Tik, tak…

0

Z cyklu: Z 8. piętra

Mieszkanie mam pełne zwierząt, niewielkich, bo to mrówki faraona, ponoć mogą być mylone z mrówką złodziejką, co jest mi obojętne, bo wchodzą wszędzie i są natrętne. Ostatnio maszerowały przez moją poduszkę, poczułam je na szyi, znalazłam w mojej ulubionej czekoladzie, czego dotąd bezczelne nie robiły, bo rzucały się na coś mięsnego szturmem. Coraz bezczelniejsze albo bardziej głodne. Okropność. Staram się nie zabijać owadów, nawet pająków, za którymi nie przepadam, pomagam im się wydostać z różnych matni za pomocą ręcznika papierowego i wyrzucam jak najdalej, ale mrówki podlegają w swojej mnogości niestety innym regułom. Zresztą doprowadzają mnie do histerycznych zachowań sprawdzania na sobie i wokół, czy aby wlazły tu i ówdzie. A że jest to sprawa wspólnotowa, łażą po piętrach w te i we w te. Nie polecam. 

Znacznie więcej przyjemności i refleksji przyniosło mi spotkanie z łódzkimi włókniarkami. Pobyłam z nimi, z ich historiami i twarzami w Wiedniu. Dzięki zaproszeniu Agnieszki Salamon, aktorki, reżyserki od lat pracującej w Polsce i Austrii. 

W swoim oszczędnym performance Tkaczki/Die Spinnerinnen reżyserka sięgnęła do tekstów, dokumentów pochodzących ze świetnej książki „Aleja Włókniarek” Marty Madejskiej. 

Kobiety w pracy, tkaczki, lepiej – włókniarki. Od XIX wieku do dzisiaj, w tle Łódź, a tak naprawdę każde inne miejsce na świecie, gdzie pracują w przemyśle kobiety. Kobiecy dzień, przemoc wobec kobiet, ciąże chciane, niechciane; dzieci. Mężczyźni, wyzysk, przemoc, siła. Pomoc. Solidarność kobieca. Kobiecy opór. I upór. I siła kobiety, siła kobiet. Cicha walka o siebie, dzieci, o godność. Czasem walka uznawana za histeryczną, bo emocjonalność kobiet czasem każe krzyczeć, drzeć się, prosto z histeronu, czyli macicy. 

Minimum środków artystycznych, maksimum odczuć. 

Fartuchy, zwykłe nylonowe fartuchy, zakupione w Polsce zresztą, nie pamiętam, żebym kiedykolwiek na sobie taki strój miała, stały się „wszystkim”, imitowały „wszystko”, dawały barwę, więziły, wyzwalały. A potem przydały się nam, publiczności w kolejnej fazie performansu. Staliśmy się częścią zespołu, wspólnotą włókniarek. 

Teatr w zakładzie sitodrukarskim. Przy stole sitodrukarskim. Blisko aktorów, z nimi. 

Troje aktorów: Aleksandra Cwen, Claudia Heu, Johnny Mhanna. W kilku językach.

Salamon kazała nam spojrzeć z bliska w oblicza tkaczek sprzed ponad stu lat, z kilku epok; kapitalizmu, socrealizmu, czasów przemiany sprzed 30. lat, która odebrała włókniarkom wszystko, co sobie wywalczyły. Spoglądały z wykonanych przez aktorów i przez nas, publiczność odbitek, można było pobyć z nimi, z ich myślami, spojrzeniami, które zachowały stare fotografie. Ale najpierw trzeba było włożyć nieco wysiłku w narodziny oblicza, wybrudzić się farbą, nauczyć się zrobienia odbitki, wysuszyć ją… Trochę trudu, który jest niczym wobec trudów codzienności kobiet w przemyśle. I wobec hałasu, w którym przyszło nam chwilę pobyć… Tak, jak włókniarki. 

This slideshow requires JavaScript.

Była i autorka książki „Aleja Włókniarek”, Marta Madejska. Była Agata Kobylińska, aktywistka Czarnego Strajku, feministka, kandydatka do Sejmu, głos kobiet w polityce, wnuczka włókniarki łódzkiej. I gorące dyskusje z publicznością.

This slideshow requires JavaScript.

Przypomniało to spotkanie z losami włókniarek, kobiet z minionych ponad stu lat, czym jest  praca. Ona jest wartością. Daje samodzielność, niezależność, a jeśli nie daje, to jest drogą. Przeciwnie do „500plus” i innych danin-obezwładniaczy, pozbawiaczy inicjatywy. „Tkaczki” przypomniały o sile wspólnoty. To one także swoją pracą, wytrwałością, siłą, przedwczesnymi śmierciami, cichymi, głodowymi, histerycznymi protestami, strajkami, wywalczyły nam nasze prawa. Ileż znaczeń, ileż uniwersalnych i indywidualnych historii znalazło się w tym prostym, zdawałoby się, performansie.

Zostało mi wiele przemyśleń, rozpoczętych zdań, pytań, na które jeszcze trzeba szukać odpowiedzi. I świadomość podobieństwa losów kobiet z Łodzi sprzed wieku z tymi dzisiejszymi w Polsce, Afryce; gdziekolwiek. 

Został mi też zwykły, ale bardzo niezwykły t-shirt. Z twarzą Tkaczki z lat 40. Sama ją sobie mogłam wybrać, wydrukować. Noszę ją z dumą na piersiach. 

Popijam herbatę lawendową z owocem dzikiej róży, którą dostałam od bardzo mądrej pani, trochę zielarki, trochę przyrodniczki, na pewno myślicielki, filozofki. Na co dzień doświadczonej, wykształconej szefowej pielęgniarek wielkiego oddziału Szpitalnego Oddziału Ratunkowego. Delektuję się nią w jasnym pomieszczeniu, chociaż z mrówkami w tle, nie tak jak włókniarki w ciemnych dusznych klitkach z łóżkiem, na którym mogły zmieścić się na zmianę z mężem, z dziećmi na legowiskach. Jest mi dobrze przez moment, chociaż afera w moim kraju goni aferę, najwrażliwsze polskie urzędy zatrudniają ludzi, koleżków najgorszych, najpodlejszych przestępców, sutenerów, sięgających po pięść i kałacha, kiedy trzeba. Służby specjalne śpią, sędziowie umoczeni w afery hejterskie wracają do orzekania, państwo bananowe kwitnie w najlepsze, salki przy kościołach, jak w Wiedniu, szykują się do wyborów, gdzie wierni i karni trafią tuż po mszach, giełda warszawska takich kiepskich notowań nie pamięta, banki niedługo nie utrzymają się na rynku i marzenia wodza o nacjonalizacji wszystkiego się spełnią. Malowany oszukańczy obraz zamożnego, rozwijającego się państwa upada, ale widzą to tylko ci, którzy chcą. Premier stroi się za Ślązaka, niedługo zacznie lepić gumiklejzy, warzyć modro kapusta i robić rołlady. I pójdzie na szychta, fedrować węgiel. Nie pójdzie, bo wie, że z kopalni nie wszyscy wyjeżdżają na wierch. To robota dla facetów, nie błaznów.

Cyrk, gdyby tylko nas nie dotyczył tak poważnie. Starzy ludzie już nie mają być badani, niech zdychają na starcze dolegliwości, kolejki się zmniejszą, to metoda na reformę służby zdrowia. Strajkują fizjoterapeuci. Nie ma szczepionek dla dziewcząt, chroniących je przed rakiem szyjki macicy. Drożyzna coraz bardziej dotkliwa. Moja mama, z całkiem przyzwoitą emeryturą, oszczędza, wylicza sobie 20 zł dziennie na zakupy. Bo musi mieć na lekarstwa, opłaty. A księża żądają więcej działek od miast, obstawy, jak pijaczyna Sławoj-Głódź w drodze na wakacje, albo w wiedeńskiej Polskiej Misji Katolickiej usług za darmo – sprzątania kościoła, krochmalenia teatralnych tkanin do mszy, przynoszenia kwiatów ciętych z pola za własne pieniądze, np. mieczyków… Chociaż co niedziela 2-4 tysięcy euro wpada na tacę w czasie 14 mszy…

A w austriackiej ambasadzie w Warszawie na drzwiach u wejścia do biur wisi czarna kartka z napisem „Nikt nie zostaje uchodźcą z własnej woli”. Tak było za starego ambasadora, tak jest za „nowego”, od dwóch lat. W Polsce nie do pomyślenia. Nie tylko taka kartka, ale i kontynuowanie czegoś po kimś, uszanowanie ciągłości.    

Odliczamy do 13 października. Tik, tak…

Beata Dżon Ozimek

Rysunki do felietonów Beaty Dżon Ozimek – Jan Bartoszek Bajan, TUTAJ jego biogram

Poleć:

O Autorze:

Beata Dżon Ozimek

Publicystka, tłumaczka, autorka scenariuszy (TVP - Etniczne Klimaty 2008-2010), dokumentacji filmowych, asystent reżysera, rzecznik prasowy projektów offowych (np. film „Jan z drzewa”, "Marzenie"),organizatorka, moderatorka spotkań z artystami i myślicielami, jurorka międzynarodowych festiwali filmów niezależnych m.in. w Polsce, Kosowie, Austrii, Niemczech, Turcji. Korespondentka z Wiednia/Austrii dla Przeglądu, Angory; autorka Focusa Historii, GW, innych. Tłumaczka m.in. „Dziewczynki w zielonym sweterku” dla PWN, 2011, historii-kanwy filmu A. Holland, nominowanego do Oscara (2012) „W ciemności”.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.