Hola! Dzień dobry, cześć!

1

Z cyklu: Z 8. piętra

Pięknie jest się budzić z widokiem na morze, bez granicy między wodą a niebem, z wodami spokojnymi, nieskalanymi najmniejszą falą. Jakby przeorane delikatnie i tak zastygłe. Patrzę na barwne kwiaty, białe domki z wypukłymi dachóweczkami delikatnie ceglastego koloru z podobnego domku przyjaciół. Lazur nade mną na górze wysoko ponad morzem, gdzie wszystko zatopione w słońcu, chociaż to ostatnie dni października. Czasem pokrzyczą wielkie mewy wysoko, wysoko, słońce odbija się od bieli ścian, razi, oczy proszą o ochronę, ręka sięga po aqua valenciana i można rzec „życie jest piękne”. Chleb tu w Valencji jest pyszny, lepszy niż w Murcji, gdzie spędziliśmy trzy dni; ciemny i jasny, każdy.  Wszelkie krojone szynki jamon serrano smakują nieprzyzwoicie dobrze, podobnie ryby, przedziwne jak bezskóre węże, latające bezskrzydłe już, ofiary naszej żarłoczności, tygrysie krewetki giganty, a smak drobiny mięska z maleńkiej rawki wieszczki jako zwieńczenie bezczelnie pysznego stołu pozostaje na końcu języka długo, długo… 

Jak mawiała moja nieżyjąca już przyjaciółka Maria, ”frutty dymary” zachwycają smakami przydomowego grilla z widokiem na morze i drzewkiem oliwnym nad głowami, winem pod ręką. Wakacyjne nicnierobienie, ładowanie akumulatorów przed polską jesienią i smutą pogodową, nie wspominając o smucie polityczno-mentalnej. Kiedy czytam, że leczenie chorób wenerycznych,  instruowanie, jak się przed nimi zabezpieczać może przysporzyć lekarzom kłopotów w ramach zakazów rządzących o „promowaniu życia seksualnego” czy jak to jest sformułowane, płakać mi się chce ze złości. Nie wiem, jak to jest w Hiszpanii, ale wiem, że nie tak dawno obecny premier wyprowadził religię ze szkół, choć ten kraj ponoć bardzo katolicki. 

Podoba mi się ta forma katolicyzmu, w której pod kościołem, na placu przykościelnym np. w miejscowości Teulada odbywa się halloweenowa zabawa, reklamowana w mediach, ilość dzieciaków od kilku dni biegających z zamalowanymi na biało, wampirzo twarzami wzbudza uśmiech, a wszelkie sklepy, instytucje, biblioteki, knajpki pełne są pajęczyn, pająków, duchów, dyniowych straszydeł, wampirowych postaci i nikt zdaje się nie traci wiary. O ile ją ma. Wiszą te pajęcze sztuczne nici w pobliżu kościołów pełnych postaci ślicznych Matek Boskich w strojnych tkaninowych szatach, wszelkich świętych postaci, złoto-srebrno-kościosłoniowych bogatych platform, których niemal można dotknąć, bo np. kolegiata św. Patryka w Lorce nie jest pełna ochroniarzy lub skrzywionych dewotek, a wpuszcza do środka za drobną opłatą uśmiechnięta, serdeczna pani, nie śledząca złym okiem tych, co chcą zagubić się w kilkusetletniej budowli, w jej katakumbach m.in. z ofiarami wojny domowej obok księży, albo zajrzeć do jednej z nisz ze ołtarzem, dotknąć go. Jest naturalnie dumna z tego miejsca, dzieli się tym jak posiłkiem. Trajkocze zresztą głośno z koleżanką zmienniczką w tym kościele i nie czujemy się jak w wymuszenie cichym miejscu, a we wnętrzu pełnym życia i energii,  w miejscu przenikania się ducha i rzeczywistości cielesnych potrzeb. 

Cieszymy się, że trzęsienie ziemi z 2011r. oszczędziło to miejsce, ale wielu innych nie. Wyrwy bez domów, zabezpieczenia środkiem koloru rudego wyszarpanych domom ścian, pięter, żelazne oszynowania spinające reszty starych domów, piękne budynki, którym zostały jedynie fasady każą sobie wyobrazić ten smutny czas sprzed ośmiu lat. 

Porywa nas nieodległe muzeum haftowanych obrazów w dawnych kościele, postaci na strojach na wielkotygodniowe procesje, haftowane czasem rok albo i dłużej, drobniutkie naniesienia nici jedwabnych, innych, nie znam się na tym, ale to jakby malowanie drobniutkim pióreczkiem, milimetr po milimetrze. Pokrywanie wielu metrów kwadratowych tkanin obliczami czarnoskórych, Żydów, królowej Saby, piekła i jego mieszkańców, aniołów, Maryi, Jezusa, świętych, scenami ze Starego i Nowego Testamentu jest niewiarygodnym wytworem ludzkiej cierpliwości, pracowitości, smaku. Wielki Tydzień pełen procesji tu w Lorce jest zjawiskowy, jest wydarzeniem, na które się pracuje od momentu zakończenia ostatniej procesji, organizowanej tutaj przez sześć bractw religijnych. A ta szóstka koni w zaprzęgu rydwanu starożytnych Rzymian, stroje Kleopatry i Juliusza Cezara… i te tłumy na widowniach, budowanych wzdłuż ulic… Zjawiskowe. Hafty jak najpiękniejsze dzieła artystyczne, hafty jak opowieści wielowiekowych historii. Hafty niewiarygodnej urody.

Znowu jedzenie, bo czemu się nim nie rozkoszować. Wiejska knajpa gdzieś w Murcji, trafiamy tam dzięki opiniom innych „zjadaczy”. Za niewiele obiecującymi szklanymi rozsuwanymi drzwiami gdzieś w miejscowości, której nazwę można przetłumaczyć na „topolowe źródło”, wstąpiliśmy do nieba kulinarnego. Menu dnia, wybór z czterech dań, nasza gospodyni i tłumaczka, Klaudia, poddaje się wobec lokalnego dialektu. Bierzemy pomoc internetową, kulinaria okazują się być już w nazwach fascynujące: policzki wieprzowe, flaczki z ciecierzycą, rosół z kulką, inne zupki, do tego desery – tarty czekoladowe, tiramisu, ryż na mleku, sernik, jeszcze anyżówka wytrawna albo słodka, inne rzeczy, sałatka… i uroczy kucharz, który do nas zaglądał, czy nam smakuje, czy aby nie za mało… Rozsiedliśmy się w czyściutkiej sali, a chociaż zamykali o 17, dla nas przedłużyli czas pracy. Przybita „piątka” z kilkuletnim dzieciaczkiem właścicieli, godziwy napiwek, wielka satysfakcja naszych żołądków, życzliwa ciekawość innego człowieka, szczery uśmiech gospodarzy, czego chcieć w takim momencie więcej?

Hiszpanie uśmiechnięci, nie zniecierpliwieni, poza jedną panią na drodze; uprzejmi. Policjant w Murcji uroczy, chce jechać do Polski, bo słyszał, że w Polsce są życzliwi, mili ludzie, oby się nie rozczarował.

Jeszcze zostaję, jeszcze jem, oglądam, chłonę. Może tu praca nie wre tak widocznie, że pot spływa, może siesty trwają za długo (dla nas), ale system funkcjonuje w poczuciu jakiegoś spokoju i rytmu. Do tego Kartagena, miasto morza, oddechu, cudownych budynków, miasto cudownych placów z gigantycznymi drzewami. Za mało, za krótko, za szybko. Trzeba umieć zwolnić, jak Hiszpan, Polakom nie przychodzi to łatwo. Anglik, Jimmy, po 12 latach sprzedał warsztat samochodowy, bo chce pożyć i mieć czas na życie. Będzie miał mniej, ale już jest szczęśliwy, zdążył zmienić proporcje tego co jest ważne i ważniejsze w życiu. Pożyć, przyjrzeć się, posmakować. To tu robimy, robię. 

A ten człowieczek, „nosacz” z obrazka naszego przyjaciela, Piotra Kawki, mówi „Hola”, czyli „cześć” wielkiemu bykowi. Specjalnie do tego felietonu Piotr go narysował. Oni się już zaprzyjaźnili, ten człowieczek i byk, lubią się i się do siebie uśmiechają, jak Hiszpanie do nas.

Beata Dżon Ozimek

 

Poleć:

O Autorze:

Beata Dżon Ozimek

Publicystka, tłumaczka, autorka scenariuszy (TVP - Etniczne Klimaty 2008-2010), dokumentacji filmowych, asystent reżysera, rzecznik prasowy projektów offowych (np. film „Jan z drzewa”, "Marzenie"),organizatorka, moderatorka spotkań z artystami i myślicielami, jurorka międzynarodowych festiwali filmów niezależnych m.in. w Polsce, Kosowie, Austrii, Niemczech, Turcji. Korespondentka z Wiednia/Austrii dla Przeglądu, Angory; autorka Focusa Historii, GW, innych. Tłumaczka m.in. „Dziewczynki w zielonym sweterku” dla PWN, 2011, historii-kanwy filmu A. Holland, nominowanego do Oscara (2012) „W ciemności”.

1 Comment

  1. Szkoda że tak daleko mieszkamy w USA – pojchalibyśmy do Hiszpanii, tak jak Pani… Pięknie opisała Pani swoje wrażenia 🙂

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.