Klemensowski pałac Zamoyskich 

0

Z cyklu: Romans z historią

Sprzedaż Zamościa zaborcom

Zamość i okolice były w posiadaniu rodziny Zamoyskich od drugiej połowy XVI wieku. Prawo ordynackie uniemożliwiało podział lub wyzbycie się posiadłości, ale w roku 1821 Jan Kostka Zamoyski zmuszony został przez pogorszenie się sytuacji ekonomicznej rodu do sprzedania rządowi Królestwa Kongresowego, czyli faktycznie zaborcom rosyjskim, nie tylko swej rodowej rezydencji, ale i stolicy swego ordynariatu, Zamościa. Przeniósł się wraz z rodziną do dwóch innych swych rezydencji: do Błękitnego Pałacu w Warszawie i pałacu letniego w Klemensowie, oddalonego od byłej stałej rezydencji o 17 kilometrów. Pałac klemensowski od tej pory stał się stałą siedzibą rodziny, przetrwał obie wojny światowe bez zniszczeń. 

Budowa pałacu

Pałac ten to dzieło Teresy z Michowskich Zamoyskiej, żony siódmego ordynata Tomasza Antoniego. Zachowały się jej listy z których dowiadujemy się, że sama wybrała architekta i budowniczego, a jej mąż, z wykształcenia architekt, jedynie rozrysował wstępny ogólny plan budowy. Przejęła w pełni kierownictwo budowy, zatrudniła artystów i rzemieślników do dekoracji budynku, a nawet wybierała i gromadziła materiały budowlane. Ordynat tylko potrząsał mieszkiem.

Szczegółowy plan budowli przygotował znany w swoich czasach architekt, będący aktualnie w służbie u Zamoyskich Jan Andrzej Bem, budowniczym był Jan Columbani. Ogromny pośpiech podyktowany był słabym zdrowiem ich syna Klemensa. Chodziło o miejsce zaciszne, spokojne, otoczone  drzewami. Ordynatowa zdecydowała się zakupić od franciszkanów zamojskich położoną wśród głębokich lasów wioskę Bodaczów. Oferta była tak  korzystna, że braciszkowie przystali na nią bez targów. Tuż przy wiosce wycięto kawał lasu i  w roku 1745 rozpoczęto budowę. Już w następnym w roku budynek oddano do użytku. Prace wykończeniowe trwały nieco dłużej. Wspomnę tu mimochodem, że w tej właśnie wiosce, już pozbawionej lasów, bo do nabliższego lasu roztoczańskiego jest obecnie 6 kilometrów, moja skromna osóbka ujrzała po raz pierwszy światło dzienne. Pałac od imienia głównego rezydenta nazwano Klemensowem. Był budowlą elegancką w stylu późnego baroku.

Pałac klemensowski z oranżerią i innymi dobudowkami

Dużo później, bo w roku 1894, w odległości trzech kilometrów od pałacu wybudowano bardzo nowoczesną jak na owe czasy cukrownię, przy niej powstało osiedle, wszystko pod tą samą nazwą Klemensów. Zdrowe powietrze i cisza niewiele pomogło chorowitemu Klemensowi Jerzemu, zmarł mając 29 lat. Przed śmiercią zdążył na krótko sprawować urząd ósmego ordynata zamojskiego. Prawie wszyscy ludzie, jakich znałem z mojej wioski, także moich dwóch starszych braci, byli zatrudnieni w tej fabryce z wyjątkiem mego taty, który uparł się, że nie będzie wstawał z łóżka na gwizd syreny. Niestety w ostatnich kilku latach przyszedł koniec tej szanownej instytucji, przez długie lata jedynego miejsca pracy w okolicy. Jako dzieciak codziennie wyczekiwałem na godzinę 12.00. Wtedy z najbiedniejszej części wioski zwanej Podborkiem jak sznur żurawi łąkami za strumykiem, ciągnęły i żony i dzieci pod mury fabryki z gotowanym obiadem dla mężów lub ojców. Nikt wtedy jeszcze nie słyszał w moich okolicach o kanapkach i ciepłym napoju z termosu, które pracownik fabryki mógłby sam wziąć ze sobą do pracy.

Dwunasty ordynat, jeden z najbardziej znanych poza, oczywiście, założycielem ordynacji Janem Sariuszem, Stanisław Kostka, stanął przed trudnym zadaniem. Bałagan polityczny przed rozbiorami, rozbiory, trudna sytuacja polityczna i ekonomiczna w Polsce w pierwszych latach niewoli postawiła Zamoyskich na skraju bankructwa. Zamość i pałac, jak wspomniałem, odsprzedał bo musiał, i zabrał się za ratowanie fortuny poczynając od odbudowy zaniedbanych rezydencji. Do Klemensowa kupił nowe meble z Anglii i Francji. Pałac klemensowski powiększono, uproszczono nieco archtektonicznie przeształcając go w pałac neorenesansowy. Prosta attyka zastąpiła fikuśny trójkątny szczyt na osi, dach mansardowy zastąpiono dwuspadowym. Dobudowano wielką oranżerię, sam pałac powiększono kilkoma dobudówkami. W odpowiedniej odległości od rezydencji zbudowano budynki gospodarcze, później domy mieszkalne zarządców fabryki. Założono duży ogród warzywny i sad owocowy, a park powiększono do 135 hektarów. W oranżerii rosły drzewa cytrusowe.

Pałac Klemensów na pocztówce z około 1914 roku

Odnowa biologiczna rodu

Rodzinie groziła także klęska biologiczna, ale jego żona, jedna z najmądrzejszych i najpiękniejszych kobiet, jakie polska ziemia wydała, księżniczka Zofia z Czartoryskich, nie mogła pozwolić na to: urodziła siedmiu synów i trzy córki. Zapoczątkowała siedem nowych gałęzi rodowych i tak to kryzys ten został nie tylko zażegnany, ale raz na zawsze rozwiązany. Stanisław Kostka też uczestniczył w tej  odnowie biologicznej, koncentrował się jednak na pomnażaniu majątku i odbudowie. Zofia była zniewalająco piękna, król kobieciarz Stanisław August Poniatowski, a więc znawca płci pięknej, oficjalnie ogłosił ją najpiękniejszą kobietę w kiedy miała jedynie 14 lat, a rozmarzony J. Szymanowski tak ją opisuje w czterowierszu: „Zosiu, Zosiu, moja Luba / jesteś oczom miła. / Pięknych kwiatów jesteś zgubą / i róże zgasiłaś.”

Pałac od tyłu w zieleni

Moje dziecięce zauroczenie pałacem, szczególnie oranżerią

Moje pierwsze i jedyne wspomnienie przedwojenne to wycieczka ze starszym bratem i jego kolegami pod oranżerię. Uświadomiono mi, że te większe owoce to pomarańcze, a te żółte to cytryny. Nikt we wsi nie wiedział jak nazwać inne. Boże, jakże chciałem przynamniej dotknąć tych cudów! Nie było szans. Przy oranżerii, w pełni przeszklonej z zachodniej strony, można się było zatrzymać i gapić, ale tylko w odpowiedniej odległości. Miałem wtedy trzy lata. Szokiem było dla mnie, że w „mieszkaniu” rosną normalnej wielkości drzewa i owocują.

Chyba w czasie tej przebudowy park ogrodzono wysokim parkanem z siatki metalowej zaopatrzonym na wierzchu w trzy rzędy drutu kolczastego na prętach wychylonych w stronę wioski, by biedacy nie mogli przeskakiwać ogrodzenia i zbierać chrust na opał. W pobliżu pałacu posadzono rzadkie wspaniałe drzewa, aż sto gatunków, niektóre nieznane na innych obszarach Polski, wybudowano także dwie bramy wjazdowe: zamojską i michalowską. Przy ważniejszej bramie zamojskiej stróżami byli przez wiele lat moi dziadkowie, a moja mama, najstarsza z córek była główną osobą dokonującą otwierania i zamykania jej, szczególnie w nocy, gdy państwo gdzieś zabalowało do późna. Opowiadała mi, gdy byłem chory, niesamowite historie o tej swojej służbie. Były to przeważnie bajeczki z tysiąca i jednej nocy, ale wtedy o tym nie wiedziałem. Tęskniłem nawet za tym by znowu zachorować, by posłuchać nowych opowiadań. 

Tak wyglądał główny budynek pałacu trzy lata temu

Dalsza historia pałacu

Pałac przebudowywano trzykrotnie: gruntownie w latach 1808-1814 według planów i pod kierunkiem architekta H. Ittara, w latach 1826-1842 według planów Henryka Marconiego, oraz pod koniec XIX wieku. Od tej pory wygląd zewnętrzny pałacu nie uległ zmianie aż do dziś. Zachowano na obu kondygnacjach system amfiladowy między pomieszczeniami, czyli większość 41 pokoi w pałacu była przejściowa, co jest najważniejszą przeszkodą, by obecnie budynek ten zamienić na hotel, czy apartamenty mieszkalne. Tu przeniesiono cenniejsze rodzinne obiekty sztuki oraz pokaźną i cenną bibliotekę z Zamościa. Szkoda, że najcenniejsze starodruki przetransportowano później do Warszawy;  zostały w części wywiezione do Niemiec, w części spłonęły razem z Pałacem Błękitnym.

W pierwszym miesiącu wojny pałac w Klemensowie został ograbiony przez żołdaków ze wschodu. Ponieważ księgozbiór dla tych prymitywów nie przestawiał żadnej wartości, książki i starodruki ocalały,  przeniesiono większość z nich później do biblioteki im. Łopacińskich w Lublinie. W 1941 roku po ekmisji z pałacu ordynata z rodziną – zamieszali w oddalonym o około 16 kilometrów od tego miejsca Zwierzyńcu , gdzie wcześniej przeniesiono z Zamościa zarząd ordynacji. Niemcy urządzili tu obiekt wypoczynkowy dla swych oficerów, a także, nieco póżniej, szpital wojskowy. Już w  roku 1944 r. powstał tu sierociniec dla dzieci przeważnie z różnymi problemami psychicznymi. Prowadziły go siostry franciszkanki misjonarki Maryi. Był to zgromadzenie międzynarodowe, klasztor klemensowski subsydiowany był dolarami przez dom macierzysty, dzięki czemu siostry były w stanie utrzymać posiadłość w stanie  używalności. Pieniądze potrafią czynić cuda, a dolary najbardziej. Dzięki przekupstwu udało się siostrom zamienić połowę oranżerii w kaplicę pojemniejszą od mego kościóła parafialnego w Wielączy.

Tu zostałem ministrantem jeszcze jako uczeń piątej klasy. Tu dostałem w podarunku pierwszą książkę w moim życiu od opiekunki ministrantów, był to podręcznik nauki francuskiego – nawet pamiętam do dziś jej tytuł: Mes premiers pas (Moje pierwsze kroki). Opiekunką była arystokratka, której cudem udało się uciec z niewoli w Kazachstanie, uczyła mnie tego języka, polubiłem go: do dzisiaj dla mnie to obok języka włoskiego najpiękniejszy język obcy. Służyłem w niedzielę do mszy nie tylko we wspomnianej kaplicy, ale i codziennie w kaplicy prywatnej sióstr. Co prawda była poza drzwiami klauzury, ale mnie brzdącowi pozwolono tam wchodzić.  Robiłem to chętnie, choć musiałem wstawać przed szóstą, biec przez pola, dostawałem się do parku przez dziurę w ogrodzeniu wycinaną przez zbieraczy chrustu i jagód, po pokonaniu półkilometrowej drogi w poprzek parku, w zimie po ciemku, dochodziłem do pałacu. Gdy dziurę łatano, trzeba jeszcze było dorzucić pół kilometra, by do parku dostać się przez furtkę przy głównej bramie. 

Tak wyglądał główny budynek pałacu trzy lata temu

Nie wiem czy siostry miały za mało pieniędzy na prezenty dla komunistycznych prominentów, czy dawały je niewłaściwym osobom; skończyło się tym, że musiały się wynieść z pałacu. Sierociniec upadł. Kaplica publiczna funkcjonowała aż do upadku komuny mimo wielu dokuczliwych interwencji władzy. W wolnej Polsce niepewność o los pałacu spowodowała, że na polach bodaczowskich, tuż za parkanem parku, wybudowano kościół parafialny z plebanią i cmentarzem i choć były to pola bodaczowiaków, parafia nosi nazwę Klemensów. W pałacu w 1966 r. stworzono Dom Pomocy Społecznej. Od tej pory nastąpiła przyśpieszona dewastacja, tak że w pośpiechu musiano szukać lokalu zastępczego. Znaleziono w niedalekim Szczebrzeszynie opuszczoną szkołę, wystarczyło kilka milionów złotych by ją odnowić i dostosować do nowych potrzeb, a  na renowację pałacu potrzeba by było dziesiątki milionów. Około 70 kobiet chorych psychicznie zostało tam przetransportowanych z Klemensowa. Pałac marniał, park stawał się coraz bardziej zaniedbany i opuszczony.

Próby odzyskania własności

Rodzina Zamoyskich, przede wszystkim ostatni ordynat i senator Jan Tomasz, próbowała odzyskać swą posiadłość, w tym rekompensatę po Pałac, Błękintnym  w Warszawie, który w czasie wijny częściowo spłonął, ale został odrestaurowany w pierwotnej formie, i ocalały pałac w Klemensowie. Po śmierci ordynata w 2002 r. jego syn Marcin, były prezydent miasta Zamość, kontynuował te starania. Po wieloletnich rozprawach sądowych odzyskał księgozbiór, a po kilkudziesięciu latach walki wyrokiem sądu otrzymał jako rekompensatę hektar Ogrodu Saskiego w Warszawie, ale natychmiast poinformowano go, że niczego na tym terenie nie wolno mu zmieniać bez zgody władz miejskich. Zastanawiał się, że gdyby postawił namiot na tym terenie, czy go służba miejska nie zwinie razem z namiotem. Przypadkiem, gdy kilka lat temu byłem w Polsce i odwiedzałem „stare śmieci” widziałem go, jak sam ładował do ciężarówki  książki, które jeszcze znajdowały się w pałacu klemensowskim. Ministerstwo Rolnictwa, jak twierdzi Marcin, robi trudności w oddaniu mu jego własności opierając się  na prawodawstwie o reformie rolnej PKWN z roku 1944, która wspomagana lufami karabinów sowieckich pozbawiła ziemian w Polsce ich majątków rodowych. Kilka razy odesłano go, jak się wyraził, “z kwitkiem”. Już nie miał siły i chęci wznawiać tych starań.

Ale w 2015 pojawiło się światełko w tunelu. Wojewoda lubelski Wojciech Wilk uznał, że ministerstwo rolnictwa nie może być stroną w sporze, bo przed reformą rolną z 1944 roku pałac klemensowski był domem mieszkalnym, a nie częścią posiadłości rolnej. Polecił oddać go właścicielom, czyli Marcinowi i jego czterem siostrom. W międzyczasie nowe władze, na polecenie faktycznego „władcy” Polski uznały zarówno wojewodę jak i prezydenta Zamościa za „Polaków gorszego gatunku”.  W grudniu 2015 roku urząd wojewody zajął „swój człowiek, patriota”. Przestudiowano dokument i znaleziono w nim błąd w jednym słowie: w wyrażeniu zamiast „rejon Michalowa” zapisano „rejon Michałowa”. To wystarczyło by unieważnić dokument i zatrzymać posiadłość jako własność skarbu państwa. Gdy czytałem to postanowienie nie wierzyłem własnym oczom, nie wiedziałem czy się histerycznie śmiać, czy płakać. Pomyłkowe przekreślenie linią jednej literki spowodowało zmianę decyzji. O takiej bezczelności urzędniczej nigdy przedtem i potem nie słyszałem. Dziwnym jest także to, że do dzisiaj obowiązuje w Polsce haniebna komunistyczna ustawa PKWN-u.

Nietypowe drzewa w parku klemensowskim

Skarb państwa miał ciągle problemy z „opieką” nad  pałacem. Faktycznie nic nie robiono, by utrzymać go w stanie nie tylko używalności, ale by się nie zawalił. Okoliczni chłopi rozkradli wszystko co otaczało pałac, sam budynek będąc zamknięty na cztery spusty nie pozwolił szabrownikom dostać się do środka. Gdy stan pałacu, okalalających go budowli, pięknego parku stał się posiadłością w stanie opłakanym, nowy wojewoda zlecił opiekę nad tym rumowiskiem nowemu prezydentowi miasta Zamość. By to wszystko odsprzedać ceny wielokrotnie zaniżano, chętnych do kupna nie było. Pałac kompletnie zamknięto, nie tylko dla turystów, ze względu na bezpieczeństwo. Czekał na inwestora, a ponieważ nie tylko dlatego, że nie nadaje się na hotel czy budynek apartamentowy ale i dlatego, że zabytek znajduje się w Polsce B nie było chętnych, by posiadłość odkupić. Ostatnią wywoławczą ceną  było trzy miliony złotych, czyli mniej niż cena większego eleganckiego domu.

Groźba, że za kilka czy kilkanaście lat obiekt trzeba będzie rozebrać, lub sam się zawali była realna. I tak to w dość krótkim czasie zniknąłby z powierzchni ziemi nie tylko piękny dawniej pałac, który można by idealnie doprowadzić do stanu, w jakim był po ostatniej większej przebudowie, bo przecież nie uległ zniszczeniom wojennym, ale także runie pamiątka polskiej i lokalnej historii. Wreszcie ktoś z rządzących dostrzegł, że to zaniedbanie mogłoby w czasie wyborów zmniejszyć liczbę głosów oddanych na rządzącą partię – przełknięto „błąd” w dawniejszym dokumencie i zaproponowano rodzinie potomków ordynata przejęcie posiadłości, ale nie za darmo, za odpłatą i jeśli zgodzą się na pewne warunki. I tu znowu nie mogę zrozumieć dlaczego innym byłym właścicielom oddaje się posiadłości, w tym parafiom, zakonom, nawet obcokrajowcom, a tu trzeba płacić.

Marcin i jego cztery siostry przyjęli ofertę, odkupili pałac i park od Skarbu Państwa. Nieruchomość została im sprzedana w trybie bezprzetargowym i z bonifikatą w wysokości 99,01% ceny, czyli za 87 600 zł brutto, czyli posiadłość wyceniono na prawie dziewięć milionów. Aby nie utracić bonifikaty Zamoyscy obiecali zacząć natychmiast remont pałacu i proces zagospodarowania parku pod warunkiem, że dokonają tego w ciągu 3 lat. Przyjęli też inny warunek, że przez 10 lat od zakupu nie mogą sprzedać nieruchomości.

W tym domku mieszkali moi dziadkowie i moja mama w parku

Ida

Na końcu ciekawostka. Część filmu „Ida” kręcono na tle tego pałacu i w jego wnętrzu. Oglądając film  poznałem ten drugi dom mej młodości. Nie dziwię się, że współscenarzysta i reżyser Paweł Pawlikowski wybrał ten pustostan zamiast jakiś zakon żeński do realizacji tego dzieła, bo chyba miał poważne wątpliwości, czy go tam wpuszczą, bowiem trudno przypuszczać, że „święte dziewice” chcą mieć w klasztorze – choćby tylko w czasie kręcenia filmu – Żydówkę-zakonnicę, która dodatkowo zakochała się w chłopcu i, o zgrozo!  przespała się z nim. Przypomnę, że film ten uznany został za najlepszy nieanglojęzyczny film roku 2014, a nieco przedtem otrzymał trzy inne prestiżowe europejskie nagrody. 

Siostra Ida na tle klemensowskiego pałacu

Ma wspaniałe recenzje, inne wyróżnienia, bardziej poza Polską niż w Polsce. Dąsy kleru i twardogłowych pobożniejszych od papieża, to najlepsza reklama by zobaczyć ten film i ludzie to robią. Na złość tym „świętoszkom” jeszcze raz ten film obejrzałem – ale przed wszystkim dlatego, by odkryć inne walory tego wspaniałego dzieła.

Władysław Pomarański

Poleć:

O Autorze:

Władysław Pomarański

Jestem emerytem. Studiowałem na Katolickim Uniwersytecie w Lublinie i w Instytucie Orientalnym w Rzymie. Po przeniesieniu się do Stanów Zjednoczonych zapoczątkowałem nowe studia z dziedziny bibliotekarstwa na Long Island University, dokończyłem je na Dalhousie University w Halifaksie w Nowej Szkocji. Pracowałem jako profesjonalny bibliotekarz zbiorów w bibliotece głównej wspomnianego uniwersytetu w Halifaksie, a potem przez ponad 30 lat w D.B. Weldon Library w University of Western Ontario, w London. Tu odpowiedzialny byłem za selekcję materiałów bibliotecznych w językach francuskim, niemieckim, hiszpańskim, włoskim, polskim i rosyjskim oraz publikacji z dziedziny filozofii i historii nauk ścisłych i medycznych.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.