Parlamentu, z którego mogę być dumna, bym chciała

0

Z cyklu: Z 8. piętra

Chciałoby się miło zacząć dzień, tak jak miło zakończyć poprzedni. A był w istocie uroczy, bo słońce, już jesienne padało do ogrodu poprzez trzy moje ukochane brzozy, wysokie te „trzy siostry” i piękne, ptaki się przekrzykiwały, biegały po trawie, wrona jakaś wyraźnie potwierdzała, że mówi „kra” i przenosiła się czubka drzewa na czubek. Przyroda toczy życie nie bacząc na klimaty przedwyborcze w Polsce, w Austrii.

Nie włączam radia, na szczęście tv nie mam jak na razie, może się uda ten stan utrwalić, to daje spokój. Co z tego, skoro mąż włącza swoją dawniej ukochaną Trójkę, którą ja staram się szybko wyłączyć, ale w końcu godzimy się i pozostaje nam oceniać, na ile religijno-partyjne stało się to radio. Przeraża ilość newsów o pielgrzymkach, kościelnych wydarzeniach, prześladowaniach chrześcijan i martyrologii polskiej, zaproszeń, by udać się pod krzyż aby wrócić do korzeni wiary, zmieszane to z Beatą Kempą, od niedawna europosłanką, plwającą na Timmermansa, wroga Polski, i z red. Lisickim, prowadzącym rozmowy poranne z politykami, z tezą, z założonym efektem propagandowym. I żal red. Beaty Michniewicz, która rozmowy z politykami musi prowadzić „w ramach”, choć sama już się daje ponieść klimatowi obowiązkowej propagandy sukcesu PiS, bez względu na realia. Zostaje tylko hedonistka Anna Gacek i wolny od wpływów, za to kultowy za życia Wojciech Mann, którzy w duecie przemycają, jak za cenzury, różne prowokacyjne impulsy… Niewiele. I muzyka w innych audycjach coraz gorsza, głosy i to, co mają do powiedzenia, zwłaszcza dziennikarze muzyczni ci mniej doświadczeni, z wadami wymowy, ubóstwem językowym nierzadko. Ale, marudzę. Bo porównuję. Od razu przychodzi mi na myśl Maestro Adam Makowicz, który wspominał w niedawnej rozmowie ze mną jakość języka polskiego (a sam włada przepiękną polszczyzną!) i jakość dykcji tzw. starych aktorów, z czasów jego młodości, i porównywał z tymi słuchanymi, oglądanymi obecnie. Coś jest na rzeczy. Mamy chyba również coraz niższe wymagania, zwłaszcza publiczność disco-polo słuchająca prostych słów z minimum znaczeń.

Wieloma osobami wstrząsnął, to nie jest zbyt wielkie słowo, wściekły atak furii i nienawiści posłanki Pawłowicz, a ten skierowany był do Rzecznika Praw Obywatelskich, dr Adama Bodnara i jego informacji o działalności RPO za 2018, którą jako organ konstytucyjny ma obowiązek złożyć oraz odpowiadać na pytania posłów z sejmowej komisji sprawiedliwości i praw człowieka. Wykazuje bowiem w nim stan przestrzegania praworządności i praw człowieka w Polsce, który oceniany jest bardzo źle. Uderza to w obraz partii rządzącej i jej zajadli obrońcy, jak posłanka Pawłowicz (ponoć dawniej, na Uniwersytecie Warszawskim „brat łata”, fajna baba, jak mówi mi znajomy prawnik) oraz prokurator stanu wojennego, Stanisław Piotrowicz, uniewinniający księdza, molestującego dzieci na Podkarpaciu, regularnie łamiący prawo w sejmie ucięli taką możliwość, najpierw atakując obraźliwym słowotokiem rzecznika, potem zamykając posiedzenie.

RPO milcząco przyjmował to wszystko, bo nie chodzi o jego samopoczucie, ale o urząd. Nigdy nie było takiej sytuacji, by RPO nie mógł odpowiedzieć na pytania posłów, by pozbawiono go głosu na spotkaniu komisji poświęconej działalności RPO. Tu nie starcza słów. Jeśli płyną, to te najgorsze i niecenzuralne. W świetle kamer, otwarcie i bezczelnie łamie się po raz kolejny na oczach obywateli prawo, obraża i lży się urzędnika ku uciesze partyjnych PiS-owskich kacyków przy proteście dwóch czy trzech posłów.

Prawo w Polsce się już nie liczy. Liczy się interes partii. I kolejna rewolucyjna metoda partii rządzącej: przenieść obrady obecnego sejmu na „po wyborach”. Wtedy błyskawicznie „coś” uchwalić, w zależności od wyniku wyborów. Rewolucyjne zaiste metody stawiania się rządzących ponad prawem, bez gilotyny wprawdzie. Póki co, prawo żadnego polityka nie rozlicza. Mam nadzieję, do czasu.

Dla odmienności nastrojów wspominam weekendowy wypad do Berlina na „masaż duszy”, czyli do Deutsche Oper oraz na wystawy, spacery no i włóczęgę po Bundestagu, jednej z dwóch izb niemieckiego parlamentu. Akurat był dzień otwarty, można było spędzić dzień tam i obok w Reichstagu. Nie ma nieprzyjemnych strażników marszałkowskich w teatralnych strojach z Sejmu przy Wiejskiej, są za to ludzie w białych koszulach czy garniturach, uprzejmi, przepraszający za kłopot z przeszukiwaniem i chodzeniem przez bramki.

Władza, parlament jest częścią życia politycznego, a nie spełnieniem marzeń miernot, którym teraz się wydaje, że „rządzom” i reszta ma im służyć. Odwrotnie, parlament to służba za pieniądze podatników, ze wszystkimi wynaturzeniami, tak jak niedoskonała jest ludzka natura, ale daje w Niemczech poczucie troski, starań, zainteresowania i stabilności oraz przestrzegania prawa – przynajmniej tak czuje obywatel, śmiem twierdzić.

Pochodziłam, pojeździłam windami, pozaglądałam do sal konferencyjnych czy klubowych, przezroczystych, transparentnych, pozachwycałam się z perspektywy 7. piętra Szprewą i ruchem stateczków na niej, nacieszyłam oczy prostą, funkcjonalną architekturą, przez której szklane powierzchnie widać inne obiekty tego berlińskiego kwartału rządowego, do tego słońce, pogoda. Posłuchałam debat polityków, odwiedziłam pszczele ule w ogródkach w budynku.

I woda, dostępna dla każdego, to nie zaskakuje, ale forma kubeczków już tak, przynajmniej mnie: maleńkie papierowe rożki, które jako papier nadają się do recyklingu i nie są grube, czyli też mniej materii z drzew potrzeba, by je wyprodukować.

Tłumy z dziećmi, zwiedzający w hidżabach, kolorowych szortach, chłopak z chłopakiem za rękę, rodziny muzułmańskie z trójką dzieci, odświętnie ubrani ludzie, słowem – każdy, wszyscy. Konkursy wiedzy dla dzieci, młodzieży, dyskusje, spotkania z politykami, bloki dyskusji tematycznych, koncerty, oprowadzania, rozmowy z parlamentarzystami, którzy się obywateli nie boją. Do tego fajne gadżety, przewodniki po tych superbudynkach także po polsku, wszystko po to, by polityka i jej matecznik wydał się przyjaźniejszym, by polityka wciągała, powodowała zainteresowanie i udział, a nie separowanie na tych, którzy ją „robią” po to, by się wścibski naród nie wtrącał.

Oprowadzania i odkrywania tajemnic zakątków, budynków, nawet ogrodów i bundestagowych pszczół. Do tego sztuka w parlamencie, petycje, listy do pisania i rysowania przez dzieci. I inkluzja społeczna, czyli włączanie osób, środowisk o nieco słabszych szansach, jak imigrantów ze słabym językiem niemieckim czy też osoby o mniejszych intelektualnych możliwościach. Oznacza to, że pomysłodawcy dnia otwartego zaplanowali oprowadzania w tzw. prostym języku, by przekazywane treści były jasne, krótkie, jednoznaczne i przez to zrozumiałe.

This slideshow requires JavaScript.

Pokazywanie przez parlament dobrych eko-obyczajów, widok wielu narodowości, różnorodność, inkluzja, nie wykluczanie obywateli (vide polski parlament i protest niepełnosprawnych…) daje pozytywnego ducha i poczucie przynależności do tego państwa, przy całej krytyce wielu działań. Tego zazdroszczę Niemcom, wtedy w tym Bundestagu poczułam, że mamy długą drogę przed sobą. Obok niedaleko nad Szprewą radosna muzyka, leżaki i występy transwestytów, dużo śmiechu, przebieranek, zabawy.

Poznany pracownik informacji wspominał, że rok temu była tam w Bundestagu wystawa poświęcona Solidarności, ruchom społecznym w Polsce. Pan około 50 lat mówi mi, że na tej wystawie widział inną historię Polski, niż zna z przeszłości! Innych ludzi, inne nazwiska! 

Takiego parlamentu, z którego mogę być dumna, bym chciała. W tym niemieckim czułam się fantastycznie.

Wyszłam z mikrokonstytucją formatu „do torebki”, z cukierkami z niemieckim czarnym  orłem, z siatką z nadrukiem połowy tego orła, z długopisami, pojemnikami metalowymi z  cukierkami (w operze obok gumy do żucia na wypadek kaszlu jak znalazł) i różnymi ładnymi wydawnictwami o Bundestagu.

This slideshow requires JavaScript.

Najpierw jednak się w toalecie przebrałam w sukienkę „operową” i w inne buty, wzięłam swój kufer na kółkach i poszłam sobie przestrzeniami pełnymi ludzi, leżących na trawniku pod Reichstagiem, bez barierek, bez zagradzania.

Tak z tym kufrem się wlokłam po Berlinie, po muzeach, bo zaraz po spektaklu wracałam autobusem do domu. Uroczo.

This slideshow requires JavaScript.

Zmęczona, o 6 rano stawiłam się na opolskiej ziemi. A tu znowu Pawłowicz…

Dziś 11 września, kolejna rocznica zamachów na WTC. Robię sobie osobistą minutę ciszy. Oby takich wydarzeń także nigdy więcej.

Tekst i zdjęcia

Beata Dżon Ozimek

(tekst nadesłany 11  września) 

Rysunki do felietonów Beaty Dżon Ozimek – Jan Bartoszek Bajan, TUTAJ jego biogram

Poleć:

O Autorze:

Beata Dżon Ozimek

Publicystka, tłumaczka, autorka scenariuszy (TVP - Etniczne Klimaty 2008-2010), dokumentacji filmowych, asystent reżysera, rzecznik prasowy projektów offowych (np. film „Jan z drzewa”, "Marzenie"),organizatorka, moderatorka spotkań z artystami i myślicielami, jurorka międzynarodowych festiwali filmów niezależnych m.in. w Polsce, Kosowie, Austrii, Niemczech, Turcji. Korespondentka z Wiednia/Austrii dla Przeglądu, Angory; autorka Focusa Historii, GW, innych. Tłumaczka m.in. „Dziewczynki w zielonym sweterku” dla PWN, 2011, historii-kanwy filmu A. Holland, nominowanego do Oscara (2012) „W ciemności”.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.