trzeba udać się na najbliższy komisariat policji i wypożyczyć od nich (bezpłatnie) specjalny rylec (engraving pen). Najlepiej gdzieś z tyłu, na każdym przedmiocie wyryć swoje inicjały. Ale najlepiej – kod pocztowy. To ma sens.

          Albowiem w razie, broń Boże, powtórnego włamania (jako że oni słusznie rozumują, że ukradziony sprzęt został odkupiony) – bokiem im ta impreza wyjdzie. Oni też wiedzą wszystko o kodowaniu. Toteż jest to ich pierwsza czynność. Sprawdzanie. Jeśli stwierdzą, że sprzęt jest oznakowany, kradną tylko gotówkę, biżuterię, jakieś drobnostki i uciekają. Powód jest oczywisty: oznakowanego towaru żaden paser nie ruszy! A im przecież chodzi o jak najszybsze upłynnienie skradzionych przedmiotów. Policja często urządza obławy na meliny paserskie i odzyskuje mnóstwo skradzionych przedmiotów. W tym wiele sprzętu elektronicznego. Ale, nie znając ich prawowitego właściciela – nie ma jak i komu ich zwrócić. I głównie z braku miejsca w policyjnych magazynach, po upływie roku, oddaje je na licytację. Aliści rzeczy oznaczone kodem pocztowym, zwraca właścicielowi. Nawet, jeśli poszkodowany już tam nie mieszka. Policja ma swoje sposoby, ażeby go odnaleźć.

          Drugą, bardzo istotną sprawą jest założenie sprawnego systemu alarmowego. Nie musi to być ostatni krzyk elektroniki. Wystarczy ażeby tylko spełniał swoją ”alarmującą” rolę. No i był, oczywiście, na widoku. Jeśli zakup takiego systemu (może ze względu na koszt) na razie nie wchodzi w rachubę – usilnie namawiam do natychmiastowego zakupu dwóch (po jednej na przód i tył domu) reflektorowych lamp-szperaczy (spot lights). Te szperacze reagują na ruch, rzucając silny snop światła na podchodzącego człowieka. Koszt jest niewielki (pomiędzy $15 a $25) a stokrotnie się opłaca. Ktoś, kto się zbliża do drzwi w uczciwych zamiarach, nie boi się reflektora. Ale złodzieje unikają domów w takie lampy wyposażonych, jak tej przysłowiowej morowej zarazy.

          Podzielę się z Panem małą ciekawostką. Z mojego własnego podwórka. Otóż ja mieszkam na bardzo sympatycznym condo-osiedlu. Wokoło mieszka tzw. ”upper middle class”, czyli pracująca inteligencja. Lekarze, inżynierowie, adwokaci etc. Działa u nas bardzo dobrze rozwinięta i czujna siatka ”Neighbourhood Watch”, co znaczy po polsku: grupa ”Sąsiedzkiej Czujności”. Ja, nie wiadomo dlaczego, zostałam przed laty wybrana ”komendantem” naszego szeregu (block captain). Jest to oczywiście funkcja honorowa (czyli za Bóg zapłać, zacna, dobra kobieto!), która pochłania mnóstwo mojego, i tak stale brakującego mi czasu. Muszę uczęszczać na policyjne sympozja, pobierać instruktaż, brać udział w policyjnych nasiadówkach. Po czym muszę zasiąść do komputera i zdać pisemną relację moim sąsiadom z tego, co było omawiane. A więc piszę, drukuję, kolportuję i generalnie kiszki z siebie wypruwam w służbie dla sąsiadów. Na szczęście jest to ostatni rok mojej kadencji. Nie dam się w to więcej wrobić, nie przyjmę nominacji; niech ktoś młodszy mnie zluzuje. Boć to przecież mnie zawiadamiają, kto, kiedy i na jak długo wyjeżdża. To ja muszę znać wszystkie kombinacje do ich systemów alarmowych. To ja mam klucze do ich domów i adresy gdzie, w razie czego, ich szukać.  To właśnie ja w słotę, spiekotę, czy metrowy śnieg, zasuwam dziarsko ażeby opróżniać ich skrzynki z poczty, gazet i ulotek. Pełna skrzynka pocztowa jest milczącym megafonem (ale fajny oksymoron, co?),  który oznajmia światu wszem i wobec, że dom jest pusty.

          Ale czy ja mogę się doprosić, czy potrafię ich namówić ażeby, jak tylko się ściemni, zapalali światła przed domem i nad garażem?! Szybciej namówię syrenę ażeby zrobiła szpagat, aniżeli ich przekonam, że ta tania iluminacja doprawdy działa na złodziei odstraszająco. Jednakże ci, skądinąd inteligentni i przypuszczalnie niebiedni ludzie (przed ich garażami stoją najdroższe samochody) – robią chińskie oszczędności na kilku głupich żarówkach i paru kilowatach prądu. Bardzo to dziwne, lecz prawdziwe.

          Ja sama stosuję jeszcze coś ekstra specjalnego. Może to i głupie, ale jak dotychczas, tfu, tfu, tfu, efektywne. Jeśli muszę opuścić wieczorem dom na kilka godzin, zostawiam zapalone niektóre lampy (stale zmieniam kolejność) oraz na środku salonu… odkurzacz. A na jadalnym stole plastikowy kosz z wystającą zeń bielizną. Umyśliłam sobie, że jeśli ktoś zakradnie się od strony ogrodu do drzwi wychodzących na patio, zaglądnie do środka i zobaczy taki swojski nieład, pomyśli sobie, że żadna kulturalna i elegancka pani, przecież a la long nie pozostawiłaby takiego b…ałaganu na środku salonu. A fe! Jest więc zatem w domu. Może na piętrze w sypialni. Może w pralni w piwnicy (basement). Może wyleguje się w wannie. A nawet, jeśli gdzieś wyskoczyła, to pewnie tylko do sąsiadów i w każdej chwili gotowa jest wrócić.

          Policja doradza, ażeby nie popadać w rutynę. Na przykład: nie wolno stale czynić zakupów tylko w soboty, czy inny regularnie ustalony dzień. Należy żonglować tak dniami jak i godzinami. Trzeba pamiętać, że im większy jest nasz stan posiadania, tym więcej oczu bacznie nas obserwuje. Niestety, te oczy nie taksują nas po to, aby wzrok nasycić wystrojem naszego domu, tylko ażeby z naszą, acz nieświadomą, ”pomocą” nasycić swoje nawyki. Głównie narkotykowe. Nie pomagajmy im, niedużym kosztem utrudniajmy im życie. A swoje – ułatwiajmy!

Poleć:

O Autorze:

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.