Bule nie bolą

2

Z cyklu: Z 8. piętra

Po dziewięciu wakacyjnych, choć wcale nie leniwych dniach w Hiszpanii trudno się pozostawia bezczelne słońce na niebieściutkim niebie na rzecz nieba bardziej szarego, z niżej położonym, skromniejszym słońcem. Ku zdziwieniu ani aż „tak” zimno, ani tak ciemno, ot, złociej od liści, szelestniej, wietrzniej, a wilgotne powietrze po deszczu daje twarzy to, za czym tęskniła. Same pozytywy, choć cieplejsze grubsze ciuchy, dżinsy te same i nie ma co marudzić. Nawet rześko się wstaje, tylko organizm domaga się kapusty kiszonej, chociaż i tam była, niemiecka, delikatniejsza, gospodarze w podobnej mojej tęsknocie zadowalali się taką, jaka była w zasięgu. Po raz pierwszy w życiu ukisiłam sama dwa słoiki, późno jak na mój wiek, tym bardziej jestem dumna, bo mi wyszła pyszna, więc jadłam, ile mogłam, co chwile sięgając do słoików. Dziwaczne, przecież piłam soki pomarańczowe, jadłam owoce, ale kapusta stała się jakimś magicznym smakiem i potrzebą. I tak przez kolejne trzy dni, jadłam ją niemal ze wszystkim. A dzisiaj jeszcze bigos z grzybami i mięchem u przyjaciółki, no cóż, chyba wystarczy. 

Czuję się pękata jak myszka, którą zastaliśmy z mężem w naszym remontowanym domku. Dół bez podłóg, na górze czynne pokoje; sieczka z różnych produktów i mysie bobki. Tłuściocha wynurzyła się zza łóżka, popróbowała niedoszłej już łąki kwiatowej (nasiona), różnych nasionek o nazwach, których nie pamiętam, zasmakowała w dresie męża (szkoda, że tak słabo, bardzo byłabym jej wdzięczna za zsiekanie go do cna), prasie lokalnej i kilku tytułach tygodników, w tym Powszechny, Przegląd i Angora. Nie wiem, czy sypiała w naszym łóżku. Postanowiliśmy następnym razem ją jakoś wygonić, wypędzić, zostawić jej otwarte drzwi i wodę na zewnątrz, bo ten dom jest jak Sahara, ani kropli wody. Po dwóch dniach mąż pojechał tam znowu, by czekać na budowlańców, na których się nie doczekał, ale znalazł mysz niestety nieżywą, leżała na jego bucie. Nie dochodził przyczyny śmierci. Boję się, że to brak wody. Ale może zgon był naturalny. Bardzo mi przykro, bo jeśliby to z pragnienia, to nie zrobiliśmy tego celowo, nie przyszło nam do głowy, by zostawić myszy miskę wody, dotąd nie dopajałam myszy, zwłaszcza we własnej sypialni. W innym starym naszym domu, dawno temu, w Rajczy, woda była wręcz wrogiem myszek polnych, które były mocniej domowe, niż polne: wodę nosiliśmy w wiadrach i one chcąc się napić wpadały do wiader. Po tym, co czasem rano zastawaliśmy, okazywało się, że czasem już z nich nie wychodziły. Potem już te wiadra zakrywaliśmy. Tym samym jednak odcinaliśmy im dostęp do wody. 

Traumatyczne to, nie chcieliśmy śmierci tej najedzonej myszy, raczej jej wypędzenia, emigracji, repatriacji. Przykro nam.

Benitachell nie pozostawiło nas szczęśliwie z żadną zwierzęcą traumą. Ostatni czwartek pobytu był pod znakiem zakupów napitków typu cava na popołudniowe bule, petanque, szykowania jakichś przekąsek. To taki lokalny obyczaj na tym Wzgórzu Słońca, co czwartek grają Niemcy, w inne dni Anglicy, ktoś tam jeszcze. Niemcy akurat stanowią najbardziej międzynarodową grupę, bo liczą i Szwajcarów, i Holendrów, Austriaczkę i Polaków, no i Niemców.

Rytuał każe rozkładać najpierw stoły, krzesła, wszystko to z zakluczanego domku za torami do gry, z jednej strony ocienionymi oliwkowymi drzewkami, z innej bez cienia, za to z murem dla oparcia się w oczekiwaniu na kolejkę. Mistrz ceremonii, Gerd, mąż Barbary, ustalił wcześniej składy grup, tym razem było ledwie 13 osób, czyli 6 i 7 osób grało na dwóch torach. Tym razem, ponoć ulgowo, graliśmy do „ośmiu”, czyli jeden z zawodników musi uzyskać 8 punktów i wygrywa mecz. Kto pierwszy, ten otrzymuje lokalne trofeum, złoty but przechodni, adidas przyklejony do podstawy, posprayowany na złoto. Brzydactwo wyjątkowe, ale za to pożądane. Oddaje się go kolejnemu zwycięzcy za tydzień.

Gra ze względu na krótszy dzień zaczynała się o 14, każdy przyszedł, przyjechał z torbami pełnymi win musujących, sektów, cav, bowiem obyczaj mówi, że zwycięzca częstuje swoją grupę, a potem każdy wystawia na stoły, co chce, prócz tego każdy przynosi jedzonko, ciasta, sałatki, plastikowe naczynia, pojemniki chłodzące i zaczyna się biesiada po partyjkach buli. Jedni regularnie przynoszą, dzielą się, inni, jak miejscowe legendy osiedla luksusowych domków emeryckich mówią, przychodzą na „sępa” alkoholowego i jedzeniowego, i tych się nie lubi, co zrozumiałe. Niektóre panie, jak, urocza Niemka o starogermańskim imieniu, po które nawet Wagner nie ośmielił się sięgnąć, najpierw wielce nieufna, później o coraz sympatyczniejszym uśmiechu upiekła prze-przepyszne ciasteczka, na szczęście dla nas upiekła ich na 20 osób, więc chętnie częstowała. Ullie z kolei zrobiła francuskie warzywowe ciacho i to bez cebuli (nie cierpię!), bo jej mąż nie cierpi cebuli. To były policjant, o niezbyt ciepłej opinii o Polakach, ale poczuliśmy solidarność antycebulową, a głębszej dyskusji nie było. Kilka przemiłych osób, najpierw z rezerwą podchodzących do nas, mnie i męża, czyli nowych gości, zwłaszcza, że odnalezienie się w naszych koligacjach przyjacielsko-byłożonowsko-mężowsko-partnerskich przychodziło im trudno, tym lepszą my mieliśmy zabawę. My z byłym mężem ogrywaliśmy czasem resztę bandy, choć ja drugi raz w życiu w to grałam, mój mąż z partnerką byłego w jednym teamie, a Klaudia świetna w bule, też porządzili tym razem.

Polska mniejszość na niemieckiej petanque zaznaczyła swoje istnienie, ale but i tak przypadł Claude’owi, Szwajcarowi. Mieszkają z partnerką, Jeanine w gigantycznym domu, którego wieże widać z domku naszych gospodarzy, z basenami spływającymi do morza. Co z tego, kiedy na zimę wieją do Schwyz, bo utrzymanie zamczyska sporo kosztuje, chętnie by się go pozbyli. Michael, Holender, nauczyciel muzyki, podrywacz-gawędziarz, miłośnik, jak twierdzi, Szopena, właściciel białego fortepianu Yamaha w domu nieopodal randkuje, zakochuje się co rusz, szuka partnerki i tylko o tym opowiada. Najbardziej lubi Ukrainki i Rosjanki, marzy o Polce. Bo „my” takie romantyczne. Wspaniale, że mogłam uciec od tych rozmów do Ruth, ślicznej, ciepłej Niemki spod Hanoweru, matki córki, majorki Bundeswehry. Od lat, odkąd wystąpiła z kościoła, nie wchodzi do żadnego sakralnego obiektu, uważa, że trzeba być konsekwentnym, bo Kościół katolicki ma krew na rękach. 

Okazało się, że tyle mamy sobie do opowiedzenia, że można wstępną ostrożność przełamać serdecznością, uważnością, humorem, dzieleniem się gzikiem i innym własnoręcznie uczynionym dipem serowym, marchewkami i innymi jedzonkami, winami. No i czymś najprostszym: kilkoma słowami w języku gospodarzy bulowego spotkania w podziękowaniu ze serdeczność, gościnność i przyjęcie do grona graczy na ten moment. Z życzliwą podpowiedzią słuchaczy, gdy zabrakło właściwego słowa. Bardzo to było fajne doświadczenie w samo Halloween, na które mieliśmy pędzić na plac kościelny, ale zbyt dużo wina, cavy… Halloween zatem w domu też był udany. 

Nie wiem, czy autor rysunku, Piotr, nasz gospodarz z Hiszpanii, wiedział o Macierewiczu, bezczelnie, jak potwarz wobec Polaków ustanowionym Marszałkiem Seniorem przez prezydenta RP, o przyszłych członkach Trybunału Konstytucyjnego, parszywych postaciach życia politycznego, Pawłowicz i Piotrowiczu. Byk rozprawia się z wdziękiem ze swoim ludzkim dręczycielem, te igry w Hiszpanii wciąż  chroni tradycja. Jego wdzięczny a trafny kop dedykowałabym jako kop poza polityczną scenę wyżej wymienionym kreaturom. Bez prawa powrotu, definitywnie. Niechaj by im emerytura służyła. A nawet w Hiszpanii. 

Beata Dżon Ozimek 

autor rysunku: Piotr Kawka

 

Poleć:

O Autorze:

Beata Dżon Ozimek

Publicystka, tłumaczka, autorka scenariuszy (TVP - Etniczne Klimaty 2008-2010), dokumentacji filmowych, asystent reżysera, rzecznik prasowy projektów offowych (np. film „Jan z drzewa”, "Marzenie"),organizatorka, moderatorka spotkań z artystami i myślicielami, jurorka międzynarodowych festiwali filmów niezależnych m.in. w Polsce, Kosowie, Austrii, Niemczech, Turcji. Korespondentka z Wiednia/Austrii dla Przeglądu, Angory; autorka Focusa Historii, GW, innych. Tłumaczka m.in. „Dziewczynki w zielonym sweterku” dla PWN, 2011, historii-kanwy filmu A. Holland, nominowanego do Oscara (2012) „W ciemności”.

2 Comments

  1. Gabriela Mościcka on

    Kapitalny pomysł taka gra – może gdyby ludzi zamiast się kłócić i gadać o polityce (co prowadzu do kłótni) skoncentrowali się na takch wspołnyh zabawach połączonych z ucztowaniem, skończyłyby się konflikty. Świetne.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.